Jak znaleźć właściwy

Właściwy sąd rejonowy, okręgowy, apelacyjny. Jestem adwokatem i rzecznikiem patentowym, a poniższe narzędzie to jeden ze sposobów, w jaki świadczę pomoc prawną.Wystarczy skorzystać z poniższego formularza albo z listy wybrać nazwę gminy lub miasta, aby odnaleźć informację o tym, który sąd rejonowy, okręgowy i apelacyjny jest dla nich właściwy. Jak uzyskać korzystny wyrok lub nakaz zapłaty. Trzy tryby postępowania sądowego. W pewnych sytuacjach, wybór sądu mamy jednak ograniczony. Jeżeli bowiem sprawa dotyczy własności nieruchomości lub praw rzeczowych na nieruchomości, to wyłącznie właściwy jest sąd, w którego okręgu jest położona nieruchomość. Jak znaleźć właściwy sąd. Osoba występująca jako strona w postępowaniu sądowym lub zamierzająca wstąpić w takim postępowaniu potrzebuje ustalić, jaki sąd jest właściwy do rozpatrzenia sprawy, innymi słowy sąd posiadający jurysdykcję w danej sprawie. Jak znaleźć właściwy lokal wyborczy? Zazwyczaj lokale wyborcze usytuowane są w szkołach, przedszkolach, domach kultury czy innych miejskich placówkach, więc znalezienie tego miejsca nie powinno sprawić nam większych problemów. Problem w tym, że nie wiem jak mogę rozpoznać, który z 8 kabli sieciowych należy do mnie. ... Potrzebuję znaleźć właściwy kabel sieciowy w wiązce. Czy ktoś może mi doradzić jakiś rozsądny sposób? Proszę o szczegółowe instrukcje. #2 13 Maj 2012 21:59. Pytanie “Jak sprawdzić, kto jest właścicielem działki?” zadajemy sobie najczęściej, gdy jesteśmy zainteresowani nabyciem interesującej nas nieruchomości. Dobrze, gdy jest ona położona w naszym sąsiedztwie, a dotarcie do jej właściciela nie stwarza problemu, gdyż jest nam on znany. Artykuł ten ma charakter instrukcyjny i pracodawca nie musi wpisać dokładnego adresu sądu pracy, jednak na ogół tak się postępuje.. Bez względu na łączącą strony umowę, a zatem bez względu na to, czy będzie to umowa o pracę zawarta na czas określony bądź na czas nieokreślony, pracodawca ma obowiązek pouczyć pracownika o przysługującym mu prawie odwołania do sądu pracy. Jak znaleźć właściwy? Dobry materac czyli jaki? Na pewno musi być wygodny, elastyczny i zapewnić najwyższą jakość snu. Zobacz, jak dobrać materac, by spać spokojnie. Jak rozpoznać dobre materace? Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że nie ma czegoś takiego jak dobre materace dla wszystkich. Każdy z nas jest inny, ma inne ... Kompendium wiedzy na temat poszukiwania pracy - gdzie i jak znaleźć pracę, w jaki sposób stworzyć własną ofertę oraz jak przygotować się do rozmowy kwalifikacyjnej. Pośrednictwo pracy. Znajdziesz tu informację, czym jest pośrednictwo pracy. Poradnictwo zawodowe. Jak znaleźć właściwy rozmiar? Wróćmy więc do mojej myśli z początku tej notki. Pisałam tam, że między różnymi modelami, nawet tej samej firmy są rozbieżności. To fakt, każda brafiterka ci to powie. Nie są to oczywiście rozbieżności typu 3 rozmiary miseczki mniej lub więcej.

Alter-Facebook

2020.09.26 13:43 Forseti_pl Alter-Facebook

Doszły mnie ostatnio słuchy, że Facebook stawia się UE i grozi, że jak nie odpuszczą sobie prób regulacji to on zabierze swoją zabawkę i wyjdzie z europejskiej piaskownicy. Reddit na to: hurra! co skłoniło mnie do rozmyślań: "co zamiast"? Wiadomo, natura nie znosi próżni a takie przymusowe odcięcie od Fejsa mogłoby skutkować masową migracją byłych userów w kierunku USA, z których miliony potopiłyby się u brzegów Portugalii, Hiszpanii i Francji... ;)
Wyobraziłem sobie system, w którym każdy user trzyma swoje dane przy sobie, w swojej "bańce", mając nad nimi pełną kontrolę oraz usługę katalogową, taką "książkę telefoniczną", która pozwala wyszukiwać userów. Następnie, użytkownik dogadywałby się już bezpośrednio z innym użytkownikiem ws. wymiany informacji (rozmów, wiadomości, artykułów, linków...) a wymiana odbywała by się bez pośrednictwa usługi katalogowej. Właściwie to można by tworzyć osobne "persony" - ja jako poważny przedsiębiorca, ja jako ojciec dzieciom, ja jako nerd itd. i udostępniać to różnym ludziom w różnych kanałach, pod różnymi wynikami w usłudze katalogowej...
Było na tyle późno w noc, że miałem wyłączone krytyczne myślenie i zapytałem sam siebie: "ty nie dasz rady?!". I tak zasypiając liczyłem potrzebne endpointy na backendzie bańki i katalogu...
Na szczęście rano nastąpił reboot i powrót zdrowego rozsądku. Zajrzałem w Wikipedię. A tam cała tabela rozproszonych sieci społecznościowych. I druga. Ok, nie do końca to o co mi chodzi... ale parę klików dalej... Giant Global Graph by Tim Berners-Lee. Wymyślił to w 2007, spóźniłem się tylko 13 lat ;) Ale od pomysłu do realizacji droga daleka, okazuje się, że "dopiero" 4 lata temu wykluł się z tego projekt Solid, który zakłada przechowywanie swoich danych w swoim "podzie" i łączenie ich z aplikacjami, które na nich pracują. Teoretycznie można by z tego zrobić i rozproszonego Facebooka, Twittera, Instagrama czy co tam chcecie.
Teraz pytania: słyszeliście wcześniej o tym cokolwiek? Cokolwiek o projektach: diaspora*, Friendica, Solid? Bo temat nie wydaje się popularny. Patrząc na ilości użytkowników w tych projektach to one są jak ameby przy gigantach typu Facebook, Twitter itp. Widać gołym okiem, że potrzebują góry kasy, żeby rozwinąć ich produkty tak, by stanowiły konkurencję dla gigantów. I drugą górę na jakąś reklamę, żeby w ogóle dało się znaleźć kogokolwiek znajomego.
Więc: czy tego typu inicjatywy mają wg Was jakąś szansę na zaistnienie czy będziemy jednak zdani na gigantów mielących nasze dane by wiedzieć więcej i lepiej wciskać nam reklamy? Co musiałoby się stać, by projekty typu Solid przebiły się i znalazły w masowym użyciu?
submitted by Forseti_pl to Polska [link] [comments]


2020.09.24 21:11 luke_osterdam Systemic Racism in the USA: Origins, Perpetuation and Solutions by Peter Joseph - Polish translation Part 2/2 Rasizm Systemowy w USA: Pochodzenie, utrwalenie i rozwiązania autorstwa Peter Joseph

(part 2/3)
Część 1: Pochodzenie
Kiedy byłem dzieckiem dorastającym w latach 80. i 90., opowiadano mi w szkole o początkach niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych, o tym, że powodem uprzedzeń rasowych, było to, że biali uważali się za lepszych od czarnych, Afrykanie byli porywani i ładowani na łodzie i sprowadzani do Ameryk przez coś, co obecnie nazywa się transatlantyckim handlem niewolnikami. Podczas gdy do zniewalania tych ludzi niezaprzeczalnie dochodziło ze względów ekonomicznych, to jednak nigdy nie kwestionowano samego motywu niewolnictwa do tego stopnia, by uznać, że być może - tylko może - sam kapitalistyczny system ekonomiczny powinien być obwiniony.
W rzeczywistości, chociaż porywanie ludzi w Afryce było z pewnością częścią ''całego równania'' w tamtym czasie, to nie stało się tak w większości z winy samych Europejczyków. To raczej królowie w Afryce nie tylko porywali i zniewalali własnych ludzi, ale sprzedawali miliony rdzennych mieszkańców Afryki białym przedsiębiorcom. „To sami Afrykanie zniewalali innych Afrykanów, wysyłając ich na wybrzeże w celu wysłania na zewnątrz” - mówi badacz Akosua Perbi z Uniwersytetu Ghany².
Nie jest to wskazywane w celu rozproszenia winy, ale w celu podkreślenia zakorzenionej motywacji biznesowej. Ci królowie zajmowali się kupiectwem i handlem. Chociaż powszechnie przyjmuje się moralne oburzenie z powodu tego rodzaju praktyk i nadużyć, obwiniając handlowców, irracjonalne jest ignorowanie struktury, według której wszystkie strony były zorientowane i wynagradzane. Obecnie przeważa pogląd, który nadal nie widzi problemu w kupowaniu i sprzedawaniu towarów na wolnym rynku, argumentując, że ekonomia rynkowa nie powinna być winna nieludzkich decyzji osób zaangażowanych, tak jakby wszelkie takie „niemoralne” decyzje były całkowicie niezależne od struktury systemu gospodarczego i tego do czego nas zachęca. System ekonomiczny jest powierzchownie postrzegany jako zwykłe arbitralne narzędzie bez uprzedzeń, wykorzystywane i definiowane wyłącznie przez ludzkie działanie. Ten sam rodzaj irracjonalnych argumentów moralnych widzimy, gdy mówimy o współczesnym niewolnictwie, mimo to, że obecnie istnieje więcej prawnie zdefiniowanych niewolników niż kiedykolwiek w historii ludzkości. ³
Ten ściśle moralny, oparty na indywidualnym działaniu pogląd utrwala niebezpieczny mit, po raz kolejny podsycając błędne przekonanie o pojedynczej przyczynowości. Przywołuje roszczenie do moralnej nieudolności w imieniu wszystkich tych bogobojnych chrześcijańskich panów niewolników, we wczesnych koloniach Stanów Zjednoczonych i później, którzy nie mieli problemu z brutalnym przymuszaniem i wykorzystywaniem ludzi do pracy, aby zaoszczędzić pieniądze.
To stwierdziwszy i jak większość wie, pierwotna praktyka niewolnictwa w mniejszym lub większym stopniu sięga tysięcy lat wstecz do starożytności. Jednak niewielu zastanawiało się, nad tym, dlaczego w ogóle powtarza się ten wzorzec, a nawet jeśli już się zastanawiają, to zazwyczaj mają tendencję do odwoływania się do niejasnych idei, takich jak „natura ludzka”, wraz z przeinaczonymi darwinowskimi teoriami o naszej rzekomo nieodłącznej grawitacji w kierunku „dominacji społecznej”.
Cofnijmy się więc i ponownie rozważmy naszą ewolucję społeczną.
Największą zmianą społeczną w historii ludzkości była rewolucja neolityczna i jeśli chcemy naprawdę zrozumieć fenomen grupowego ucisku i wyzysku, musimy uwzględnić to dramatyczne przejście do rolniczych, osiadłych społeczeństw, które rozpoczęło się 12 000 lat temu. Wcześniej, przez ponad 99% historii ludzkości, ludzie żyli jako łowcy-zbieracze, tworząc plemiona koczujące i polujące bez umiejętności rolniczych.
Różne cechy charakterystyczne dla zachowań społecznych między społeczeństwami łowców-zbieraczy a współczesnymi społeczeństwami osiadłymi są dość pouczające. Oprócz tego, że byli generalnie egalitarni i nie mieli w zasadzie hierarchii dominacji, to również jak doskonale zostało to udokumentowane przez antropologów, mieli znacznie mniej przemocy. ” Ogólnie rzecz biorąc, prosperowali na obszarach obfitujących w ziarna zbóż i dzikie zwierzęta. Na poziomie przetrwania ich sposób życia, tworzył unikalny rodzaj minimalistycznego dobrobytu, w którym niedostatek nie był nadrzędną presją socjologiczną. Takie wnioski wyciągnięto częściowo z dowodów archeologicznych z okresu przedneolitycznego, ale głównie z analizy kilku plemion łowców-zbieraczy które istniały w odległych regionach świata w ciągu ostatnich kilku stuleci. ⁶
Z ekonomicznego punktu widzenia mieli to, co dziś nazywamy „ekonomią darów/kultura-darów”, gdzie dzielili się bez oczekiwania wzajemności. Faktycznie, istnieją historie o outsiderach (osobach z zewnątrz), którzy otrzymywali rękodzieło od napotkanych współczesnych plemion, i jak zwykło się we współczesnej kulturze czuli potrzebę oddania czegoś w zamian. To odwzajemnione zachowanie zostało uznane przez plemię za obraźliwe, ponieważ czuli, że „wymiana” była odmową przyjaźni. Brytyjski antropolog Tim Ingold podkreśla ideę, że różnica między „dawaniem” a „wymianą” ma związek z percepcją społeczną opartą na samoistnej (nieprzymuszonej) towarzyskości kontra mimowolne zobowiązanie.
Stwierdza: „Jest oczywiste, że zarówno łowcy-zbieracze, jak i [rolniczy] kultywujący uzależnieni są od swojego środowiska. Ale podczas gdy dla kultywujących osadników zależność ta jest ujęta w strukturze wzajemnego zobowiązania, dla łowców-zbieraczy opiera się ona na uznaniu osobistej spójności… to kontrast między relacjami opartymi na zaufaniu a relacjami opartymi na dominacji.” ⁷
Podobnie, aktywnie podtrzymywali oni kulturę egalitaryzmu. Byli świadomi zainteresowania równością i gdyby inni próbowali „powstać” lub przejąć kontrolę, plemię jako całość korygowałoby to zachowanie za pomocą różnych strategii, co antropolog Christopher Boehm nazwał hierarchią odwrotnej dominacji. ⁸ Wszystko to jest omawiane by wskazać kontrast w zachowaniu i wartościach tych wczesnych kultur, których ekonomiczny tryb bardzo różnił się od tego, co znamy dzisiaj. Ujawnia to to, że istnieje determinacja w ukierunkowaniu kultury, w oparciu o jej środowisko i środki ekonomiczne.
Jednej rzeczy z pewnością nie mieli – niewolnictwa.
Niewolnictwo, niezależnie od formy (dług / praca niewolnicza, nędza, podbój militarny itp.) jest zjawiskiem, które rozpoczęło się po rewolucji neolitycznej, kiedy zmieniły się środki produkcji. Powstające, ustabilizowane społeczeństwa agrarne wytworzyły nowe bodźce, wartości i praktyki, w tym wyspecjalizowaną pracę, handel, potrzebę ochrony, wynalezienie „własności” i inne wspólne cechy dzisiejszego społeczeństwa.
W konsekwencji ukształtowała się struktura i etyka tego, co nazywamy „biznesem”. Kapitalizm, jaki znamy, nie jest systemem wymyślonym przez filozofów takich jak Adam Smith. Ewoluował naturalnie w swoich cechach z powodu determinizmu środowiskowego i produkcyjnego, zrodzonego z rewolucji neolitycznej, modulowanej przez technologię i inne czynniki przez długi czas.
Jako tako, tak jak można użyć muła do orania pola bez konieczności płacenia mułowi, nie zajęło długo producentowi, aby dostrzec wartość w zmniejszeniu kosztów pracy ludzkiej w celu zwiększenia zysku. Podczas gdy główne pisma historyczne nadal mają tendencję do maskowania tej rynkowej tendencji do zniewalania i wykorzystywania ludzi poprzez tworzenie ideologicznych lub religijnych wymówek, techniczny cel pozostaje: maksymalizacja dochodów poprzez redukcję kosztów.
To zrozumiawszy, przesuńmy się w czasie po tej post neolitycznej trajektorii do świtu Stanów Zjednoczonych i ich podłych instytucji, opartych na niewolnictwie na tle rasowym.
Być może najbardziej nieoczywistą dziś historią dotyczącą rzeczywistości niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych jest to, że niewolnictwo „rasowe”, kiedy się zaczęło, tak naprawdę nie było oparte na rasie. Mało znaną prawdą jest to, że idea rasy została dosłownie stworzona jako konstrukt prawny(legislacyjny) długo po rozpoczęciu niewolnictwa w Afryce. Dominującym mitem, jakiego uczono mnie w szkole, było to, że Europejczycy czuli się lepsi od Afrykanów i dlatego czuli, że ci są naturalnymi niewolnikami. Prawda jest taka, że niewolnictwo w Stanach Zjednoczonych zaczęło się od decyzji rynkowej mającej na celu zapewnienie taniej siły roboczej i dochodowych inwestycji, a kolor skóry miał niewielkie lub żadne znaczenie.
Jak stwierdził w tej kwestii socjolog Robin M. Williams Jr.:
„W bardzo podstawowym sensie stosunki rasowe są bezpośrednim następstwem długiej fali ekspansji europejskiej, począwszy od odkrycia Ameryki. Wynikające z tego tak zwane relacje rasowe miały bardzo niewiele wspólnego z rasą. Początkowo był to historyczny przypadek, że narody napotykane w ekspansji europejskiej różniły się pod względem wspólnych cech fizycznych oczywistego rodzaju, ale kiedy ideologie rasowe zostały ukształtowane i szeroko rozpowszechnione, stanowiły potężny środek uzasadniający hegemonię polityczną i kontrolę ekonomiczną.” ⁹
Podczas gdy nieustające niewolnictwo było powszechne w postaci wojen, podbojów lub długów, jego uzasadnienie na podstawie samego wyglądu fizycznego było rzadko praktykowane aż do czasów kolonii amerykańskich. Po osiedleniu się w Ameryce posługiwano się białymi europejskimi służącymi. Jednakże, mieli oni dość krótkie, kilkuletnie kadencje i z biegiem czasu ich liczba się zmniejszała. W końcu zaczęto poszukiwać afrykańskich niewolników, gdyż było oczywiste, że są lepszymi inwestycjami biznesowymi niż Europejczycy z umową.
Jak wyjaśnił profesor socjologii William Julius Wilson:
„Przejście na niewolnictwo było spowodowane nie tylko zwiększonym zaniepokojeniem spowodowanym niedoborem taniej siły roboczej w obliczu szybko rozwijającego się przedsięwzięcia komercyjnego jakim była uprawa tytoniu oraz malejącej liczby białych służących napływających do kolonii, ale także faktem, że niewolnik stał się lepszą inwestycją niż sługa. Wraz ze wzrostem średniej długości życia, wynikającym ze znacznego spadku śmiertelności z powodu chorób, plantatorzy byli gotowi sfinansować dodatkowy koszt niewolników. Rzeczywiście, w pierwszej połowie XVII wieku praca najemna była w rzeczywistości korzystniejsza niż niewolnicza”. ¹⁰
W początkowych etapach afrykańskiego niewolnictwa w koloniach uprzedzenia rasowe nie stanowiły większego problemu. Czarni niewolnicy pracowali na równi z białymi służącymi na kontraktach. Pobierali się nawet między sobą i mieli podobne statusy społeczne. Działo się to przed legalnym stworzeniem sztucznego konstruktu „rasy”.
Jak szczegółowo przedstawił profesor praw obywatelskich Carter A. Wilson:
„Uprzedzenia kolorystyczne wobec Afrykanów były rzadkością w pierwszych dwóch trzecich XVII wieku. Prawne rozróżnienie między czarnymi niewolnikami a białymi służącymi pojawiło się dopiero w latach sześćdziesiątych XVII wieku. Początkowo właściciele plantacji bardziej polegali na europejskich służących na zlecenie niż na niewolnikach afrykańskich… Początkowo postawy i zachowanie wobec afrykańskiego niewolnika różniły się niewiele od tych wobec europejskiego sługi, z wyjątkiem tego, że służący służył tylko przez krótki okres, zwykle siedem lat, a niewolnik generalnie, choć nie zawsze, służył dożywotnio… Małżeństwa międzyrasowe były powszechne w pierwszej połowie XVII wieku i wówczas wywoływały niewielką lub żadną reakcję. Status chrześcijański i moralność chrześcijańska były ważne. Rasa nie była.” ¹¹
Prawdziwym początkiem amerykańskiego rasizmu nie było samo niewolnictwo, ale to, w jaki sposób ramy niewolnictwa zostały ostatecznie poparte i uzasadnione. Pełne przejście od tymczasowych białych sług do czarnych niewolników na całe życie rozpoczęło się mniej więcej w drugiej połowie XVII wieku, wraz z ogromnym wzrostem populacji w wyniku globalnego afrykańskiego handlu niewolnikami. Rozszerzone komercyjne rolnictwo w stanach południowych stworzyło popyt. ¹² W tym czasie polityka publiczna zaczęła się zmieniać, ze szczególnym nastawieniem na stworzenie podziału pomiędzy istniejących białymi służącymi czy też biednymi białymi a czarnymi niewolnikami.
Historyk Edmund S. Morgan zauważa, że Indianie byli również zniewoleni i wyobcowani w ten sam sposób, odnosząc się do działań zgromadzenia rządowego w Wirginii.
Stwierdza:
… Zgromadzenie celowo zrobiło, co było w jego mocy, aby wzmocnić pogardę białych dla czarnych i Indian… W 1680 roku zalecił 30 batów… „jeśli jakiś Negro lub inny niewolnik ośmieli się podnieść rękę w opozycji na jakiegokolwiek chrześcijanina”. Było to szczególnie skuteczne postanowienie, które pozwalało sługom na znęcanie się nad niewolnikami bez obawy przed odwetem, stawiając ich w ten sposób psychicznie na równi z panami” ¹³
To właśnie ta taktyka podziału społecznego, oddzielająca czarnych niewolników od biednych białych, służyła jako forma bezpieczeństwa poprzez hierarchiczną dominację, stabilizując praktykę ekonomiczną. Z biegiem czasu wymyślono różne wymówki dla niższości Czarnych. Od nazywania ich niechrześcijańskimi poganami, czy też „zwierzętami jucznymi”. Dało to również zachętę do ostatecznego przekręcenia teorii darwinowskich, generując dziesięciolecia naukowego rasizmu, w tym umieszczania afrykańskich i innych rdzennych ludów w klatkach i wystawiania ich w amerykańskim zoo wraz z małpami i innymi zwierzętami¹⁴.
Ogólnie rzecz biorąc, ta reorientacja stworzyła kulturę bigoterii i dominacji, która odbija się echem po dziś dzień.
CZĘŚĆ 2: Utrwalenie
Zrozumiawszy ta historie, rozważmy teraz okres po niewolnictwie, zadając pytanie: dlaczego ten rodzaj rasizmu nadal utrzymuje się w Stanach Zjednoczonych z pokolenia na pokolenie?
Aby odpowiedzieć na to pytanie, rozważmy najpierw ważne epistemologiczne odkrycie zrodzone z ruchu na rzecz praw obywatelskich lat 60 XX wieku, którego kontynuacją są bez wątpienia nowoczesne organizacje, takie jak Black Lives Matter.
W 1967 roku opublikowano książkę pod tytułem Black Power: The Politics of Liberation autorstwa Charlesa V. Hamiltona i Stokely'ego Carmichaela. W tym tekście wprowadzono bardzo ważne pojęcie, nowe jak na tamte czasy: „rasizm instytucjonalny”.
W książce czytamy:
„Rasizm jest zarówno jawny, jak i ukryty. Przyjmuje dwie ściśle ze sobą powiązane formy, indywidualni biali, działający przeciwko pojedynczym czarnym oraz w działaniu ustawodawczych i szanowanych sił w społeczeństwie, które spotykają się ze znacznie mniejszym potępieniem niż ta pierwsza forma. Nie oznacza to, że każdy Amerykanin świadomie uciska Czarnych, nie musi tego robić, bo instytucjonalny rasizm był celowo podtrzymywany przez strukturę władzy i przez obojętność, bezwładność i brak odwagi ze strony białych mas, a także drobnych. urzędników.” ¹⁵
Kontynuuje:
„Kiedy biali terroryści zbombardują czarny kościół i zabijają pięcioro czarnych dzieci, jest to akt indywidualnego rasizmu, powszechnie ubolewany przez większość grup społecznych. W tym samym mieście, Birmingham w Alabamie, 500 czarnych dzieci umiera każdego roku z powodu braku odpowiedniego pożywienia, schronienia i opieki medycznej, a tysiące kolejnych jest niszczonych i okaleczanych fizycznie, emocjonalnie i intelektualnie z powodu ubóstwa i dyskryminacji w stosunku do czarnej społeczności. Jest to funkcja rasizmu instytucjonalnego” ¹⁶
Jest trochę niejasności w używaniu terminu „rasizm instytucjonalny” w tej pracy i w innych definicjach, które pojawiły się w późniejszych czasach. Racialequitytools.org definiuje „rasizm instytucjonalny” jako „systematyczną dystrybucję zasobów, władzy i możliwości w naszym społeczeństwie z korzyścią dla osób białych i z wykluczeniem osób kolorowych”. ¹⁷ Problem polega na tym, że zamiary uczestników w żadnej instytucji nie zostały wyjaśnione. Należy tu dokonać rozróżnienia między oczywistymi uprzedzeniami ze strony osoby lub grupy (tj. Ku Klux Klan) a niezamierzonymi lub nieświadomymi sytuacjami, które prowadzą do wyników na korzyść jednej grupy kosztem innej.
Mówiąc zwięźle w tym sensie, rasizm systemowy najlepiej definiuje się jako „rasistowskie skutki występujące bez rasistowskich zamiarów”.
W rzeczywistości, linia pomiędzy nimi jest bardzo zamazana. Jak stwierdzono wcześniej w tym artykule, wszelki rasizm ma charakter systemowy. Członkowie KKK nie obudzili się pewnego dnia, bez wcześniejszych wpływów (uwarunkowań) i zdecydowali się nienawidzić czarnych. Rodzinne zachowania i kulturowe doświadczenie, które przejawia takie uprzedzenia, jest procesem systemowym. Gdzieś jest ten łańcuch przyczynowości, stojący za systemowym rasizmem przejawiającym się bez wątpienia w rasizmie jawnym. Ważne jest również, aby wyjaśnić, w jaki sposób używane jest słowo „rasizm”, ponieważ kontekst systemowy zmienia sposób, w jaki większość ludzi je rozumie. Chodzi o nieproporcjonalną szkodę dla pewnej grupy etnicznej, którą można zaobserwować konsekwentnie, wynikającą z reakcji łańcuchowych w społeczeństwie, których nie można powiązać tylko z wyraźnym, złośliwym nastawieniem.
Zrozumienie, jak to możliwe, że instytucje społeczne mogą systematycznie wywoływać ucisk i przemoc na czarnej społeczności, bez złych zamiarów, jest krytycznym rozróżnieniem, ponieważ rzuca światło na to, jak ukształtowało się społeczeństwo.
Weźmy na przykład kryzys Covid19 i nieproporcjonalne szkody, jakie wyrządził społeczności czarnej i mniejszościowej w przeciwieństwie do społeczności białej.
W niedawnym sondażu przeprowadzonym przez Robert Wood Johnson Foundation, dysproporcje w czterech największych amerykańskich miastach wykazały wysoki poziom nieproporcjonalnych szkód w społecznościach czarnych i mniejszościowych.
W Houston 81% czarnych gospodarstw domowych zgłosiło poważne problemy finansowe; 69% w Chicago; 62% w Nowym Jorku i 52% w Los Angeles. ¹⁸ W Houston, podczas gdy 63% ogółu gospodarstw domowych zgłosiło poważne problemy finansowe podczas pandemii, 34% było białych, a 81% czarnych - to wyraźna różnica. Ten wzorzec jest ogólnie spójny, włącznie z tym, że więcej chorób i śmierci dotyka czarną społeczność w całym kraju, w przeciwieństwie do białej społeczności. Raport z mają odnotował, że prawie 23% zgłoszonych zgonów Covid19 w USA to Afroamerykanie, mimo że czarnoskórzy stanowią w przybliżeniu tylko 13% populacji Stanów Zjednoczonych. ¹⁹ Same przypadki infekcji, jak odnotowano w lipcu, pokazują 23 na 100 tys. białych zostało zarażonych, w przeciwieństwie do 62 na 100 tys. czarnych - prawie 3 razy więcej. ²⁰
To nazywa się „przemocą strukturalną”, a przemoc strukturalna jest integralną częścią zrozumienia natury rasizmu systemowego, jeśli chodzi o rozbieżności w zdrowiu publicznym. Jak wspomniał wcześniej Carmichael, gdy mówi: „… 500 czarnych dzieci umiera każdego roku z powodu braku odpowiedniego schronienia i placówek medycznych, a tysiące kolejnych jest niszczonych i okaleczanych fizycznie…” to, o czym właściwie mówi, to przemoc strukturalna, która oznacza „przemoc, której można uniknąć, wynikającą z instytucji i struktur stworzonych przez człowieka”. Jest to wszechogarniająca szkoda pośrednia. Z punktu patrzenia jednostki mamy tendencję do myślenia o przemocy jako o bezpośrednim związku międzyludzkim, a nie o wyniku systemowym, który maskuje jej pierwotne źródło.
Norweski socjolog i matematyk Johan Galtung, na którego duży wpływ wywarł Gandhi, formalnie wprowadził termin „przemoc strukturalna” w 1969 roku i od tego czasu obszernie o nim pisał. ²¹ W swojej pracy określił Gandhiego jako „strukturalistę”, stwierdzając:
„[Gandhi widział] konflikt w głębszym sensie jako coś, co zostało wbudowane w struktury społeczne, a nie w osoby… Kolonializm był strukturą, i kasta była strukturą; obie struktury wypełnione osobami wykonującymi swoje obowiązki zgodnie z ich rolą lub statusem… Zło tkwiło w strukturze, a nie w osobie, która wykonywała swoje obowiązki… Wyzysk to przemoc, ale jest całkiem jasne, że Gandhi postrzega to jako relację strukturalną bardziej niż zamierzone zło wyrządzone niewinnym ofiarom przez złych ludzi. ” ²
Jest to sposób myślenia, dzięki któremu można zrozumieć pełny obraz tego, co nazywamy „rasizmem systemowym”. Gdybyśmy spróbowali nakreślić złożone synergie, które utrzymują wzorce ucisku czarnych grup i krzywd, czy to bezpośrednich, czy pośrednich od czasów niewolnictwa, moglibyśmy ogólnie dojść do czterech podstawowych, krzyżujących się czynników: ekonomicznych; historycznych; prawnych i kulturowych. Jednak trzeba pamiętać, że faktycznie, jest to synergia, czyli wzajemne współdziałanie tych czynników. Czynniki ekonomiczne, historyczne, kulturowe i prawne łączą się w dynamiczny rozwijający twór, którego kulminacją jest system ucisku, który widzisz dzisiaj.
Jak już wspomniałem, początki podziałów rasowych i uprzedzeń w USA tak naprawdę zaczęły się od legalnej(prawnej) konstrukcji rasy, służącej usprawiedliwieniu istniejącego niewolnictwa pod pozorem niższości Czarnych. To z kolei przejawiało pewien rodzaj systemu kastowego, w którym biała społeczność, szczególnie biedna biała społeczność, mogła czuć się lepsza od czarnych, gdy walczyli o pracę w okresie po niewolnictwie, ponieważ prawo uważało ich za bardziej godnych niż czarnych.
Nie jest trudno, na podstawie samego kontekstu wpływu kulturowego, zrozumieć, w jaki sposób przenoszenie uprzedzeń z rodziny na rodzinę i ze społeczności na społeczność mogła nastąpić na przestrzeni pokoleń, wraz z rozwojem mitu. Ponadto wiele dziesięcioleci segregacji prawnej w czasach Jima Crowa dodatkowo potęgowało problem z powodu braku integracji na rzecz białej wyższości i preferencyjnej białej siły roboczej. Kiedy połączysz te czynniki kulturowe, które są konsekwencją czynników prawnych, które są konsekwencją czynników ekonomicznych, patrząc na połączoną trajektorię w czasie historycznym, zaczynasz zdawać sobie sprawę z dynamiki systemowej i jej siły.
Co więcej, głównym powodem, dla którego systemowy ucisk Czarnych i antagonizm rasowy trwają do dziś w Stanach Zjednoczonych, jest to, że silnik, który go stworzył i pcha naprzód, jest nadal na swoim miejscu. Jako analogię wyobraźmy sobie pociąg, który symbolizuje amerykański rasizm, zbudowany w okresie skrajnego niewolnictwa i wprawiony w ruch po torze. Paliwem, które utrzymuje ten pociąg w ruchu, są nierówności społeczno-ekonomiczne. Pociąg mógł odjechać daleko od swoich początków, ale mechanizmy, które go napędzają, pozostają. Po raz kolejny odnosi się to tak samo do stosunków społecznych w USA, jak do innych krajów o podobnej historii.
Wpływ ekonomiczny ma kluczowe znaczenie.
Inną cechą, która dodatkowo podkreśla ekonomiczny kontekst współczesnych uprzedzeń, jest sposób, w jaki system władzy w USA przyjął to napięcie, aby odwrócić uwagę od innych problemów społecznych, takich jak sama bieda. Zamierzony czy nie, antagonizm między białymi a czarnymi służy zachowaniu wojny klasowej, w której bogaci dominują nad biednymi, jak wspomniano wcześniej.
Cytując dr Martina Luthera Kinga w odniesieniu do okresu powojennego:
„Segregacja rasowa jako sposób na życie nie powstała jako naturalny skutek nienawiści między rasami bezpośrednio po wojnie domowej. Nie było wtedy żadnych praw segregujących rasy… segregacja ras była w rzeczywistości strategią polityczną zastosowaną przez… Południe, aby utrzymać masy Południa Ameryki podzielonymi, a południową siłę roboczą najtańszą w kraju. Widzicie, łatwo było utrzymać biedne białe masy pracujące w latach, które nastąpiły po wojnie secesyjnej, za płace bliskie głodu. Przecież gdyby biedny biały robotnik z plantacji lub młyna był niezadowolony ze swoich niskich zarobków, właściciel plantacji lub młyna tylko zagroziłby, że go zwolni, zatrudni byłych czarnych niewolników i zapłaci mu jeszcze mniej. Tym samym płace na południu utrzymywały się na niemal nieznośnie niskim poziomie. ²³
Jak to jest dziś powszechne, z ksenofobią i uprzedzeniami międzygrupowymi obecnymi nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale na całym świecie, utrzymywanie biednych ludzi w walce między sobą o zachowanie systemu władzy i rządzących jest zawsze obecne.
Zamiast dostrzec powód, w kwestionowaniu samego systemu władzy, i szukaniu zmian na najwyższym poziomie, po to, aby zmniejszyć destrukcyjną nierówność ekonomiczną, to powierzchowne postrzeganie wywołuje w nas strach przed obcymi lub obcokrajowcami. Te walki wewnętrzne odwracają uwagę od rzeczywistych problemów systemowych i strukturalnych. Jest to nadal powszechne w dzisiejszych czasach. Prezydent Donald J. Trump uczynił tę taktykę częścią swojej platformy, z ksenofobicznymi i grupowymi inicjatywami, takimi jak budowanie murów, zakazy dla muzułmanów i tak dalej.
Teraz, wracając do stosunku prawnego, zainteresowanie kontrolowaniem czarnej populacji w warunkach odejścia od niewolnictwa było oczywiste. Do czasu wprowadzenia praw Jima Crowa pod koniec XIX wieku, segregacja służyła temu środkowi, zamykając czarne społeczeństwo na pewnych obszarach, skazanym na miażdżącą biedę i konsekwentny ucisk polityczny i ekonomiczny.
Takie społeczności były łatwo i rutynowo prześladowane przez system sądowy kontrolowany przez białych, który przyznał bardzo niewielu czarnym naprawdę znaczących praw. Zanim aktywiści zdołali wymusić złagodzenie bezpośredniego prześladowania prawnego do połowy XX wieku, usuwając wszelkie bariery prawne na papierze, już wyrządzone szkody socjologiczne były znaczne. Tutaj masz dużą, dotkniętą biedą mniejszość, odizolowaną w biednych regionach o ograniczonych możliwościach ekonomicznych. Nie tylko utrzymywał się bagaż kulturowy z pokoleń białego ucisku, ale także społeczność czarnoskórych musiała stawić czoła wewnętrznej destabilizacji z powodu braku podstawowych środków.
Ta mapa HOLC Maconu z lat 1930 pokazuje “niebezpieczne” dzielnice na czerwono.
W latach siedemdziesiątych doszło do silnego oburzenia i ogólnego zamieszania. Wyczuwając to, paranoiczny establishment polityczny skierował się ku polityce dalszej kontroli czarnej społeczności. Szef sztabu Richarda Nixona, H. R. Haldeman, zauważył w swoim dzienniku, że Nixon ma wysoce rasistowskie poglądy. Napisał, że Nixon „podkreślał, że trzeba zmierzyć się z faktem, że cały problem to tak naprawdę czarni. Kluczem do sukcesu jest opracowanie systemu, który to rozpoznaje, jednocześnie nie ujawniając tego. ”²⁴
Nixon słynie z rozpoczęcia wojny z narkotykami w 1971 r., która została ostatecznie eskalowana przez Ronalda Reagana w latach 80., a następnie przez Billa Clintona w latach 90., co spowodowało ogromny, nieproporcjonalny wzrost aresztowań Czarnych i ogólnie uwięzionych mniejszości z niższych klas.
Obecnie większości poważnych badaczy trudno postrzegać początki amerykańskiej wojny narkotykowej jako coś innego niż wojna, potajemnie zakorzeniona w polityce, walcząca z czarną społecznością, klasą niższą i ogólnie z wywrotową młodzieżą kontrkulturową. Nie oznacza to, że wojna narkotykowa była całkowicie I celowo ukierunkowana. Jednak łatwo jest zobaczyć, jak decydenci polityczni mogliby znaleźć sposoby na usprawiedliwienie takich działań w sposób eufemistyczny, z myślą o kontroli społecznej i systemowym ucisku wyraźnie tkwiącym w ich głowach.
Podsumowując, system prawny przekształcił się z bezpośredniego ucisku rasowego w bardziej pośredni, skupiając się na skutkach historycznych i obecnych nierówności społeczno-ekonomicznych, a nie na konkretnej grupie. Pomiędzy drakońskimi przepisami dotyczącymi narkotyków I efektami destabilizacji ubóstwa i deprywacji w czarnej społeczności, organy ścigania mogły z łatwością wypełnić swoje przyjęte normy aresztowań. Profilowanie rasowe nie musi być polityką policyjną, kiedy wszyscy policjanci każdego dnia widzą, że jest to przestępstwo mniejszości.
Policjanci uwarunkowani są tak, aby kojarzyć czarnoskórych ludzi z zachowaniami przestępczymi. To powierzchowne skojarzenie może być w dużej mierze nieświadome, w ten sam sposób, w jaki biała społeczność zaczęła kojarzyć młodego czarnego mężczyznę z przestępczością z powodu dziesięcioleci stronniczych portretów w mediach. Pamiętam to z pierwszej ręki jako dziecko, oglądając wiadomości telewizyjne w latach 90., z powtarzającym się obrazem młodego czarnego mężczyzny aresztowanego pod wpływem narkotyków lub za kratkami. Faktycznie, dzisiaj doszedłbym do wniosku, że najbardziej stygmatyzowanym i wrażliwym podmiotem w Stanach Zjednoczonych jest młody czarny mężczyzna w wyniku tego systemowego procesu rasizmu.


lub
< powrot do czesci 1>
submitted by luke_osterdam to u/luke_osterdam [link] [comments]


2020.08.31 20:01 howdoesilogin Przegląd Partii - Polska Partia Socjalistyczna

Wracam z kolejną odsłoną przeglądu. Ostatnio toczyły się bardzo burzliwe dyskusje pod przeglądem nt. Konfederacji, więc dla odmiany i żeby było spokojniej dziś znowu zanudzę was opisem lewicowego planktonu.
Troszkę historii
Oczywiście robienie tu dokładnego rysu historycznego zajęłoby za dużo czasu i miejsca więc będzie po łebkach żeby dać ogólny zarys.
PPS została założona w 1892 roku, w czasie zaborów i charakteryzowała się zbrojną walką o niepodległość pod przewodnictwem m. in. Józefa Piłsudskiego. W chaotycznych czasach politycznych II RP była jedną z większych partii o sporym znaczeniu raz znajdując się w rządzie (choćby pierwsi premierzy Daszyński i Moraczewski) raz w opozycji. Po wojnie część działaczy zdecydowała się na udział we władzy po wcieleniu do PZPR (na przykład wieloletni premier Cyrankiewicz) a część działa razem z innymi ruchami na rzecz demokracji tak na emigracji (jak Ciołkosz) jak i w kraju (jak np. skazani w procesie pokazowym działacze PPS-WRN na czele z zabitym przez UB Pużakiem czy współzałożyciele KOR Aniela Steinsbergowa i Edward Lipiński)
Obecnie funkcjonująca PPS została odtworzona w 1987 roku i to w dosyć sensacyjnym stylu bo na spotkanie wpadła SB i aresztowała część obradujących. W partii niemal natychmiast doszło do rozłamu na bardziej umiarkowane środowisko Jana Józefa Lipskiego i bardziej radykalne Piotra Ikonowicza. Ten i kolejne rozłamy, ze względu na różnice zdań w kwestii współpracy z innymi partiami, spowodowały marginalizację PPS.
W 1990 zwołano XXV Kongres PPS (poprzedni XXIV Kongres PPS odbył się w 1937) mającego na celu zjednoczenie łączące PPS na emigracji i wszystkie nurty krajowe. Na kongresie ciągłość historyczną partii potwierdziła Lidia Ciołkoszowa, ostatni żyjący członek przedwojennej Rady Naczelnej PPS.
Od lat 90tych PPS okazjonalnie dogadywał się z innymi partiami w kwestii wspólnych startów w wyborach. Pod wodzą Ikonowicza w latach 1993-2001 w sejmie funkcjonowały koła parlamentarne PPS. Od 2001 partia nie miała przedstawicieli w parlamencie, nastąpiły kolejne rozłamy i kompletna marginalizacja.
Ludzie
Podobnie jak poprzednim razem i tu wymienię jedynie przewodniczącego.
Wojciech Konieczny jest przewodniczącym rady naczelnej PPS oraz senatorem z Częstochowy gdzie w zeszłorocznych wyborach pokonał kandydata pis. Z zawodu jest lekarzem neurologiem i dyrektorem szpitala stąd w senacie działa głównie w ramach Komisji Zdrowia. Dodatkowo z racji, że łączy mandat senatora z pracą jako dyrektor szpitala nie pobiera uposażenia. Tu link do działalności w senacie a tu przykładowy wywiad w Rzeczpospolitej.
Program
Na stronie internetowej (swoja drogą dosyć przestarzałej) można znaleźć siedmiopunktową deklarację programową z 2005 roku, wzorowaną na tradycjach PPS i opisującą socjalistyczne idee, którymi kieruje się partia. Natomiast kopiąc nieco głębiej można znaleźć projekt programu z końca roku 2018, który jest nieco bardziej szczegółowy. Moim zdaniem najciekawsze postulaty:
Stan Partii
Moim skromnym zdaniem o ile partia będzie, wzorem przewodniczącego, promować fachowców trzymających się swojej dziedziny i stawiać na współprace z opozycją (nie tylko Lewicą) to może coś z tego być. Realnie była do tej pory właściwie w niebycie a pozostali kandydaci poza Koniecznym dostawali zerowe poparcie nawet startując z list Lewicy. Nawet jeżeli ktoś jest socjalistą to chyba przyzna, że na obecną chwilę szanse na realizację skrajnie lewicowego programu są zerowe i bez solidnej pracy i szukania kompromisów PPS nie ma szans na samodzielne istnienie. Ponownie dziękuję za lekturę moich wypocin i zapraszam do dyskusji.
submitted by howdoesilogin to PolskaPolityka [link] [comments]


2020.08.04 23:51 JoseMikey Koronawątek od 05.08.2020

Witam Wszystkich!
Wznawiamy koronawątek. Będzie przypięty środa - piątek, a w weekend pewnie jeszcze da się go znaleźć. Najnowszy długi żeby opisać sporo zmian, trochę też ciekawych linków. Narazie potraktujcie to please jako wersję beta, do następnego opanuję chowanie linków czy robienie tabelek, ale mam wrażenie że informacji w nim sporo i zachęcam do dyskusji!
POLSKA:
https://twitter.com/MZ_GOV_PL
To link obowiazkowy, wszystkie dane, zarówno liczba przypadków dziennie, jak i wykonanych testów plus, zajęte respiratory itp.
Dziś (dzień pisania, wtorek 4.08.2020) przybyło nam 680 przypadków, wczoraj 575, przedwczoraj 548, a przedtem mieliśmy kilka dni rekordów powyżej 600.
A więc międzyczasie wydarzyło się sporo, Polska zaczęła bić rekordy, acz przy dziwnym reżimie testowania - dużo przesiewów, wiele krajów nie testuje bezobjawowych i skapoobjawowych, stad brak większego przejęcia naszymi wynika,i za granica co niektórych dziwi.
Obecnie zmagamy się głównie z zakażeniami w zakładach pracy, ale niepkoja bardziej otwarte zakażenia imprezowo, weselne, przy bardzo wysokim limicie uczestników w Polsce - 150, podczas gdy kraje UE maja zwykle limity 20, 50 lub max 100, albo wręcz całkowity zakaz wesel, niektóre dopuszczaja trochę większe ale na dworze.
Wydaje się że obecnie najwięcej przypadków mamy ze Śląska i o ile jest to głównie przesiew, to nie tylko. Największy wzrost uzyskuje też Małopolska, tam sytuacja wydaje się być ciężka, bo sa zakażenia z ulicy. Spore wzrosty notuje też Wielkopolska, ograniczone sa do paru powiatów i zakładów pracy, w tym głównie zagranicznych pracowników. Patrzac na liczby na ilość mieszkańców, Mazowieckie, Łódzkie, Podkarpackie, Opolskie, Dolnoślaskie i Świętokrzyskie, wydaja się być raczej “niezdecydowane” czy wzrosty czy spadki. Z pozostałymi skad jest mało przypadków, jest ten problem że tam też mało testów, plus już sa ludzie co wracaja znad morza do Warszawy czy Poznania i okazuje się że maja Covid19, wliczani sa miejscem zamieszkania, nie zarażenia, więc prośba do userów o niebagatelizowanie wirusa nigdzie!
EUROPA I ŚWIAT:
https://www.worldometers.info/coronavirus/
Wzrosty sa jednak właściwie w całej Europie. Przypominam stara dobra stronkę, która ma więcej opcji niż się wydaje. Można sortować na milion osób i przypadki i śmierci, wybrać kontynent itp, więc można w miarę wszystko porównać i pokazać że w odróżnieniu od dziennikarzy, większość Redditorów umie analizować dane.
Jeśli ktoś obawia się zarażenia Hiszpania (Katalonia), Belgia, Luksemburg, Rumunia, Bułgaria i z poza unijnych większość krajów bałkańskich to pewnie kiepskie kierunki na podróż, ryzykowna wydaje się też być Ukraina, bo ma sporo więcej przypadków niż w Polsce i drugi najniższy (po Albanii) wskaźnik testów na milion osób (24k, w Polsce która też bez rewelacji, ale raczej środek stawki, 62k).
Na świecie oczywiście najgorsza sytuacja w USA, Brazylii, Indiach, kilku krajach Ameryki Łacińskiej, to się nie zmieniło od ostatnich koronawątków.
POLSKA REGIONALNIE, dla zainteresowanych:
https://koronawirusunas.pl/wojewodztwo-malopolskie
To dobra polska stronka. Pokazuje dane bardziej na milion, a nie bezwzględne jak komunikaty MZ czy media, możecie sprawdzić swoje województwo. W linku nastawione na Małopolskę bo tam obecnie najwięcej ognisk otwartych więc i krzywa wzrostu wyglada imponijaco niestety.
WHO i ECDC, DANE O ŚMIERTELNOŚCI I SKALACH EPIDEMII:
WHO niedawno ogłosiło że śmiertelność Covid19 to 0,6% w całej populacji, a więc wielokrotnie więcej niż grypa, która bywa zaokraglana do 0,1% ale tak naprawdę jes to raczej w promilach. Inne szacunki to 0.25% na podstawie badań przeciwciał, 0.5% procent według badań Harvardzkich na podstawie Diamond Princess i aż 1% według Imperial College London. Co powinno dać do myślenie zwolennikom spiskowych teorii, 1 osoba na 100 czy 200 to naprawdę dużo jak na tak zakaźna chorobę.
Przypominam zasady podstawowe: maski lub przyłbice sa obowiazkowe w miejscach publicznych zamkniętych zawsze, jak i otwartych w przypadku braku możliwości dystansu społecznego.
ECDC klasyfikuje kraje bezpieczne na podstawie mniej niż 20 przypadków na 100k, na dwa tygodnie. Niestety Polska się niebezpiecznie zbliża do tej granicy, więc może się zdarzyć, że zaczna powracać restrykcje dla Polaków w innych krajach. Przypominam też że nie możemy wjechać turystycznie do Finlandii (maja własny limit, skrajnie niski: 8), Irlandii (maja zasadę tylko jak jest mniej niż u nich), a niedługo pewnie zaczna się problemy w państwach bałtyckich, które wybrały limity koło 15), w pozostałych krajach UE+ narazie zakazy nam nie groża.
WIĘCEJ LINKÓW:
Garść ciekawych linków od u/Bifobe:
https://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news%2C83148%2Cpsycholodzy-badaja-stan-psychofizyczny-i-jakosc-zycia-osob-po-covid-19.html
Badanie się toczy, warto wziać udział, powyżej news, poniżej sama ankieta
https://warsawpsy.eu.qualtrics.com/jfe/form/SV_9RF2L1nyJfyiniZ
Plus linki do NYT gdzie bardzo fajnie śledza postęp przy szczepionkach:
https://www.nytimes.com/interactive/2020/science/coronavirus-vaccine-tracker.html
I terapiach:
https://www.nytimes.com/interactive/2020/science/coronavirus-drugs-treatments.html
Żeby przeczytać o Covid19 nie trzba płacić, choć jeśli ktoś chce więcej niż kilka odsłon trzeba się rejestrować.
PODZIĘKOWANIA:
Na koniec chciałem przeprosić za kiepski wyglad posta, jeszcze się uczę wielu technicznych aspektów. Jak widzicie staram się używać polskich liter, największy problem mam z “ą” bo międzynarodowa/angielska klawiatura na iPadzie akurat przy A naszej opcji nie daje, stad pewnie sporo ą brakuje, bo muszę je ręcznie wklejać. Chciałem podziękować starszym modom, u/JessicaSc2, u/takeda64, u/Roadside-Sterlok i u/illmaticmat za szansę z koronawątkiem i oczywiście chciałem przekazać też uznanie u/pothkan, za znacznie lepsza oryginalna wersję, bo bez bawienie się tu w politykę subowa, za koronawątek uznania się należa.
Zapraszam do dyskusji!
submitted by JoseMikey to Polska [link] [comments]


2020.02.17 15:49 BlackDevil13 Szantaże, sutenerstwo, łapówki i haracze W roli głównej: GROM COMBAT mjr. Jacek Kowalik, sutener, przestępca Dariusz Wójcik oraz mordercy z Nangar Khel Borysiewicz i Ligocki. Na czyje zlecenie powstał paszkwil Onetu?

Szantaże, sutenerstwo, łapówki i haracze W roli głównej: GROM COMBAT mjr. Jacek Kowalik, sutener, przestępca Dariusz Wójcik oraz mordercy z Nangar Khel Borysiewicz i Ligocki. Na czyje zlecenie powstał paszkwil Onetu?

Szantaże, sutenerstwo, łapówki i haracze W roli głównej: GROM COMBAT mjr. Jacek Kowalik, sutener, przestępca Dariusz Wójcik oraz mordercy z Nangar Khel Borysiewicz i Ligocki. Na czyje zlecenie powstał paszkwil Onetu?

Szantaże, sutenerstwo, łapówki i haracze
W roli głównej: GROM COMBAT mjr. Jacek Kowalik, sutener, przestępca Dariusz Wójcik oraz mordercy z Nangar Khel Borysiewicz i Ligocki.

Zdjęcie: Były dowódca JW GROM płk Piotr Gąstał z oficerami – przestępcami.
To odpowiedź na haniebny i kłamliwy paszkwil portalu Onet.pl który, pojawił się na pierwszej stronie tego prestiżowego serwisu pod hasłem #wybieramyprawdę. Pod tekstem podpisali się Kamil Dziubka, Marcin Wyrwał i Edyta Żemła.
Bardziej kłamliwego i oszczerczego materiału od dawna nie można było zobaczyć. To ewenement, za którym kryje się fascynująca historia z osobami z pierwszych stron gazet w roli głównej.
Mowa o tekście, który znajdował się na pierwszej stronie Onetu – „Bogdan Węgrzynek, Giermek Księżnej Angeliki”. Już sam wstęp niczym z harlequina miał zbudować atmosferę.
Dlaczego taki tekst był przez Onet promowany jako numer jeden?
Dlaczego trójka dziennikarzy napisała obszerny tekst o rzekomym drobnym oszuście? – bo tak rysuje tę postać tekst.
Dlaczego człowiek, który nie jest osobą publiczną, tylko drobnym prywatnym przedsiębiorcą staje się tematem nr. 1 na całą Polskę?
I dlaczego w artykule dotyczącym niby Węgrzynka, na samym środku widzimy zdjęcie Angeliki Jarosławskiej Sapiehy?
Sprawa jest fascynująca, a w tym tekście znajdziecie odpowiedz na znacznie więcej pytań.
Bogdan Węgrzynek, którego przedstawiono w artykule Onetu, którego próbowano w ten sposób zdyskredytować, ośmieszyć, pozbyć wiarygodności, to człowiek, który w cieniu przez kilkanaście lat służył na rzecz Polski. Dzięki niemu zatrzymani zostali groźni przestępcy.
Na czyje zlecenie powstał paszkwil Onetu?
To bardzo niepokoi. Czy Ci niby rzetelni dziennikarze są opłacani przez przestępców?
Poniżej opisane są historie zatrzymania przestępców i osoby z pierwszych stron gazet oraz piastujące najważniejsze stanowiska w kraju, które są z nimi związane
Zanim do tego przejdziemy, zadajmy pytanie dotyczące paszkwilu Onetu.
Dziennikarze w tekście przytaczają szereg rzekomych wydarzeń, mających zdyskredytować Bogdana Węgrzynka.
Tekst może i robiłby wrażenie, ale ma pewną słabość – Ani jeden przytoczony świadek kluczowych wydarzeń, ani jeden bohater tej opowieści nie jest wymieniany z imienia i nazwiska (w odróżnieniu od Bogdana Węgrzynka i Angeliki Jarosławskiej Sapiehy), nie ma żadnych dokumentów, ani nagrań, mających poświadczyć rzetelność tych informacji, nie ma podanych miejsc i adresów, żadnych zdjęć.
Tekst pod kątem merytorycznym jest zupełnie bezwartościowy.
Tak napisać można o każdym, kogo się nie lubi lub na kogo dostało się zlecenie.
Znajdują się za to fragmenty mające zohydzić głównego bohatera, sprawdzić, by stracono do niego zaufanie. To czyni tekst zwykłym paszkwilem.
Zapytajmy więc dziennikarzy tego tekstu – Dlaczego nie podajecie nazwisk bohaterów, którzy wyprowadzali Węgrzynka, z jakiego miejsca? Z jakiego biura? Może zdradzicie publiczności, gdzie pracował w 2017 roku Węgrzynek? I gdzie tamtej wiosny miał biuro i rzekome barwnie opisane naszywki GROMu?
Nie odpowiecie. Bo to wszystko są kłamstwa, które opisujemy bardzo skrupulatnie w naszym prawdziwym artykule
#Bronimyprawdy.
Warto jeszcze nadmienić, iż niejaki Kamil Dziubka, autor tekstu, od jakiegoś czasu nękał i stalkował Angelikę Jarosławską Sapiehę. Codziennie wchodził na jej profile społecznościowe i próbował za wszelką cenę zdobyć serce jasnowłosej bussineswoman. Kiedy odrzucony absztyfikant poczuł gorzki smak porażki, zaczął atakować w sposób niebywały młodą kobietę, wykorzystując do tego narzędzia medialne.
Zacznijmy więc odkrywać fakty, podając – w odróżnieniu od dziennikarzy Onetu – nazwiska, daty i miejsca:
Za pieniądze, kupują stanowiska, funkcjonariuszy, ba – nawet ministrów.
Potrafią finansować bankiety, na których bawią się prokuratorzy, sędziowie czy komornicy.
Opłacają dziennikarzy, czy nawet sponsorują media by pokazać rzekomą uczciwość tych, których natychmiast powinno się odizolować od społeczeństwa.
W Polsce można nawet kupić akt łaski u Prezydenta RP.
Tak wygląda dzisiejsza rzeczywistość nieświadomych Polaków.
Dzisiaj w Polsce można zniszczyć każdego. Powstają fundacje i organizacje, które na zlecenie uruchamiają farmę trolli, by te niszczyły niewygodnych działaczy, konkurentów czy polityków. Ba nawet w samym Sejmie RP takie fabryki trolli skopiowano i pieniądze publiczne, pochodzące z pieniędzy ciężko wypracowanych przez Polaków przekazywane są na niszczenie… niewygodnych Polaków.
Dzisiaj publikujemy kolejną część informacji na temat osób, przestępców, których dosięgła ręka sprawiedliwości. Osób, które postanowiły za wszelką cenę zniszczyć człowieka, który przez lata pracował na rzecz Rzeczypospolitej.
Dariusz Wójcik często chwali się, że do chrztu podawał go sam Kiszczak.
Jak to się stało, że taki młokos otwiera w sercu Stolicy ekskluzywne burdele z byłymi oficerami Urzędu Ochrony Państwa, a w spółkach ma osoby z różnych służb?
Do burdeli, gdzie zatrudniane są Polki, Ukrainki i Tajki dołączony jest serwis wyjazdowy, którego ochroną zajmują się byli policjanci i GROM-owcy.
Burdele wyposażone są w ukryte kamery – takie same jak w burdelach afery podkarpackiej, aby zachowywać w pamięci (często potem wykorzystywane) upojne chwile; polityków, księży, funkcjonariuszy a także biznesmenów z pierwszych stron gazet.
Dariusz Wójcik do swego burdelu sprowadza często niepełnoletnie Ukrainki i Tajki; jako wyborny czy ekskluzywny towar. Również trunki są nie byle jakie.
Dziewczyny wiedzą co zamówić, a barman w zasobach ma unikalne medykamenty, które doprowadzają mężczyzn do szaleństwa.
Kiedyś okradzeni prezesi oskarżali te miejsca, gdy pod wpływem narkotyków czy tabletek zostawiali w tych lokalach za noc po kilkaset tysięcy złotych.
Parę lat temu było głośno o tym procederze z członkami rady nadzorczej jednej ze spółek skarbu państwa.
Do agencji towarzyskich – burdeli „Hustler” i „VegasClub” często zaglądają nietuzinkowi goście.
Wójcik dba o nich jak o perełki – pielęgnuje, częstuje szampanami za kilkaset złotych. Dariusz Wójcik- suteren opowiada swoim gościom różne nieprawdopodobne historie, ale też dzięki swojej wyobraźni i fantazji rozwija kolejne firmy.

Zdj – zródło: PAP
Szczyci się Centrum Nurkowym Dive4Fan, firmę eventową Loft44, zakłada salon urody i kosmetyczny, pizzerie, firmę IT, a także działalność detektywistyczną.
Często wymienia barmanów i bramkarzy, choć jednego sobie upodobał najbardziej.
Z bramkarzami często się nie rozlicza twierdząc, że wszyscy go oszukują. Trzeba przyznać, że bramkarz za noc w pracy u Wójcika potrafił wyciągnąć całkiem sporą sumę.
Wójcik dorabia się wielkich pieniędzy, w jego stajni samochodów znajdują się bardzo ekskluzywne limuzyny: Maybachy, BMW, czy AUDI.
Dariusz Wójcik to niewysoki, szczupły blondyn, cherlawy i bojaźliwy. Dlatego opłaca funkcjonariuszy, którzy pilnują jego biznesu, zwłaszcza kiedy dostarczany jest „towar”.
Ekskluzywny „towar” kosztuje oczywiście sporo więcej i jest dla najwyższych elit.
Kiedy poznaje Jacka Kowalika, byłego oficera GROMu zaczyna się między nimi wielka przyjaźń. Oczywiście oparta o kasę.
Kowalik jest częstym gościem nocnych klubów Wójcika, korzysta z wszystkich atrakcji burdelowych komnat. Często robi w nich burdy, kiedy wypije za dużo. Chwaląc się historią jak z Jamesa Bonda
Wójcik wtajemnicza Kowalika w przestępczy proceder. Zakładają też fundację poświęconą byłemu założycielowi GROM ppłk Leszkowi Drewniakowi.
Wójcik wyposaża fundację w sprzęt, samochody. Kowalikowi kupuje nową brykę AUDI Q7.
Pracownicy nocnych klubów Dariusza Wójcika – barmani oraz zaufane dziewczyny faszerowali nieświadomych niczego klientów substancjami odurzającymi, aby Ci tracili kontrolę i wydawali więcej pieniędzy.
Dariusz Wójcik chwali się na lewo i prawo burdelowskimi zdobyczami, pozostawionymi przez gości domu uciech. Sam często korzysta z blachy policyjnej.
Wśród klejnotów koronnych pozostawionych przez bywalców można było znaleźć legitymacje poselskie, paszporty dyplomatyczne, odznaki funkcjonariuszów Policji, ABW, Urzędów Skarbowych i innych.
Ekipa X zaczyna swoją przestępczą działalność. Kowalik do współpracy zaprasza byłych komandosów, którzy są oskarżeni w procesie zabójstwa cywili w Nangar Khel – plutonowego awansowanego do stopnia sierżanta (chyba za mord na cywilach) Tomasza Borysiewicza i starszego szeregowego rez. Damiana Ligockiego. Tak dorabiali żołnierze, którzy żalili się prasie, że, nie mają na chleb. Błagali Dudę o ułaskawienie.
W Nangar Khel tak naprawdę strzelali do cywili jak do kaczek. Sam Petelicki czytając scenariusz walk i przeprowadzenie ataku przez Polaków wycofał swoje poparcie dla morderców. Obwiniał kadrę szkoleniową, za zbyt krótkie i mało profesjonalne przeszkolenie żołnierzy, którzy wyjechali na misję. Nikt z wioski nie wybaczył polskim żołnierzom mordu na cywilach, jak pisała Żemła w swoim artykule. Cywile ginęli w okropny sposób, a rannym nikt nie udzielił pomocy. Sami Amerykanie żądali ukarania Polaków, którzy nie podporządkowali się ani procedurom, a atak przeprowadzili bez pozwolenia.
Jednym z wielu przykładów przestępczej działalności Jacka Kowalika i Dariusza Wójcika jest relacja z Iwoną Gaweł – właścicielką Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości wielokrotnie karaną za wyłudzenia kredytów bankowych i fałszowanie dokumentacji finansowej oraz ubezpieczeniowej.
W 2014 roku, w okresie, kiedy Gaweł była skazana prawomocnymi wyrokami, ze swojej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości pozbywa się niewygodnego dyrektora zarządzającego mieszkańca Szczecina.

![img](zoi4g0ibyhh41 " Zdjęcie: Dokumenty – kolejny wyrok skazujący Iwonę Gaweł za przestępstwa finansowe. Zdjęcie operacyjne.")
Jacek Kowalik z fałszywymi GROMowcami, pod bronią zmuszają dyrektora, aby podpisał wiele dokumentów, a następnie wyprowadzają go z firmy, grożąc, iż jeśli kiedykolwiek zbliży się do Iwony Gaweł znajdą go na końcu świata i „upierdolą”.

![img](ug4eax69yhh41 " Zdjęcie: Były dowódca JW GROM płk Piotr Gąstał z oficerami – przestępcami.")
Potem Iwona Gaweł płaci haracz. Można to nazwać ryczałtową opłatą za ochronę Jacka Kowalika.
W 2015 roku, już po tych wydarzeniach, Bogdan Węgrzynek zostaje prezesem zarządu ARP (pełni funkcję prezesa ARP, 8 miesięcy, następnie po wykryciu poważnych nieprawidłowości zgłasza odpowiednim organom kontrolnym spółkę ARP).
Gdy dołącza do firmy na prestiżowe stanowisko, spółka z pozoru wygląda wzorowo, co więcej – jest promowana przez agencje rządowe, takie jak PARP i NCBR, czy nawet Ministerstwo Gospodarki co skutecznie zachęca go do podjęcia tego wyzwania.
Po jakimś czasie i analizie sytuacji firmy, widzi, iż w firmie są nieprawidłowości, a co więcej – wyłudzone zostały milionowe dotacje unijne, oszukiwani są podwykonawcy. Na zaproszenie Iwony Gaweł w firmie pojawiają się wątpliwe osoby.
Bogdana Węgrzynka przed działalnością Iwony Gaweł zaczyna także ostrzegać wiele osób.
Kiedy Węgrzynek dla Iwony Gaweł i Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości organizuje pierwszy Światowy Kongres Klastrów w Dąbrowie Górniczej, przed wydarzeniem odbywa się konferencja prasowa. Po transmisji konferencji przez TVP, Węgrzynek dostaje wiele informacji iż Iwona Gaweł oszukała wiele osób i jest w świecie śląskiego biznesu „persona non grata”.
Bogdan Węgrzynek zarządza kontrolę w spółce ARP.
Iwona Gaweł zaczyna go szantażować, iż jeśli nie zatrzyma kontroli, to ona nie wypłaci pieniędzy za Światowy Kongres Klastrów, które zostały przelane na konto ARP od partnerów m.in. od Marszałka Woj. Śląskiego, Prezydenta Dąbrowy Górniczej czy innych sponsorów w wysokości kilkuset tysięcy złotych.
Pod nieobecność Węgrzynka do firmy wchodzą – jak oznajmia Iwona Gaweł – „funkcjonariusze CBŚP”, którzy zabierają komputer i twardy dysk z gabinetu Węgrzynka.
Potem okazuje się, iż byli to podający się za funkcjonariuszy Policji: Jacek Kowalik oraz Dariusz Wójcik…
Rzekomo chodziło o współpracę ARP z Prezydentem Żor. Faktycznie – Gaweł angażowała się w kampanię wyborczą prezydenta Żor Waldemara Sochy, a sam Prezydent pojawiał się w ARP kilkukrotnie na spotkaniach w cztery oczy z Gaweł. Socha, jak i przewodniczący rady maiasta bardzo blisko współpracowali z ARP. Sam przewodniczący Kosztyła był mecenasem w ARP.
Kiedy Węgrzynek wrócił z wyjazdu do ARP, Iwona Gaweł pokazała dokumenty z policji z nakazem wejścia i przeszukania pomieszczeń. Węgrzynek w tajemnicy przed Gaweł skontaktował się z policją. Okazało się, że nic takiego nie miało miejsca.
Po tym fakcie, powiadomił także ABW i funkcjonariuszy o sytuacji, która miała miejsce w ARP, szantażach Iwony Gaweł oraz o wszystkich nieprawidłowościach spółki, które jak należy zaznaczyć, miały miejsce przed jego dołączeniem do spółki ARP.
Iwona Gaweł informuje, że ktoś zgłosił donos i pokazuje dokument wystawiony przez CBŚ. Jak się okazało, dokument był podrobiony przez grafika Dariusza Wójcika.
Od swoich informatorów B.W. dostaje informacje, iż w burdelu Dariusza Wójcika wymieniane są maile między Iwoną Gaweł a Dariuszem Wójcikiem i Jackiem Kowalikiem. W klubie Hustler spotykają się także byli żołnierze z Nangar Khel. Razem obmyślają plan wejścia do ARP i strategię zastraszenia prezesa Bogdana Węgrzynka.
Kiedy Węgrzynek przesyła otrzymane informacje do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, zaczyna się pełny monitoring działalności Iwony Gaweł, Dariusza Wójcika, Jacka Kowalika oraz opłacanych przez przestępców funkcjonariuszy policji i ABW.

Zdjęcie: Dokumenty – kolejny wyrok skazujący Iwonę Gaweł za przestępstwa finansowe. Zdjęcie operacyjne.
Pod nieobecność Węgrzynka, do ARP przyjeżdżają Wójcik i Kowalik. Iwona Gaweł żali się, iż jest osaczona przez Węgrzynka.
Panowie przyjeżdżają swoimi Q7, opowiadają, że zaangażują do tego więcej osób, zwłaszcza byłych funkcjonariuszy służb, oraz byłych oficerów Policji i ABW.
Za kwotę 500 000 zł chce pozbyć się Węgrzynka z Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.
Iwona Gaweł zdradza również, iż jej życiowym partnerem jest były prezes Trybunału Konstytucyjnego Jerzy Stępień.
Stało się jasne, dlaczego Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości Iwony Gaweł tak dobrze wyglądała na pierwszy rzut oka. I dlaczego miała tak dobre referencje.
Jerzy Stępień skutecznie wspierał swoją kochankę. Pomagał Iwonie Gaweł uniknąć wyroków skazujących za swoje poczynania, bowiem za swoją przestępczą działalność powinna bezwarunkowo siedzieć w zakładzie karnym.
15 kwietnia 2015 roku odbywa się w Katowicach kolejna edycja Europejskiego Kongresu Gospodarczego.
Funkcjonariusze monitorujący Gaweł, Kowalika i Wójcika montują swoje urządzenia w II budynku należącym do ARP, który wynajmowany jest przez firmę SYRION.
W Katowicach agenci ABW spotykają się z Węgrzynkiem informując, iż tego dnia planowana jest akcja w ARP, ale funkcjonariusze informują go, że wszystko monitorują i zabezpieczają.
W momencie, kiedy Węgrzynek rozmawia z funkcjonariuszami dzwoni Iwona Gaweł, myśląc iż Węgrzynek jest obecny na kongresie. Faktycznie Węgrzynek brał udział w kongresie, ale funkcjonariusze poinformowali go, iż to idealna okazja, by rozpracować Iwonę Gaweł i jej kolesi.
Już w Katowicach funkcjonariusze ABW podłączają i zabezpieczają podsłuch i radiolokator Węgrzynkowi. Do ARP jedzie zgodnie ze wskazówkami z drugą osobą, aby pokazał obiekt i przeszedł się po się po inwestycji. Chodzi o to, aby funkcjonariusze mieli czas dokładnie sprawdzić sprzęt i odsłuch zainstalowany na Bogdanie Węgrzynku.
Kiedy przyjeżdża do Agencji służbowym samochodem i z auta wychodzi z nim kolejna osoba, Gaweł, Kowalik i Wójcik są w wielkiej konsternacji.
Węgrzynek wchodzi do ARP i przedstawia Iwonę Gaweł. Rozmawiają chwilę, ale nie sposób nie zauważyć bladej, jąkającej się Iwony Gaweł, która jest wręcz sparaliżowana.
Węgrzynek znów zgodnie ze wskazówkami agentów ABW wychodzi z budynku głównego. Wchodzi do budynku, który wynajmuje SYRION, znajdującego się naprzeciw biura Gaweł. Funkcjonariusze ponownie sprawdzają sprzęt, odsłuchują, kiedy Węgrzynek rozmawia z właścicielami Syrionu. Agenci proszą, aby przeszedł się on jeszcze po inwestycji, elektrociepłowni ORC, budowanej przez Gaweł aby mieli trochę więcej czasu. Agenci czekają na kolejnego operacyjnego busa. Ustalają porządek działań wedle wcześniejszych procedur. Agenci ABW informują, że są w gotowości do natychmiastowego wejścia.
Proszą o rozwagę, ponieważ przestępcy są wyposażeni w broń palną.
Kiedy Węgrzynek wchodzi na plac budowy, widzi rozlokowane samochody: dwa AUDI Q7 Kowalika i Wójcika, oraz samochody byłych żołnierzy Nangar Khel oraz dwóch innych osób. Funkcjonariusze postawili na ochronie również swoich ludzi, aby mogli na bieżąco śledzić rozwój sytuacji.
Kiedy Bogdan Węgrzynek dostaje właściwy sygnał, z zaproszonym gościem wchodzą do Agencji.
Po chwili rozmowy Węgrzynek prosi dyrektora zarządzającego Jerzego Kozubskiego, aby z gościem pojechał do restauracji na obiad.
Iwona Gaweł zaczyna szlochać, że już nie ma siły na to wszystko, że agencja jest w fatalnym stanie, że te oskarżenia co do niej są wymyślone, że nigdy nie była karana, etc.
Iwona Gaweł chce zapłacić nawet milion złotych, aby Bogdan Węgrzynek wyniósł się z Agencji.
Ten staje się dla niej bardzo niewygodny. Węgrzynek naciska na Iwonę Gaweł, aby ta rozliczyła się ze swoimi podwykonawcami np. TT SOLAR, z panem Gutowskim, z Toper Bud, panem Nieużytkiem z firmy budowlanej, z firmą SYRION, gdzie posługiwała się fałszywymi fakturami, firmą od ociepleń czy firmy cateringowej Gastro oraz firmy, która instalowała elektrykę. Oszukanych firm przez Iwonę Gaweł jest naprawdę wiele. Jednym z prawników, którzy prowadzą procesy przeciwko Iwonie Gaweł i ARP jest kancelaria adwokacka KBZ i Partnerzy, Krzysztofa Żuradzkiego z Katowic.
Węgrzynek prosił, aby ta spłaciła Światowy Kongres Klastrów, który odbył się w Dąbrowej Górniczej. Na ten kongres klastrów bowiem pieniądze od partnerów i sponsorów wpływały na konto ARP do których dostęp miała Iwona Gaweł i jej córka Dominika Gaweł, która w tym czasie była członkiem zarządu i jedną z księgowych ARP. Były to pieniądze m.in. od Marszałka Woj. Śląskiego, Prezydenta Dąbrowy Górniczej oraz innych sponsorów. W sumie ponad kilkaset tysięcy złotych.
Po przyjeździe dyrektora Kozubskiego z gościem, Węgrzynek miał pojechać do Katowic i kontynuować udział w kongresie. Jednak poprosił dyrektora, aby ten odwiózł gościa na miejsce Europejskiego Kongresu Gospodarczego.
Iwona Gaweł i jej grupa amatorów oddychają z ulgą, nie mają pojęcia, że od samego rana są na pełnym monitoringu.
W sekretariacie zostaje asystentka Iwony Gaweł, Magdalena Mazurek.
Hasłem do wejścia funkcjonariuszy ABW, miało być wypowiedzenie słów „co robisz schowaj tą broń”.
Po kilku minutach do biura Iwony Gaweł wchodzi sutener z Warszawy Dariusz Wójcik z Jackiem Kowalikiem.
Od zewnątrz blokują drzwi Borysiewicz i Ligocki.
Sutener przedstawia się jako były GROM-owiec i człowiek ze służb, który z Kowalikiem brał udział w operacjach w Iraku i Afganistanie. Kompletnie nie ma pojęcia, iż Węgrzynek dokładnie wie kim on jest.
Wymachuje odznaką ABW i mówi o „Kisielu” (byłym operatorze GROM), który zawsze był nieudacznikiem i alkoholikiem, który w GROMie jest nikim.
Kowalik mówi jasno, że Iwona Gaweł jest pod ich ochroną.
Gaweł przynosi dokumenty do podpisu, aby ten złożył podpisy i wyniósł się z Agencji.
Dokładnie tak jak w scenariuszu, kiedy właścicielka ARP pozbywała się rok wcześniej byłego dyrektora.
Niestety nic nie idzie po jej myśli.
Jacek Kowalik prosi, aby Bogdan Węgrzynek nie robił zamętu i problemów. Wójcik zaczyna się histerycznie zachowywać, widząc, że Węgrzynek pozostaje na te groźby obojętny.
Do pokoju wchodzą Borysiewicz i Ligocki. Ligocki, wytatuowany goguś stara się być groźny, ale to Borysiewicz zamierza skraść show i zaimponować zebranym.
Skazani za morderstwa cywilów Borysiewicz i Ligocki mają przy sobie broń krótką.
Borysiewicz, prezentuje się jak największy cham klnąc i sapiąc. Takim kowbojskim grymasem wykrzyczał, iż zabijał już ludzi na misjach i nie zawaha się zabić kolejnej osoby.
Węgrzynek krótko skwitował przebierańca słowami: Jesteś za wielkie zero i nie rzucaj kurw tutaj przy mnie.”
Wywiązała się mała szarpanina, w trakcie której Węgrzynek chwycił za szyję nieustraszonego Borysa, który w sekundzie był blady jak właścicielka ARP Iwona Gaweł. Ligocki pchnął Węgrzynka, a Wójcik podwinął ogon i ulotnił się z gabinetu. Uspokoił sytuację Kowalik, który grzecznie mówił o tym, aby zapanować nad nerwami.
Węgrzynkowi nigdzie się nie spieszyło. Iwonie Gaweł i wynajętym bandytom również. Węgrzynek wiedział, że ta amatorka nie będzie trwać wiecznie.
– Funkcjonariusze mieli odsłuch wszystkiego co się dzieje w ARP, a panowie byli bardzo wylewni, dając tym samym bogaty materiał nagraniowy.
Potem Węgrzynek z przestępcami wyszli tylnymi drzwiami. Wsiedli do samochodu i pojechali w kierunku mieszkania należącego do Iwony Gaweł, które znajdowało się na jednym z osiedli w Chorzowie.
Było to mieszkanie, tzw. służbowe w którym mieszkał Węgrzynek. Właścicielka ARP Iwona Gaweł wieczorami kilkukrotnie przyjeżdżała do tego miejsca, aby odwiedzić Węgrzynka, którego darzyła bardzo głębokim sentymentem.
Nie był on jeszcze wtedy świadomy żadnych jej przestępstw, a tym bardziej planów na kolejne.
Za samochodem, w którym znajdował się Węgrzynek jechał samochód operacyjny ABW, gotowy do interwencji. Kiedy przyjechali do Chorzowa, udali się w kierunku mieszkania śmiejąc się pod nosem. Węgrzynek zabrał swoje rzeczy i wyszedł.
Borysiewicz i Ligocki, którzy towarzyszyli Węgrzynkowi nawet byli zdziwieni zachowaniem Węgrzynka. Nagrana została z tego momentu ciekawa rozmowa:
Kiedy zostawili go na parkingu, Borysiewicz powiedział Węgrzynkowi, żeby zapamiętał, że „Petelicki był skończoną kurwą i złamasem. Czarny też się wyłamał.” (Czarny – to pseudonim Sławomira Berdychowskiego, byłego GROMowca, założyciela i pierwszego dowódcy JW. AGAT.)
Ligocki dodał, że Petelicki niby wstawił się za nimi w procesie, ale w rzeczywistości nie zabierał głosu, kiedy go o to prosili. Na koniec dodał: „Kowalik i Wójcik ciebie zniszczą i pamiętaj, że pomimo, że trzymasz się blisko z GROMowcami, to jest ekipa, która w tym świecie rządzi.”
Węgrzynek odpowiedział grzecznie – Jestem wychowankiem Petelickiego, jestem człowiekiem honoru – dopadnę Was wszędzie. Gdyby Petelicki żył, pokazałby Wam, co to znaczy podszywać się pod GROM, a Kowalika nauczyłby pokory.
W służbach specjalnych o Borysiewiczu i Ligockim mówiono mało delikatnie – „chujopląty”, co oznaczać miało przebierańców, podających się za rzekomych specjalsów.
Po odjeździe przebierańców, po kilku minutach podjechał samochód operacyjny ABW i zabrał Bogdana Węgrzynka do Katowic do hotelu, gdzie spisali całą sytuację.
Następnego dnia Węgrzynek złożył szerokie zeznanie w prokuraturze.
Trzy dni później, złożył także zawiadomienie do CBA, Urzędu Skarbowego, NFOŚiGW, WFOŚiGW, PARP, oraz NCBiR.
Od tego czasu Kowalik, Wójcik, Ligocki i Borysiewicz byli pod kontrolą funkcjonariuszy.
Panowie posługiwali się fałszywymi dokumentami przeprowadzali kolejne usługi.
Powoływali się na wpływy w Instytucjach państwowych i u znanych polityków. Podszywali się pod funkcjonariuszy służb i policji.
Sam Węgrzynek 10 października 2017 r. doprowadził do głośnego zatrzymania na gorącym uczynku 4 osób w tym Dariusza Wójcika, kiedy ci przyjmowali 100 000 EURO łapówki w burdelu ochranianym przez Kowalika o nazwie HUSTLER. Tym razem powoływali się na wpływy w Ministerstwie Sprawiedliwości. To była tylko część pieniędzy z 4 000 000 nowego haraczu którego zażądał Wójcik.
Podczas tej zakrojonej akcji funkcjonariuszy CBA na Nowym Świecie, otoczyli burdel HUSTLER, ze wszystkich stron. W akcji brało udział wielu antyterrorystów. Kiedy w centrum Warszawy słychać było potężny huk ładunków wybuchowych to był sygnał rozpoczęcia nietuzinkowej akcji antyterrorystów. Drzwi niemal rozniosły się na strzępy, słychać było dźwięki rozbijanego szkła.
Tętniący życiem Nowy Świat usłyszał dźwięk rozbijającego się szkła i huk strzałów.
Wejście było wielkim pokazem kunsztu antyterrorystów – mówił Dawid S.
Uzbrojeni przestępcy byli zaskoczeni całą sytuacją.
Zatrzymano także funkcjonariusza policji, który współpracował z bandytami.
Kiedy Dariusz Wójcik, po dłuższych „wakacjach” wyszedł z więzienia, oznajmił wszem i wobec, że dopadnie Węgrzynka za wszelką cenę.
Nawiązał kontakt z kolejnym przestępcą, którego również rozpracował Bogdan Węgrzynek – Jackiem Pieńczakiem.
Pieńczak to przestępca mieszkający w Wolsztynie koło Poznania.
Jacek Pieńczak trudni się m.in. handlem bronią, wyłudzaniem podatku VAT i AutoCasco poprzez rozbijanie ekskluzywnych samochodów należących do swojej małżonki, Anity Karcz. Pieńczak współpracuje także z GROM-owcami, z jednym z nich – Wiesławem Woźnicą ma również spółkę BERLOPAC.
Pieńczak opłacał funkcjonariuszy CBA z Lubelskiej Delegatury strasząc najpierw swojego szwagra, a potem GROMowca Andrzeja Kusiołka „Kisiela”.
Coś musiało pójść nie tak z Iwoną Gaweł. Może przestała płacić haracz?
Ponieważ bandyci, którzy mieli zajmować się jej ochroną zaczęli publikować jej filmy erotyczne, na różnych portalach społecznościowych.
Sam Jacek Pieńczak zaczął opłacać dziennikarzy w tym znanego w świecie dziennikarstwa Piotra Nisztora, który dosyć, że zaprosił Pieńczaka na audycję do Polskiego Radia, prezentując go jako biznesmena to niejednokrotnie na swoim oficjalnym Twitterze pisał pochwalne peany o nim samym.
Nisztor również na jednym ze swoich oficjalnych portali społecznościowym chwalił się zdjęciem z karabinkiem ze strzelnicy należącej do Jacka Pieńczaka.
Tak właśnie wygląda dziennikarstwo w wykonaniu Nisztora.
Kilka dni później Nisztor opublikuje na Twitterze jedno z prywatnych zdjęć, okraszone komentarzem pełnym insynuacji. Zdjęcie jest skradzione z komputera pewnej osoby, która na nim widnieje. Nisztor opisuje zdjęcie jakoby było wykonane na Mazurach, co okazuje się nieprawdą.
Co ciekawe, zdjęcie to najpierw opublikowane było pod fikcyjnym kontem z nickiem WhiteDevil – opublikował je Jacek Pieńczak.
Erotyczny film w roli głównej z Iwoną Gaweł opublikowany w internecie przez Jacka Pieńczaka na profilu, który został dzięki prokuraturze usunięty, również obnażył innego dziennikarza mediów publicznych – Jacka Łęskiego.
W programie TVP Alarm! Jacek Łęski przedstawia Iwonę Gaweł jako ofiarę Bogdana Węgrzynka. W tle programu słychać przestraszony głos Gaweł. Ciekawe jest jednak to, że współpracownik UOP tzw redaktor Łęski nie natrafił na rzeczywistych poszkodowanych przez Iwonę Gaweł.
Były współpracownik UOPu i ABW Jacek „REDAKTOR” Łęski szykanował i próbował zdyskredytować Węgrzynka, umieszczając wypowiedź Iwony Gaweł o tym, jak to jest przez niego prześladowana. Łęski oprócz programu TVP Alarm, współprowadzi w TVP kontrowersyjny program „Studio Polska” z prominentką PiSu, a prywatnie nawet bardzo bliską jego przyjaciółką Magdaleną Ogórek. Wielokrotnie z tego programu usuwano niewygodnych gości, którym za wszelką cenę chciano zamknąć usta. W jednym z programów jeden z uczestników nie wytrzymał i przed kamerami na żywo powiedział, że Łęski szczuje na Polaków. Bardzo blisko zaprzyjaźniona z Łęskim współprowadząca stanęła w obronie Łęskiego strasząc gościa PiSowskimi sądami.
Dariusz Szymczyk i Waldemar Bozigórski
![img](ekm5nig2yhh41 " Zdjęcie – Bandyci zatrzymani na gorącym uczynku przez agentów CBA. Zródło: Gazeta.pl")
#grom #piotrgąstał #jwgrom #nangarkhel #kłamstwoonetu #onet #bogdanwęgrzynek #onetbogdanwęgrzynek
submitted by BlackDevil13 to u/BlackDevil13 [link] [comments]


2019.12.04 16:41 compulsiveranter Polacy przywrócili moją wiarę w ludzkość/Polish people have restored my faith in humanity

Original post: https://www.reddit.com/poland/comments/e5ve5q/polish_people_have_restored_my_faith_in_humanity/
*Please note this is a google translated version so more people can know about this
Wersja TLDR na końcu.
Piszę to, aby Polacy czytający to dzisiaj powinni czuć się niesamowicie dumni z siebie i swoich współobywateli. Nigdy w życiu nie ściskałem tylu przypadkowych nieznajomych, ponieważ byłem upokorzony.

Krótko, pochodzę z Indii i podróżowałem sam przez około miesiąc. Przez większość czasu przebywałem w Wielkiej Brytanii, a mój pobyt w Polsce trwał około 8 dni. Moja podróż była związana z pracą.

Tak czy inaczej, moja podróż szła absolutnie dobrze i świetnie się bawiłem, spotykając ludzi z obu krajów i zwiedzając region, ponieważ był to mój pierwszy raz w Europie.

Nadchodzi ostatni dzień. Byłem w Krakowie i miałem pociąg do Warszawy zarezerwowany z EIP, a następnie lot w nocy do lotniska z Delhi.

Opuszczam mieszkanie i jadę tramwajem do Krakowa Głównego i wtedy to gówno mi się nie udaje. Okropnie źle. Wszyscy winni za to siebie.

Nosiłem bagaż kabinowy i plecak z laptopem, ładowarkami, gotówką i PASZPORTEM. Cały czas miałem przy sobie plecak. Wcześniej odbyłem wycieczkę po Krakowie po starym mieście. Moje plecy były trochę obolałe z powodu długiego dnia, więc po to, by poczuć się trochę swobodnie, siadam na pustym siedzeniu w tramwaju i zdejmuję plecak, żeby go schować.

Tramwaj zbliża się do mojego przystanku i zdaję sobie z tego sprawę późno. Zatrzymuje się i patrzę na zewnątrz, aby uświadomić sobie, że do cholery muszę stąd wyjść. W chwili strachu przed nieudanym zatrzymaniem wybiegam ze sobą, zabierając ze sobą torbę kabinową. Właśnie kiedy wychodzę, drzwi tramwaju zamykają się i odjeżdżają. Potem mi się świta, dziwnie się czuję, jakby coś się zmieniło. Ku mojemu przerażeniu właśnie to zrobiłem, PLECAK. Najważniejszy kawałek zostawiłem podczas podróży tramwajem. Byłem w stanie paniki. Absolutna panika i czułem we mnie kryzys i stan pomocy. To jest mój dzień wyjazdu i właśnie w tym momencie popełniłem największe pieprzenie. Był w tym mój paszport. To jest moja tożsamość i to był jedyny sposób, by móc wrócić.

Teraz zaczyna się mój związek z nieznajomymi. Idę na górę, do stacji, żeby zobaczyć znak informacyjny. Znalazłem jeden na wycieczki, ale oczywiście potrzebowałem pomocy i wszedłem do środka. Jest tam ta pani i prosi mnie o sprawdzenie biura MPK, które jest na zewnątrz. Wychodzę i zgaduję, co znajdę, biuro jest zamknięte, ponieważ jest niedziela. Mam na myśli to, że kiedy idzie źle, po prostu idzie gorzej.

Tam jest przystanek autobusowy i widzę młodą damę czekającą na swój autobus. Podchodzę do niej nadal w stanie paniki i opowiadam jej o tym, co się właśnie wydarzyło. Zgadnij co? Nie rozumie angielskiego, ale jej postawa sugerowała, że ​​chce pomóc, ale nie rozumie gówna. W tej sytuacji uderzyło mnie to, skorzystajcie z technologów. Otwieram tłumaczenie Google i piszę tam „Zostawiłem torbę w tramwaju i ma ona mój paszport, proszę o pomoc!” Teraz dobrze zrozumiała, że ​​ten facet jest w poważnej sytuacji. Nasza komunikacja odbywa się po tłumaczeniu. Rozgląda się, by znaleźć numer. Dzwoni na ten numer, mówi do nich. Wyjaśnia im moją sytuację, która zajęła dobrze około 10-15 minut. Rozumiem, że to dla mnie przypadkowa osoba, nie znam jej. Nie mówi nawet wspólnym językiem między nami, ale wciąż tam stała, żeby mi pomóc. W trakcie rozmowy jest informowana, żebym zadzwonił pod ten sam numer po 2 godzinach. FFS. Mam lot za 6 godzin i nadal muszę jechać pociągiem do Warszawy, która trwa 30 minut. Uświadomiłem sobie, że nigdy nie będę w stanie tego złapać. Dziękuję tej kobiecie i przytulam ją za jej pomoc.

Byłem w tej bezradnej sytuacji, ale wiedziałem, że nie mogę tego znieść. Wpadłem na pomysł, że może, po prostu MAJBE, kierowca na ostatnim przystanku zmienia zmiany i sprawdza, czy w tramwaju nie ma żadnych rzeczy. Jadę następnym tramwajem do następnego przystanku. Sięgnij, aby znaleźć biuro. Jest jeden stary dżentelmen. Piszę z telefonu tekst o mojej torbie. Tekst jest przetłumaczony na język polski. Uświadomiłem sobie, że nie będzie znał angielskiego. Wyjaśniam mu sytuację i podaję numer tramwaju oraz godzinę, o której jechałem. Wyciąga swoją gadatliwą i komunikuje się z kierowcą. 5 minut komunikacji i wraca, żeby powiedzieć mi „nie”, aby wskazać, że kierowca niczego nie znalazł. Kolejna realizacja zniknęła! Torba nie wraca. Ktoś prawdopodobnie właśnie to wziął. To znaczy, że byłoby to dość intratne. W środku jest cały laptop. Ale powiedział przez tłumacza, że ​​możesz iść na policję, która zajmuje się MPK. Zapisał mi ten adres, a także dokładny numer tramwaju, który wybrałem. Kolejny akt dobroci. Mógł mnie po prostu odepchnąć, gdy powiedział mi, że nic nie znaleźli. Wiedziałem, że muszę iść na policję, ponieważ torba miała mój cholerny paszport. Mogłabym być w prawdziwym niebezpieczeństwie i nie miałam pojęcia, co do diabła się z tobą stanie, jeśli stracisz paszport w obcym kraju.

Zanim udam się na policję, próbuję sprawdzić, czy coś się nie stało na przystanku po tym, jak upadłem. Może być współ pasażerem zrealizowanym i podał go na następnym przystanku.
Zanim udam się na policję, próbuję sprawdzić, czy coś się nie stało na przystanku po tym, jak upadłem. Może być współ pasażerem zrealizowanym i podał go na następnym przystanku. Idę na ten przystanek tramwajowy i znajduję kolejnych dżentelmenów, którzy prawdopodobnie byli tam, aby pomóc kierowcom tramwajów. Idę do niego, ale on nie mówi po angielsku. Pulsuję tę samą wiadomość z mojego telefonu. Zdaje sobie sprawę z mojej paniki i zabiera mnie na górę do swojego biura. W środku siedzi kobieta, prawdopodobnie jego przełożony. Mówi jej o sytuacji. Na szczęście zna trochę angielskiego. Mówię jej bezpośrednio. Prosi, żebym poczekał na zewnątrz. To samo dzieje się, gdy próbuje dowiedzieć się o torbie, pytając kierowców tramwajów. Wraca do mnie, aby przekazać tę samą wiadomość, nie mają żadnych informacji. Facet, który mnie zabrał, zaleca również, żebym poszedł na komisariat. Mówi, jakim tramwajem muszę jechać i w którym kierunku muszę iść ze stacji docelowej. Tramwaj przyjeżdża i mówi mi ten. Kontroler biletów jest w środku. Mówi mu, który przystanek i muszę się do niego dostać, i daje mu bilet na ten dokładny przystanek i informuje go, kiedy nadejdzie przystanek. Kolejny akt dobroci. Życzy mi również powodzenia. Jestem mu wdzięczny.

Mój cel przybywa, gdy zastanawiam się, co dalej. Kontroler biletów każe mi tu zejść. Idę na komisariat policji i wygląda na to, że jest zamknięty. Nie mów mi, że posterunek policji również jest zamknięty, ponieważ jest niedziela. Nie dlatego, że przybywa policjant i kiedy wchodzi do biura, pytam go o angielski. On tego nie mówi. Znów Google tłumaczy FTW. Wchodzi do środka, a potem wraca chwilę i wskazuje mi tablicę, która wspomina coś o zagubionym i znalezionym dla MPK. Określa godziny otwarcia i zgadnij co. Jest zamknięty, ponieważ jest niedziela. Próbuję go zapytać o cokolwiek innego, co mogę zrobić, ale on nie może mnie absolutnie zrozumieć. Moje walki trwają i podczas tej akcji 3 młode kobiety wchodzą na komisariat. Jedna z nich prowadziła samochód, więc chciała sprawdzić poziom alkoholu. Gdy mają zamiar wyjść, widzą, że walczę tutaj z komunikacją. Patrzę na jedną z kobiet. Ona już na mnie patrzy, być może z powodu mojej spanikowanej twarzy, a jej uwagę przykuła walka. Pytam, czy ona mówi po angielsku, odpowiedziała twierdząco. Jestem jak dzięki Bogu i mówię jej o mojej sytuacji. Dziewczyna, która chciała sprawdzić poziom alkoholu, licytuje adieu i odchodzi, gdy dwie kobiety zostają. Oboje mówią po angielsku. Komunikują się dla mnie z oficerem. Zapytaj o najlepsze rozwiązanie. Zapytaj go, co mogę zrobić. Mówi im, że ten facet musi udać się do ambasady indyjskiej, która znajduje się w Warszawie, i poprosić o uzyskanie duplikatu paszportu. A potem proszę ją, żeby zapytała go, czy mogę dostać dokument potwierdzający utratę paszportu. Może będę musiał coś pokazać ambasadzie. Wyciąga formularz i prosi mnie o napisanie moich danych. Następnie stempluje go dla mnie i zatrzymuje kopię. Cała ta walka i walka trwały prawie 45 minut, ale te dwie niesamowite kobiety stały obok mnie. Pomógł mi z całą komunikacją i szczegółami. Policjant wydrukował mi nawet adres ambasady z numerem telefonu. Chociaż mogłem to rozgryźć, ponieważ miałem swój telefon, ale to miło z jego strony. Kolejny akt dobroci.

Wiedziałem, że muszę teraz jechać do Warszawy. Spóźniłem się na pociąg i również spóźniłem się na lot. Muszę powiedzieć, że byłam dość załamana. Ale te akty dobroci i posiadania telefonu, a także portfela przy mnie, dały mi spokój.

Idę na dworzec w Krakowie i rezerwuję następny dostępny pociąg. Powiedziano mi, że nie ma miejsc, ale możesz stać. Świetny! 3 godziny podróży do Warszawy. Dzień staje się lepszy. Czekając na pociąg, dzwonię pod numer alarmowy ambasady indyjskiej i informuję osobę o mojej sytuacji. Cierpliwie słucha mnie i radzi, żebym przyszedł do ambasady jutro rano i opowiada o wszystkich dostępnych dokumentach, które muszę zdobyć.

W tym momencie pamiętam również, że zostawiłem swoją dużą walizkę na automatycznym stanowisku zrzutu bagażu na dworcu warszawskim, zanim pojechałem pociągiem do Krakowa, aby zapewnić sobie wygodę podczas pobytu w Krakowie. Zgadnij co? Kluczem do mojego bagażnika był mój plecak! Nadchodzi kolejny problem, by uderzyć mnie w twarz. Moim priorytetem było dotarcie do ambasady i pytanie, jak mogę wrócić do domu w tej sytuacji. Pogotowie w ambasadzie powiedziało mi, jak mogę uzyskać zaświadczenie o stanie zdrowia. W przeciwnym razie uzyskanie nowego paszportu może potrwać do 2 tygodni !!

Pociąg właśnie przyjeżdża i docieram na peron, by poszukać mojego pociągu, tekst pomieszał mnie jeszcze bardziej, gdybym był we właściwym miejscu.

Uważam, że młoda kobieta wygląda tak samo zdezorientowana jak ja. Pozdrawiam ją i proszę, żeby zobaczyła mój bilet i czy jestem we właściwym miejscu. Mówi mi, że znajduje ten sam pociąg. Byłem więc idealny, po prostu pójdę za tobą. Czyta informacje na tablicy elektronicznej i mówi mi to późno o 30 minut.
Staliśmy więc razem, czekając na pociąg i rozpoczynamy rozmowę o tym, co się dzieje w życiu. Rozmawiamy o tym, a ja oczywiście mówię jej o moich doświadczeniach. Ona jest z niedowierzaniem. Oczywiście czuje się z tego powodu okropnie. Ale mówi mi, żebym się zbytnio nie przejmował i że jutro po prostu pójdę do ambasady. Mówi mi, że nawet ona ma bilet stały. Byłem trochę szczęśliwy mając towarzystwo podczas mojej 3-godzinnej próby. Pociąg przyjechał. Jesteśmy w środku. Odchodzi i rozmawiamy przez podróż o niej i moim pochodzeniu oraz o naszych krajach. Pochodzi z Ukrainy, ale przeprowadziła się do Polski, gdy miała 15 lat. Później w naszej rozmowie rozmawialiśmy o moich problemach, a potem powiedziałem jej, że moja walizka utknęła na warszawskim dworcu i że klucz jest w moim plecaku. Wspomniałem również, że wyjaśnianie komukolwiek na stacji byłoby bolesne w tyłek, ponieważ nie mówię po polsku. Mówi mi, żebym się nie martwiła i że pójdzie ze mną, kiedy dotrzemy na dworzec warszawski, aby porozmawiać z władzami. Byłem wzruszony. Teraz rozumiem. Stoimy przez 3 godziny. Ziewamy przez podróż. Jest 23:00 w nocy i wszystko, co może myśleć, to iść do domu spać. Ona też ma pracę następnego dnia. Mimo wszystko zobowiązała się do pomocy. Kiedy dotarliśmy na stację, poszła ze mną do władz. Pomógł mi odzyskać torbę, za co musiałem zapłacić karę, a potem licytować po przyjeździe jej taksówki. Kolejny akt dobroci.

Przewiń do następnego dnia. Wyjeżdżam do ambasady absolutnie zrozpaczona sytuacją, w której się znalazłem. Dojeżdżam do ambasady. Pozwalają mi spotkać się z konsulatem, biorąc pod uwagę moją pilną sytuację. Moja kolej nadchodzi, siadam przed nią. Opowiadam jej o tym, jak zgubiłem plecak, a mój paszport był w środku i potrzebuję zaświadczenia o konieczności powrotu do domu. Prosi, żebym tu zaczekała i wstaje. Zastanawiam się, że to zimno. Nagle mnie łamie i wchodzi do środka tuż po mojej kolejce. Wraca z listem. List pochodzi z komisariatu policji w Krakowie. Pisze o znalezieniu plecaka z paszportem. Potwierdza przedmioty ze mną i moim numerem paszportu. Wszystkie pasują do siebie. Wszystkie pasują do siebie. Nie potrafię opisać, jak się wtedy czułem. Gdybym musiał podać analogię, możesz pomyśleć o Willie Smithie w pogoni za szczęściem. Przedostatnia scena, w której opisuje, kiedy w końcu poczuł się szczęśliwy. Nawet emocjonalnie piszę o tym.

Okazuje się, że bohater, ABSOLUTNY Bohater, znalazł plecak leżący w tramwaju i zabrał go prosto na policję. Byłem z niedowierzaniem, gdy zacząłem rozumieć, że właściwie mogę odzyskać wszystko. Laptop ma takie ważne dokumenty robocze. Wszyscy myśleli mi o tym, co straciłem i ile pracy musiałbym wykonać ponownie, ponieważ nie mam laptopa. Oczywiście utrata laptopa byłaby również ogromną stratą pieniężną.

Pani powiedziała mi, że powinieneś przyjechać do Krakowa i odebrać swoją torbę. Dała mi kopię listu od policji, zawierającego dane adresowe i numer telefonu.

Wybiegłem, by udać się prosto na stację. Kupiłem następny dostępny bilet na pociąg do Krakowa.

Po kilku godzinach byłem na posterunku policji. Policjantka zabrała mnie do mojej torby i poprosiła o sprawdzenie wszystkich rzeczy w środku. Nie żartuję. Nie poruszył się ani o cal. Mam wszystko tak, jak jest. Ta dama była dla mnie taka słodka. W moim kraju kontakt z policją wcale nie jest łatwy. Ale to było bardzo przyjemne. Powiedziałem jej, że jeśli przyjedzie do Delhi, będzie moim gościem. Jako specjalną prośbę zapytałem ją, czy mogę porozmawiać z tym bohaterem. Zadzwoniła do niego. Powiedziała mu, że facet chciałby z tobą porozmawiać. Prawie go nie słyszałem, a on nie rozumiał angielskiego, ale żałowałem, że nie ma najlepszego życia i zdrowia. Jest niesamowitą osobą i naprawdę mam szczęście, że mam takich ludzi na tym świecie. Nazywanie tego aktem dobroci byłoby niedopowiedzeniem. Pani wzięła telefon i przetłumaczyła mu to wszystko. Mam nadzieję, że sprawiłem, że poczuł się wyjątkowo w tym momencie. To niesamowite, nie znam tej osoby, nie znam jego twarzy i nie wiem, co robi, ale właśnie dokonał jednego z najbardziej niesamowitych czynów w moim życiu.

Siedząc w drodze powrotnej do Delhi, chcę podziękować Polsce za to, że to dla mnie zrobiła. Naprawdę dziękuję! Wszyscy ci ludzie w mojej historii są absolutnie niesamowici.

Tacy ludzie naprawdę sprawiają, że świat jest lepszym miejscem i dają nadzieję.

Pójdę powiedzieć wszystkim, których znam, aby odwiedzić Polskę. To piękne miejsce z pięknymi ludźmi.

Poza tym pracuję w branży turystycznej w Indiach, więc jeśli chcesz uzyskać porady na temat podróży tam, napisz do mnie. Indie słyną również z gościnności.

TLDR Podróżowałem po Polsce, zgubiłem plecak w Krakowie w tramwaju, który miał również paszport i laptop i znalazłem go po długiej walce z pomocą absolutnie nieznajomych.
submitted by compulsiveranter to Polska [link] [comments]


2019.09.19 19:07 jMS_44 [Warszawa i okolice]Sklepy z dużymi męskimi rozmiarami.

Cześć, piszę tutaj, bo... właściwie nie wiem gdzie indziej o to zapytać. warsaw jest średnio aktywne, więc może przy większej ilości ludzi uda mi się tutaj znaleźć odpowiedź.
Z racji, że jestem dużym facetem (a właściwie za dużym), poszukuję sklepów gdzie będę w stanie zakupić męskie ubrania w dużych rozmiarach (3-4 XL). Rzecz w tym, że bardzo chciałbym, żeby był to sklep stacjonarny. Nienawidzę kupować rzeczy przez internet, choćbym się zmieżył 10 razy to i tak na koniec dnia kupuję coś w ciemno i okazuje się, że i tak trzeba odesłać bo coś nie pasuje i nie leży jak powinno. Dlatego chcę mieć możliwość przymierzenia czegoś na miejscu.
Zrobiłem wstępny googlowy rekonesans i wyniki były mierne. Masa sklepów internetowych, a w kwestii stacjonarnych wybór był ogromny wśród sklepów dla Pań, dla Panów natomiast już nie. W sieciówkach brak szans na zakup czegokolwiek. Poza C&A chyba żaden sklep nie wpadł na to, że nie każda osoba na świecie nosi rozmiar S i waży 50 kg.
Może jednak ktoś z Was ma jakąś wiedzę na ten temat, albo po prostu sam również nosi podobne rozmiary i byłby w stanie podzielić się tym gdzie zaopatrujecie się w ubrania.
Z góry dzięki!
submitted by jMS_44 to Polska [link] [comments]


2019.07.01 16:59 Loth1207 Pytanie o pracę w IT w Polsce / deweloperzy pls send help :(

Siemka, chciałbym zwrócić się z prośbą o opinie i garść informacji od osób na Polska którzy pracują lub mają styczność z rynkiem programistycznym. Post jest niestety ścianą tekstu, trochę nie jestem w stanie stworzyć wersji tldr, poniżej są jednak konkretne pytania na które chciałbym uzyskać odpowiedź. Od razu chciałbym też przeprosić, jeżeli użyję jakichś rażąco niepoprawnych terminów.
Mały backgroud. Z racji tego, że czuję się odrobinę wypalony w obecnej pracy i od jakiegoś czasu chciałbym spróbować czegoś zupełnie innego, co mam nadzieję wpłynie pozytywnie na moje życie zawodowe, w ciągu najbliższych miesięcy zamierzam zacząć przebranżawiać się w kierunku IT. Aktualnie w planach mam zapisanie się na szkolenie w Coders Lab, na chwilę obecną na celowniku mam kurs Java, ale rozważam też Python. Generalnie celem tego posta jest zrobienie rozeznania na co mogę liczyć i czy to co planuję zrobić ma jakikolwiek sens, dlatego będę bardzo wdzięczny za jakiekolwiek komentarze.
Coś o mnie. Za chwilę 27 lat, mieszkam w Warszawie. Studiowałem finanse i rachunkowość i obecnie pracuję w branży, dokładnie w doradztwie transakcyjnym. Precyzyjniej zajmuję się projektami z obszaru finansów przedsiębiorstw oraz wycen/modelowania finansowego. Nie mam żadnego doświadczenia w obszarze bankowości lub rynków kapitałowych, nie wiem na ile ta informacja jest istotna. W mojej ocenie mam praktycznie zerowe doświadczenie w obszarze programowania. Miałem na studiach zajęcia z Java, które były na poziomie super basic i marnie prowadzone, moja styczność z językami obiektowymi sprowadza się do podchodów do nauki VBA albo bardzo podstawowego kwerendowania w PowerQuery, które niestety nie mają za bardzo zastosowania w mojej pracy, stąd też brak impulsu do nauki. SQL - zero, poza tym, że raz z ciekawości odpaliłem kurs na Codecademy, ale niestety nie miałem na niego czasu. Kiedyś w wolnym czasie, bardziej zajawkowo, czytałem sobie "The Hidden Language of Compter Hardware and Software" Charlesa Petzolda ale to właściwie tyle. Kwestie generalnego bycia lekkim nerdem czy gamerem uważam za pomijalne.
Obecny plan zakłada, że robię wyjazd z pracy i wjeżdżam do Coders Lab z jakąś krótką przerwą na odrobinę odpoczynku i naukę we własnym zakresie pomiędzy. Zdaję sobie sprawę, że to co zamierzam zrobić jest o tyle ryzykowne, że nie mam pewności jak odnajdę się w zupełnie nowych tematach i może się okazać, że to zupełny niewypał. W idealnym świecie lepszą opcją byłaby nauka po pracy w wolnym czasie i próba realizacji swojego własnego miniprojektu, napisanie jakiegoś prostego kodu itd. Problem w tym, że obecna praca jest na tyle stresująca i wymaga niejednokrotnie do pałowania do późnych godzin, że po wydostaniu się z niej nie potrafię znaleźć w sobie siły żeby siadać jeszcze do programowania, które de facto nie ma zastosowania w mojej pracy. Szczególnie, że staram się zachować jakieś resztki zdrowia psychicznego i fizycznego i spędzać czas choćby na hobby czy kontakt ze znajomymi. Zdaję sobie też sprawę, że programowanie może nie być czymś do czego dosłownie się urodziłem czyt. w innych warunkach moja historia nie przypominałaby historii dzieciaka który od 10. roku życia pisał swoje programy i jest to dla niego zajawką samą w sobie. Koniec końców byłaby do praca dla chajsu i temat traktuję jako sposób żeby w perspektywie kilku lat wywindować się wyżej na rynku pracy i znaleźć coś w czym lepiej się odnajdę. Uważam, że mam wystarczające predyspozycje żeby to ogarnąć i liczę na to że byłoby to coś, w czym chciałbym się rozwijać o wiele bardziej niż obecnie w finansach.
Sorry za ścianę tekstu, uważam, że background jest jednak konieczny. Poniżej konkretne pytania.
1. Rynek w Polsce/Warszawie. Czy z perspektywy świeżaka obranie jakiegoś konkretnego kierunku oferowałoby mi największe perspektywy rozwoju? Pytanie jest trochę wycelowane w wspomniane wyżej kursy, z informacji jakie dostałem dowiedziałem się, że jest spore ssanie na rynku na deweloperów Java, nie potrafię tego rzetelnie zweryfikować. Dodatkowo, jak wyceniany jest pracownik bez dyplomu uczelni ale np. z jakimś portfelem na GitHubie.
2. Kaska. W artykułach prasowych co chwilę można poczytać o tym, że ludzie w IT są obecnie paniczami na rynku pracy w Polsce. Jaka jest rzeczywistość? Czego można (oczywiście bardzo mniej więcej) spodziewać się, z powiedzmy z 2 lub 3-letnim doświadczeniem zawodowym?
3. Kurs w Coders Lab. Zarówno w necie jak i od poznanych osób, które pracują branży IT dostałem pozytywne informacje i opinie o kursie. Mimo wszystko chciałbym zrobić jak najlepsze rozeznanie w temacie, stąd pytanie co myślicie o kursie, jakich perspektyw można się spodziewać od razu po starcie i czy to dobry sposób na kickstart w branży i późniejszy samodzielny rozwój.
4. Samodzielna nauka. Wielokrotnie spotkałem się w necie z opiniami, że w nauce programowania najlepszą drogą jest podjęcie od początku próby zrealizowania swojego projektu i naukę pod napisanie konkretnego softu. Mam kilka pomysłów na to co chciałbym napisać, nawet dla własnej satysfakcji z samorozwoju. Rzecz w tym, że dla osoby, której skillsy programistyczne kończą się na poleceniach z zakresu if/then, in case i najprostszych pętlach logicznych wizja stworzenia konkretnego programu wydaje się na maksa przytłaczająca i nie wiadomo w co włożyć ręce. Czy lepiej w takim wypadku uczyć się przez jakiś czas na sucho?
3. Pozostałe kwestie. Jak istotnym czynnikiem z Waszej perspektywy w tej branży są skille miękkie? Chodzi mi o to, czy posiadanie pewnej wypracowanej kultury pracy i kontaktowość są jakąkolwiek wartością dodaną czy to nie ma znaczenia i można być dzikim kucem jeżeli ma się niesamowitą głowę do kodowania? Czy doświadczenie w innej branży jest atutem samym w sobie czy powinienem przyjąć że moje doświadczenie w finansach nie będzie miało znaczenia?
Będę mega wdzięczny za jakikolwiek komentarz w temacie! Z wyprzedzeniem dzięki za odpowiedź.
submitted by Loth1207 to Polska [link] [comments]


2019.05.01 08:52 BioTrendy L-karnityna

Co to jest L-karnityna, jakie wykazuje właściwości i gdzie ją możemy znaleźć?
Aby stwierdzić, czy L-karnityna jest rzeczywiście skutecznym środkiem na odchudzanie, warto odpowiedzieć sobie na pytanie: „czym właściwie jest ten związek oraz za co odpowiada”. L-karnityna to naturalny środek odżywczy, który pełni istotną rolę w procesie przemiany energii. Przede wszystkim odpowiada za transport tłuszczy do mitochondrii. Wbrew pozorom proces ten ma kluczowe znaczenie, jeśli chodzi o odchudzanie. Przetransportowane za pomocą L-karnityny tłuszcze zostają przemienione w energię, która następnie jest dostarczana do wszystkich organów naszego ciała, w tym serca, mięśni oraz wątroby.
L-karnityna bardzo często nazywana jest „prochami dla kulturystów” albo „dopalaczami dla sportowców”. Nic bardziej mylnego. Naukowcy nazywają L-karnitynę substancją witamino pochodną. Organizm ludzki zawiera do 25 gramów tej substancji – ¼ syntezuje sam, resztę zaś pobiera z pożywienia. Najwięcej L-karnityny znajdziemy w mięsie – dziczyźnie, baraninie, wołowinie. Znaczne ilości tego związku znajdują się również w wieprzowinie, drobiu oraz rybach. Śladowe ilości L-karnityny posiadają: mleko, sery i ogólnie nabiał, a także grzyby i owoce.
Niedobór L-karnityny prowadzi do znaczącego pogorszenia się sprawności fizycznej oraz intelektualnej organizmu. Nawet niewielkie braki mogą spowodować znaczne zmęczenie organizmu, a w skrajnych wypadkach doprowadzić do jego wyczerpania. Tak jak wspomnieliśmy, niewiele osób zdaje sobie sprawę, że L-karnityna odgrywa ważną rolę w szeroko pojętym procesie odchudzania. Związek ten ma znaczący wpływ na metabolizm tłuszczów w organizmie, a co za tym idzie – na utratę nadprogramowych kilogramów. L-karnityna transportuje kwasy tłuszczowe do mitochondriów, gdzie te ulegają utlenieniu. Finalnie powstaje energia niezbędna przy realizacji podstawowych funkcji życiowych. Mówiąc prościej, związek ten pozwala dostosować się do radykalnych zmian w diecie, zredukować ilość spożywanych kalorii, a także ograniczyć niepohamowany apetyt. Naukowcy dowodzą, że się przy niedoborze L-karnityny jest praktycznie niemożliwe – nie przynosi oczekiwanych, pożądanych efektów.
L-karnityna sprawdza się także przy długotrwałym wysiłku, a więc gdy nasze odchudzanie przebiega z udziałem wysiłku fizycznego. Związek ten optymalizuje procesy energetyczne zachodzące w mięśniach i przyspiesza ich regenerację po wysiłku. Finalnie mamy więcej chęci, motywacji i sił na kolejną porcję solidnych ćwiczeń. Lekarze i naukowcy udowodnili również, że L-karnityna posiada zdolności odtruwające, a więc działa detoksykująco na cały organizm. Nie tylko eliminuje wodne rodniki, ale również zabezpiecza komórki przed ich negatywnym wpływem – między innymi zapobiega starzeniu się skóry. Oczywiście omawiana substancja posiada znacznie więcej pozytywnych właściwości stosowana profilaktycznie niweluje ryzyko wystąpienia chorób układu sercowo-naczyniowego, nerek neurologicznych, wątroby, psychicznych, a także nowotworowych. Sprawdza się także w leczeniu bezpłodności.
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat L-karnityny i jej poszczególnych właściwości, polecamy odwiedzić: https://www.biotrendy.pl/odchudzanie/l-karnityna-skutecznym-srodkiem-na-odchudzanie/
submitted by BioTrendy to u/BioTrendy [link] [comments]


2018.12.29 13:00 taigorg jak realizować jakość optymalizacja seo strony mobilnej

3 Wskazówki, jak realizować jakość Seo za pomocą narzędzia do pozycjonowania strony biznesowej

Dla każdego, kto ma szczęście, twój serwer go skonfiguruje. Szukanie słowa kluczowego w łączu, które jest odpowiedzią, ale nie jest popularne. Musisz uwzględnić słowo kluczowe w swojej treści.

Jeśli chcesz zostać utalentowanym pisarzem SEO, powinieneś założyć się jako pisarz artykułów SEO. Freelancer to osoba do pisania na piśmie, ponieważ pasjonują się nią i chcą suplementacji, które zarabiają, robiąc to, na czym im zależy.

Słowa kluczowe są kluczowe, ale bardziej zauważalne są słowa kluczowe, które jesz. Każde słowo może być uważane za słowo kluczowe, ale słowa użyte częściej z powodu tego, że pole jest zaznaczone, zwiększają szansę na wybranie listy aplikacji do wyszukiwania. Dostarczamy listę słów. Właściwie to dlaczego reakcja badań przeprowadzona przez naukowców fonetyki. Widzieliśmy, że planowane tagowanie przynosi bardzo wydajne korzyści. Staramy się także stworzyć użyteczną stronę internetową, ale krótkie dodatkowe leki, z których łatwo skorzystają i zatrzymają ją wszyscy. optymalizacja seo Firma może być zaufanym corp. Dla każdego z tych niezwykłych atrybutów, nie rok, lub dwie firmy optymalizacyjne seo działają od dziesięcioleci, wracają do nas i zaprojektują stronę bardziej wykonalną dla ciebie osobiście.


Upewnij się, że gęstość słów kluczowych wynosi od 3 do 10%. I unikaj używania tego samego słowa więcej niż raz w zdaniu. Sprawdź walidatory słów kluczowych, aby określić dokładną wartość względną gęstości.

Upewnij się, że słowo kluczowe jest na planecie 25 pierwszych słów artykułu lub bloga, a także 25 ostatnich słów. Wyszukaj boty zazwyczaj nie badali całego artykułu. Najpierw poczują, czy Twój początek na stronie jest trafny. Jeśli tak, pójdą trochę dalej i po tym skaczą na końcu należącym do strony.

Bardzo ważne jest, aby dodawać nowe treści do witryny. Za każdym razem, gdy dodajesz inną treść, odkryj ją jako zakładkę społecznościową. Możesz nawet dodać obserwatora z Twittera, aby odznaczyć rzeczywistą witrynę na świecie. Ilekroć odwiedzający polubi twoją stronę, może ją kliknąć i podążać za tobą. Indywidualna aktualizacja witryny, osiągalny tweet, aby to naprawić. Aktualizacje będą wyświetlane w profilach obserwujących.

Po napisaniu artykułu przejdź na stronę swojego konta. W sekcji "Treści objęte roszczeniami" kliknij "wyślij". Będziesz chodził z procesem przesyłania "Treści żądanej" na AC. Twoja ukończona praca zostanie umieszczona w kolejce do przesyłania. Możesz sprawdzić stan artykułu, klikając na karcie "treści" ze strony swojego konta bankowego.

Blogowanie nie zmienia pomysłów ludzi. Blogowanie to tworzenie osobistych pomysłów. Niezależnie od tego, czy zrobiłeś jakieś badania lub rzeczy, które są dla ciebie naturalne. Tak jak poprzednio, wyrzuć z umysłu. Osobiste blogi i samopomocy blogi są wskazane, aby dawać spersonalizowane pomysły, ale blogi dotyczące zarabiania pieniędzy, technik marketingowych i możliwości biznesowych są zwykle bardziej skomplikowane, ponieważ wymagają więcej badań analitycznych. Traktuj swojego bloga jak otwarty dziennik i jeden z kolejnych.

Istnieje wiele innych rozwiązań usług rynkowych z e-bookami, ale ta metoda kończy się na tym, że jest naprawdę skuteczna i szeroko tworzona. Wymaga to pewnych umiejętności i większego myślenia o skutecznym dostarczaniu, ale osoba przeczytała i przeprowadziła badania, co sprawi, że proces będzie o wiele łatwiejszy, gdy laptop zostanie.

Zwiększ liczbę odwiedzających stronę dla wydatków
W związku z tym musisz kontynuować tę klasyfikację strony tak łatwo. Objective nie potrzebuje setek stron. Teraz musisz utworzyć stronę internetową z formularzem listy dyskusyjnej, aby ją ulepszyć.


Możemy korzystać z marketingu internetowego, testowanych kroków i promocji w mediach społecznościowych, aby promować swoje filmy w Internecie. Są firmy, które specjalizują się w promowaniu reklam online, filmów, klipów, ale możemy brać w nich udział tak samo łatwo, jak to naprawdę jest internet. marketingu sami lub możemy zatrudnić specjalistów. Niektóre z działań, które chcemy wdrożyć w promowaniu naszych filmów online, obejmują ich przesyłanie do serwisów do oznaczania książek społecznościowych i serwisów do oznaczania książek społecznościowych.

Badania. Krok do odniesienia sukcesu w SEO to czasami osoba, która rezygnuje, gdy jesteś z przodu, lub tylko trochę z tyłu. Jeśli kierujesz się na wysoce konkurencyjne słowo kluczowe lub niszę, poziom wysiłku, który trzeba będzie zniszczyć, nie jest warty w oparciu o twoją oczekiwaną wartość dla twojego dolara. Czasami porzucenie skazanego na zagładę projektu będzie najlepszym przewodnikiem.

Nie należy przeceniać tego, co oczywiste, jednak zawartość strony internetowej jest trafna w odniesieniu do produktów, z którymi masz do czynienia. Możesz chcieć skorzystać z bloga lub podobnego do bloga formatu danych. Pozwoli to użytkownikowi (lub oprogramowaniu) na dołączenie artykułów związanych z własną ofertą produktów. Możesz znaleźć odpowiednie artykuły w dowolnym folderze ezine lub artykułu. Gwarantujemy tylko przestrzeganie wszystkich zasad dotyczących źródła.

Zdobądź podstawowe zrozumienie różnych metod przed rozpoczęciem! Wielu z tych, którzy dopiero zaczynają, nie rozumie tak naprawdę optymalizacji seo, rejestracji domen i hostingu, a nawet affiliate affiliate marketing. To sprawia, że ​​mogą uwierzyć we wszystko, co im się mówi, niezależnie od tego, czy jest oczywiste, że musi to być tylko oszustwo. Znajomość podstaw, jak zarabiać w Internecie, pozwoli Ci zaoszczędzić mnóstwo odpowiednich i finansowych inwestycji!

Uzyskaj dedykację. Czy istnieje kilka konkretnych właścicieli firm, które mogą być Twoją niszą docelową? Zrób listę franczyz. Wymyśl listę komisarzy franczyzy. Przyjrzyj się ich szkoleniom, systemom marketingowym i produktom.

Mamy 33 100 potencjalnych klientów szukających "nowej terapii łuszczycy" w danym okresie. Konkurencja to tylko 4.680 dokładnych zwrotów. Podejmij to! dokonaj oceny, wprowadzając "nową terapię łuszczycy" w sieci. Zbliżasz się do tego numeru przed przeczytaniem tego dokumentu. Koszt reklamy wydaje mi się zbyt wysoki, więc z pewnością nie licytuję, gdy osiągnie tę cenę. Jednak SOC ma 17 lat i jest bardzo atrakcyjny, aby dostosować moją stronę docelową przy użyciu tego terminu.

Jeśli szukasz "łuszczycy" z wykorzystaniem cudzysłowów, otrzymasz: Prospects = 165,000, Konkurs = 6,870,000. Łuszczyca bez znaczników mowy zlicza wszystkie wpisy, które ją zawierają. Prawdopodobnie przyniesie on kwotę wypłat w wysokości 1 000 000 na miesiąc. Jest oczywiste, że mimo to rozsądny popyt na wszystko, co łączyło "łuszczycę". To wyszukiwanie generuje setki kluczowych zwrotów lub widoków.

Cierpliwość, cierpliwość i inne cierpliwości. Powinieneś mieć go wiele, aby wygrać w grę SEO. W tej chwili wiesz, co robisz. Robisz już właściwe rzeczy. Więc niech gra. Zezwalaj na to, że faktycznie działa sam, a zauważysz, że twoja praca przynosi miły, smaczny sukces.

c6q5hp72mpafhjy4qm26
submitted by taigorg to testPosts [link] [comments]


2018.08.22 21:48 Gazetawarszawska Zamach stanu PKW

PUGNAE 21 AUGUST 2018
+++
WYBORY 2014:
Wszystkie żydy i ich prostytutki na pokład!
– polskie goje 2014 ocknęły się!
Po 25 latach kradzieży, mordów rytualnych i rabunkowych, teologii antychrysta, masowego ogłupiania dzieci i młodzieży, po seryjnych oszustwach wyborczych, goje nagle pytają o rezultaty wyborów samorządowych. Goje czują się oszukane i nawet to artykułują - zrobiło się niebezpiecznie! Trzeźwy Polak jest żydowi śmiertelnie groźny, kiedy jako otrzeźwiały pyta, to i zacznie czynić, co może być już tylko kwestią czasu.
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/1782-zamach-stanu-pkw



Nawet, …….!
Nawet kiedy polskim gojom daleko jest jeszcze do zbiorczego i systemowego sformułowania problemu jako całości, bo np. zawstydzeni nauczaniem Jana Pawła II nie pytają o apartheid na najwyższych szczeblach władzy w Polsce, ani o jakąkolwiek przejrzystość w kwestii przeglądu ingerencji obcych państw w struktury polskiej administracji – bo to pachnie antysemityzmem, to jednak sprawa jest groźna: MOTŁOCH TRZEŹWIEJE, BUNTUJE SIĘ.
Po kilku dniach bezczelnych bełkotów członków PKW, którzy na konkretne pytania w sprawie skandalu wyborczego odpowiadali zgodnie, że problemu nie ma. A jeśli - ewentualnie - mogą wystąpić lokalne niejasności czy złamanie prawa – a co i tak marginalne - to trzeba oddać sprawę do sadu w tym powiecie, który jest terytorialnie właściwy i sąd sprawę rozpatrzy rzeczowo i zgodnie z prawem, czego nie potrafiłby nigdy uczynić ktoś, kto stawia państwowej komisji takie głupie pytania.
Wspomniana PKW podczas zadekretowanej konferencji prasowej – tej już ostatniej z całej serii - nie potrafiła odpowiedzieć na tak proste pytania jak: zależność pomiędzy ostatecznie wyliczoną ilością mandatów, a wartościami procentowymi.
Mimo lub z tego powodu - konieczności rzucenia hasła mobilizacji we własnych szeregach - opublikowano dwa koszerne przekazy:
- Wyniki już są i pozostaną ostateczne, a to pod hasłem: „nic takiego się nie stało”.
- Wyborów nie można unieważnić – bo to nie jest możliwe. „To nie jest możliwe”zostało podane jako hasło do akcji - identyfikator.
Tak też się stało, akcja „to nie jest możliwe” ruszyła pełną parą zaraz po konferencji. Ale – zaradnie - zakulisowi animatorzy tego sloganu rozpuścili biegiem po Warszawie swe autorytety moralne i intelektualne już nieco wcześniej, bo w sobotę rano. Autorytety te - tak z aparycji jak i faktycznych powiązań - to głównie kahał warszawski, ale i podcieracze też są widoczni.
Kahał warszawski to ta - od 1945 roku - nienaruszona przestępcza sitwa żydowska, która trzyma władzę i to faktycznie nie tylko nad Warszawą, ale i nad całą Polską. To kahał mianował pierwszych sekretarzy PZPR, to gojscy mężowie córek żydowskich otrzymywali pozycje ministerialne jak aparycyjni Polacy, to kahał wywoływał Wydarzenia1956, Wybrzeże, Poznań, „Solidarność” – jej wzrost i upadek, to najprawdopodobniej kahał zrobił jednego ze swoich posoborowym papieżem i co najważniejsze - dał niemały wkład w spreparowanie tej trucizny, jaką był ów Sobór.
Kahał warszawski jest wielki! I jeżeli to kahał zabrał głos w sprawie wyborów, to znaczy, że sprawa jest najwyższej wagi. I kiedy to kahał orzekł, że głosowania nie da się unieważnić, to tak ma być - klamka zapadła.
"Unieważnienie głosowania niemożliwe" stało się hasłem soboty i niedzieli. W ramach kahału wystąpiły w masmediach - a niektóre wielokrotnie - takie kwiaty koszeru (wyliczamy jedynie niektóre) jak: Chmaj, Boni, Święcicki, Cimoszewicz, Zoll, Łętowska, Winczorek i Konarski - naukowiec.
Konarski – naukowiec był w zasadzie najświeższy umysłowo w tym bukiecie, bo zaklinając kamerę telewizyjną zwrotem lojalności wobec kahału „to nie jest możliwe”,wyskoczył najmądrzej ze wszystkich. Bo cyzelując hasło tej najnowszej lojalki, rzucił do dziennikarza: „… jeżeli ktoś utrzymuje to, że wybory zostały sfałszowane, to niech to udowodni!” Jego umysł naukowca błyskotliwie wykalkulował to, że dowodów na oszustwo wyborcze to nawet PKW nie posiada, bo przecież wyniki zostały wzięte z powietrza, a naukowcy wiedzą, że powietrze jest ulotne – a wraz z nim jakieś tam dowody. Konarski-naukowiec do szkoły chodził, historii się uczył i wie, że w referendum „3 x TAK” głosów nikt nie liczył, bo wszystkie kartki zostały zniszczone. „… jeżeli, ktoś utrzymuje to, że wybory – referendum – 3 x TAK - zostały sfałszowane, to niech to udowodni!”
W poniedziałek magister historii wezwał do siebie elity sądów i legislatury, które potwierdziły „to nie jest możliwe” i rozszerzyły to na inne zagadnienia, jak np. precedens prawny dotyczący drastycznego skrócenia kadencji tych samorządów.
Animatorzy wypowiedzi magistra Komorowskiego idąc na fali masowego poparcia elit tak zagalopowali się w swojej głupocie - a co Komorowski wydukał jako swoje i oświadczył - że powstałoby poważne niebezpieczeństwo rozszerzenia się precedensu skracania różnych innych kadencji. Komorowski stwierdził, że odchodzący sejm – widząc swą przegraną w wyborach, może (bazując na tym precedensie) skrócić kadencję następującego sejmu i że jest to niebezpieczne dla demokracji.
Magister nie zauważył tego, że sejm jest władny uczynić wszystko i np. jeżeli odchodzący sejm skróci kadencję nadchodzącemu sejmowi, to ten (nadchodzący) - jak tylko się zbierze - to tę skróconą kadencję sobie wydłuży i to o tyle, o ile zechce, bo Sejm wszystko może. No ale słabość umysłowa Komorowskiego nie jest wrodzona, ale wynika z wycieńczenia ogromnym trudem pisania w równie trudnej młodości pracy magisterskiej w dwa tygodnie, więc musimy to zrozumieć.
Co ważne. Po zmęczonych twarzach autorytetów i legislatury widać wyraźnie całkowity brak młodego narybku. A prostytuujący się młodzi dziennikarze czy Konarski - z finezyjnością swojej bródki, której charakter zmienności zastanawia, czy aby ten naukowiec nie przejawia zbytniego zainteresowania wobec małych dziewczynek lub podobne - tłumu młodych i prężnych nie czynią.
Pamiętając czasy „Solidarności” wspominamy chmary niemal bardzo młodych żydów, a już zahartowanych w walce i mających wielkie wsparcie żydowskich elit w Polsce i za granicą, tworzących witalny organizm, którego w obecnej Warszawie nie ma. W Polsce roku 2014, gdzie widać na ulicach całe watahy żydostwa, zauważamy jednak lukę pokoleniową nowych intelektualistów- wywrotowców żydowskich w Polsce. Kuroń, Michnik, Geremek, Mazowiecki, cała ta chmara KOR-owców, kahału okupującego „Solidarność” Mazowsze, nie mają swych następców. A działacze tzw. RN czy zagony Mikkego to oczywiście wielkie niebezpieczeństwo dla Polski, ale są to gracze niskiej klasy – miernoty nawet.
Ta słabość pokoleniowa żydów w Polsce jest wielką szansą dla Polaków, którzy choć skrajnie wyczerpani, to mogą jednak spróbować podjąć walkę o władzę!
Okazją do jakiegoś zaczynu organizacyjnego jest właśnie uzupełniające faza wyborów. Jest ona ważna z dwóch powodów:
- zmobilizowanie się mas polskich w pójściu do wyborów z głosowaniem na PiS, z równoczesnym rygorystycznym patrzeniem na ręce „komisjom”, będzie najlepszą formą praktycznego wykazania oszustwa w pierwszej fazie. Bo łatwo okaże się to, że faworyci pierwszej tury dostali znacznie mniej głosów niż poprzednio i będzie to ukazanie autentycznych głosów poparcia na kandydatów.
- okazji na zmobilizowanie mas polskich do utworzenia trwałych struktur organizacyjnych przy okazji organizacji wyborów uzupełniających. Struktury te powinny pozostać żywe po wyborach i dać zalążki nowych polskich katolickich ruchów politycznych. Polacy mają inteligencję emocjonalną i trud czy zagrożenie lub potrzeba walki uruchamiają w nich lwią naturę, a wtedy są śmiertelnie groźni dla każdego. Wybory są okazją do obudzenia się i działania!
Licząc zaś głosy nie należy zaś dawać posłuchu różnym oszustom, którzy proponują licznie na kalkulatorach, komputerach, czy wstukiwanie danych do sieci komputerowej PKW. Mało oświecona w komputerach ciotka na emeryturze dobrze wie to, że każda transakcja bez pokrycia w papierze jako pokwitowaniu jest łatwo wydana na pastwę manipulacji. Przezroczyste urny i kamery w lokalach wyborczych są bez sensu, o ile potem wrzucimy te dane do komputera, który będzie miał różne trojany i podobne operatory, które będą dopasowywać ilości głosów do z góry zaplanowanego rezultatu. Trzeba pamiętać słowa Stalina:
„ to nieważne, kto jak głosuje, ale jest ważne to, kto głosy liczy”
Tu głosy są liczone przez spreparowane komputery i są one tanim substytutem aparatu władzy marszałka Stalina. Żaden komputer czy program sieciowy nie jest bezpieczny! I jeśli jakiś „specjalista” zapewnia tu o bezpieczeństwie, to jest on albo głupcem, albo oszustem. http://gazetawarszawska.com/scientia-et-arte/642-pkw-komputerom-nie-ufac
Gdyby komputery były bezpieczne jako dokumentacja, to nie byłaby możliwa gigantyczna kradzież naszych pieniędzy przez banki. Banki kradną ludziom miliardy dolarów dziennie i nikt nie jest w stanie się przed tym obronić. Gdyby nie było „przelewów komputerowych”, ale jedynie banknotowe, to nigdy ani Cypr, ani Grecja nie popadłyby w takie zadłużenie, które jest zadłużeniem spreparowanym przez komputery, a nie faktycznym. Kiedy Obama przekazał amerykańskim bankom 600 miliardów dolarów ratunkowych przed bankructwem, to już w miesiąc po przelewie nie mógł sprawdzić tego, jak te gigantyczne środki zostały spożytkowane. Banki, które otrzymały te pieniądze odpowiedziały Obamie, że nie mają pojęcia co do tego, co stało się z tymi dolarami. Przypuszczalnie gigantyczne zadłużenie Polski jest możliwe głównie w oparciu o transakcje komputerów, bo wożenie banknotów ciężarówkami wymaga klasycznego dokumentowania przelewów i wtedy kraść trudno. (pomijając to, że naprawdę może być fikcyjne, tzn. żadne pieniądze nie przepłynęły przez gospodarkę, ale taki „quasi-dług” pozostał!)
W czasach „Solidarności” głosowaliśmy ręcznie, liczyliśmy logicznie i strukturalnie w głowach, i spisywaliśmy papierowe protokoły, błędów nie było i praca szła błyskawicznie. Wszystko było „na wierzchu”, ale i pod kluczem. Aby nas oszukać, zarządy przedsiębiorstw proponowały pomoc w liczeniach głosów i jeżeli jakaś organizacja związkowa taką pomoc przyjęła, to zawsze źle się to skończyło.
Głosy należy liczyć ręcznie, spisywać ręcznie, tworzyć strukturalne protokoły łatwe do ponownej kontroli. Aby jednak wykorzystać nowe środki do komunikacji czy podwójnej kontroli, należy utworzyć logiczny system stron internetowych, które natychmiast będą publikować wyniki. Każda komisja powinna mieć swoją własną stronę internetową, daje to prosty dostęp do wyników i ich kontrolę. Zwykli licealiści mogą napisać program, który będzie automatycznie liczył tak opublikowane głosy, sumował je na okręgi, partie czy osoby oraz rysował wykresy.
Tu jest okazja do jakiegoś skromnego choćby, ale jednak porachowania się z tymi oszustami. Teraz już jest niemal oczywiste, że wszystkie wybory w Polsce po 1989 roku były oszukane. Tu i teraz – w 2014 r. - nie było pod ręką kolejnego Leppera, którego można by powiesić i tak zwolniony elektorat zmanipulować na korzystny dla siebie wynik wyborów. Tu źle poszło, to rzuca się w oczy, w tych wyborach PiS dostał prawdopodobnie 40-50 % głosów, co zszokowało oszustów, którzy mieli przygotowany plan i symulator komputerowy, ale na inne marginesy oszustwa. To zapewne z tego powodu trzeba było wszystko przerwać i obwiniać jakąś drobną firmę komputerową o niedociągnięcia. Zdecydowano, że tak wielką ilość głosów, która padła na PiS, trzeba rozpisać na głosy nieważne, a resztę oddać na PSL, które jest partią miernot, a więc jest nieszkodliwą politycznie, a która i tak stanowi konieczne uzupełnienie koalicyjne dla PO.
Samo głosowanie i dokładne wyliczenie głosów obecnie ma charakter również przyszłościowy, bo utrudni oszustwa w przyszłych wyborach, o ile przed tym nie nastąpi załamanie państwa lub powołanie jego nowych struktur, np. unii polsko-izraelsko-ukraińskiej, na co się zanosi.
Polacy mają inteligencje emocjonalną, a wbrew temu, co się im mówi, są narodem o wybitnych zdolnościach organizacyjno-socjalnych. Trudno znaleźć takich drugich, którzy potrafią pracować tak wydajnie, zgodnie i innowacyjnie, jak zespół Polaków. Stan chaosu zauważalny u Polaków nie tylko po upadku „Solidarności”, ale w okresie przed i po powstaniowym, był prostą funkcją złamania homogeniczności nas jako narodu Lechitów i pogwałcenia jego Ethosu. W nasz krwioobieg został wpuszczony dziegć żydowski, który przez wieki zatruwania nas i zniewalania przystąpił do ostatniego etapu wyniszczenia nas, a co widać w tych wyborach. Obecność żydów w naszym życiu bardzo negatywnie wpływa na wspomnianą emocjonalność, która jest ważnym czynnikiem budowy wspólnego polskiego dobra.
Jak mamy budować wspólnotę narodową, kiedy w Polsce wszytko jest żydowskie, z żydowskim natręctwem, nieukaranymi ludobójcami żydowskimi, bezczelnością, brakiem kultury i nieodpowiedzialnością za wspólne dobro, z narzucaniem Polakom żydowskiej ohydy, z wstrętną estetyką muzyczną, potworą ekspresją w malarstwie i rzeźbie, gdzie piękne kiedyś interiory kościołów katolickich zostały zastąpione przez przerażająca ornamentykę żydopiekła. Nawet krzyż na karatece pogotowia zastąpiono gwiazdą dawidową. Przy pozdrowieniach zaniechano Laudetur Iesus Christus (+) poprzez „szczęść boże”, gdzie 50 lat po Soborze jest już pewne, że nie chodzi tu o Boga - Trójcę Przenajświętszą, ale o Yaweha – pustynnego demona.
Żaden bełkot przygłupów i prześmiewców wmawiający nam „żydów i cyklistów” nie może nas zbić z tropu! Sytuacja Polaków jako narodu jest katastrofalna i to głównie z powodu obecności żydów w naszym bycie. Żydzi są szkodliwi nie tylko nam, bo wszędzie tam, gdzie się pojawią, upadają całe narody. Kanibalistyczny gwałt na Rosji, zniszczenie Polski, upadek Zachodu i USA to skutki ich wpływów. Nawet w samymi Izraelu następuje podział na żydów i Izraelczyków, i tam też żydzi są postrzegani jako zagrożenie.
My mamy ich dosyć i to w najwyższym stopniu, i ani nie możemy na nich głosować, ani wspólnie liczyć głosów. Trzeba to pamiętać.
Ktoś ma wątpliwości co do tego, kto stoi za oszustwami PKW? Niech rzuci zatem okiem na wystrój graficzny PKW - cała ornamentyka Komisji jest judaistyczna, jest to żydowski podpis. I nie bądźmy antysemitami - uwierzmy i Komisji, i żydom, podpisy żydowskie składane licznymi motywami gwiazd dawidowych na planszach PKW oraz figury rodem z „Umarłej Klasy” Kantora dają nam rękojmię do:
….. to żydzi, żydzi w PKW, żydzi fałszerze wyborów.
In Christo
Krzysztof Cierpisz
25.XI.2014
PS
(+)
Laudetur Iesus Christus
Laudetur Iesus Christus
lub Laudetur Jesus Christus (z łaciny: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus) – tradycyjne powitanie rzymskokatolickie, używane przez członków tej wspólnoty religijnej, popularne także w Polsce[1].
Odpowiedzią na powitanie jest na ogół:
In saecula saeculorum. Amen.
(„Na wieki wieków. Amen.“) lub „Nunc et in aeternum! Amen" („Tteraz i zawsze! Amen“)[1].
+++
submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2018.08.21 22:36 Gazetawarszawska Zamach stanu PKW

+++
WYBORY 2014:
Wszystkie żydy i ich prostytutki na pokład!
– polskie goje 2014 ocknęły się!
Po 25 latach kradzieży, mordów rytualnych i rabunkowych, teologii antychrysta, masowego ogłupiania dzieci i młodzieży, po seryjnych oszustwach wyborczych, goje nagle pytają o rezultaty wyborów samorządowych. Goje czują się oszukane i nawet to artykułują - zrobiło się niebezpiecznie! Trzeźwy Polak jest żydowi śmiertelnie groźny, kiedy jako otrzeźwiały pyta, to i zacznie czynić, co może być już tylko kwestią czasu.
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/1782-zamach-stanu-pkw


Nawet, …….!
Nawet kiedy polskim gojom daleko jest jeszcze do zbiorczego i systemowego sformułowania problemu jako całości, bo np. zawstydzeni nauczaniem Jana Pawła II nie pytają o apartheid na najwyższych szczeblach władzy w Polsce, ani o jakąkolwiek przejrzystość w kwestii przeglądu ingerencji obcych państw w struktury polskiej administracji – bo to pachnie antysemityzmem, to jednak sprawa jest groźna: MOTŁOCH TRZEŹWIEJE, BUNTUJE SIĘ.
Po kilku dniach bezczelnych bełkotów członków PKW, którzy na konkretne pytania w sprawie skandalu wyborczego odpowiadali zgodnie, że problemu nie ma. A jeśli - ewentualnie - mogą wystąpić lokalne niejasności czy złamanie prawa – a co i tak marginalne - to trzeba oddać sprawę do sadu w tym powiecie, który jest terytorialnie właściwy i sąd sprawę rozpatrzy rzeczowo i zgodnie z prawem, czego nie potrafiłby nigdy uczynić ktoś, kto stawia państwowej komisji takie głupie pytania.
Wspomniana PKW podczas zadekretowanej konferencji prasowej – tej już ostatniej z całej serii - nie potrafiła odpowiedzieć na tak proste pytania jak: zależność pomiędzy ostatecznie wyliczoną ilością mandatów, a wartościami procentowymi.
Mimo lub z tego powodu - konieczności rzucenia hasła mobilizacji we własnych szeregach - opublikowano dwa koszerne przekazy:
- Wyniki już są i pozostaną ostateczne, a to pod hasłem: „nic takiego się nie stało”.
- Wyborów nie można unieważnić – bo to nie jest możliwe. „To nie jest możliwe”zostało podane jako hasło do akcji - identyfikator.
Tak też się stało, akcja „to nie jest możliwe” ruszyła pełną parą zaraz po konferencji. Ale – zaradnie - zakulisowi animatorzy tego sloganu rozpuścili biegiem po Warszawie swe autorytety moralne i intelektualne już nieco wcześniej, bo w sobotę rano. Autorytety te - tak z aparycji jak i faktycznych powiązań - to głównie kahał warszawski, ale i podcieracze też są widoczni.
Kahał warszawski to ta - od 1945 roku - nienaruszona przestępcza sitwa żydowska, która trzyma władzę i to faktycznie nie tylko nad Warszawą, ale i nad całą Polską. To kahał mianował pierwszych sekretarzy PZPR, to gojscy mężowie córek żydowskich otrzymywali pozycje ministerialne jak aparycyjni Polacy, to kahał wywoływał Wydarzenia1956, Wybrzeże, Poznań, „Solidarność” – jej wzrost i upadek, to najprawdopodobniej kahał zrobił jednego ze swoich posoborowym papieżem i co najważniejsze - dał niemały wkład w spreparowanie tej trucizny, jaką był ów Sobór.
Kahał warszawski jest wielki! I jeżeli to kahał zabrał głos w sprawie wyborów, to znaczy, że sprawa jest najwyższej wagi. I kiedy to kahał orzekł, że głosowania nie da się unieważnić, to tak ma być - klamka zapadła.
"Unieważnienie głosowania niemożliwe" stało się hasłem soboty i niedzieli. W ramach kahału wystąpiły w masmediach - a niektóre wielokrotnie - takie kwiaty koszeru (wyliczamy jedynie niektóre) jak: Chmaj, Boni, Święcicki, Cimoszewicz, Zoll, Łętowska, Winczorek i Konarski - naukowiec.
Konarski – naukowiec był w zasadzie najświeższy umysłowo w tym bukiecie, bo zaklinając kamerę telewizyjną zwrotem lojalności wobec kahału „to nie jest możliwe”,wyskoczył najmądrzej ze wszystkich. Bo cyzelując hasło tej najnowszej lojalki, rzucił do dziennikarza: „… jeżeli ktoś utrzymuje to, że wybory zostały sfałszowane, to niech to udowodni!” Jego umysł naukowca błyskotliwie wykalkulował to, że dowodów na oszustwo wyborcze to nawet PKW nie posiada, bo przecież wyniki zostały wzięte z powietrza, a naukowcy wiedzą, że powietrze jest ulotne – a wraz z nim jakieś tam dowody. Konarski-naukowiec do szkoły chodził, historii się uczył i wie, że w referendum „3 x TAK” głosów nikt nie liczył, bo wszystkie kartki zostały zniszczone. „… jeżeli, ktoś utrzymuje to, że wybory – referendum – 3 x TAK - zostały sfałszowane, to niech to udowodni!”
W poniedziałek magister historii wezwał do siebie elity sądów i legislatury, które potwierdziły „to nie jest możliwe” i rozszerzyły to na inne zagadnienia, jak np. precedens prawny dotyczący drastycznego skrócenia kadencji tych samorządów.
Animatorzy wypowiedzi magistra Komorowskiego idąc na fali masowego poparcia elit tak zagalopowali się w swojej głupocie - a co Komorowski wydukał jako swoje i oświadczył - że powstałoby poważne niebezpieczeństwo rozszerzenia się precedensu skracania różnych innych kadencji. Komorowski stwierdził, że odchodzący sejm – widząc swą przegraną w wyborach, może (bazując na tym precedensie) skrócić kadencję następującego sejmu i że jest to niebezpieczne dla demokracji.
Magister nie zauważył tego, że sejm jest władny uczynić wszystko i np. jeżeli odchodzący sejm skróci kadencję nadchodzącemu sejmowi, to ten (nadchodzący) - jak tylko się zbierze - to tę skróconą kadencję sobie wydłuży i to o tyle, o ile zechce, bo Sejm wszystko może. No ale słabość umysłowa Komorowskiego nie jest wrodzona, ale wynika z wycieńczenia ogromnym trudem pisania w równie trudnej młodości pracy magisterskiej w dwa tygodnie, więc musimy to zrozumieć.
Co ważne. Po zmęczonych twarzach autorytetów i legislatury widać wyraźnie całkowity brak młodego narybku. A prostytuujący się młodzi dziennikarze czy Konarski - z finezyjnością swojej bródki, której charakter zmienności zastanawia, czy aby ten naukowiec nie przejawia zbytniego zainteresowania wobec małych dziewczynek lub podobne - tłumu młodych i prężnych nie czynią.
Pamiętając czasy „Solidarności” wspominamy chmary niemal bardzo młodych żydów, a już zahartowanych w walce i mających wielkie wsparcie żydowskich elit w Polsce i za granicą, tworzących witalny organizm, którego w obecnej Warszawie nie ma. W Polsce roku 2014, gdzie widać na ulicach całe watahy żydostwa, zauważamy jednak lukę pokoleniową nowych intelektualistów- wywrotowców żydowskich w Polsce. Kuroń, Michnik, Geremek, Mazowiecki, cała ta chmara KOR-owców, kahału okupującego „Solidarność” Mazowsze, nie mają swych następców. A działacze tzw. RN czy zagony Mikkego to oczywiście wielkie niebezpieczeństwo dla Polski, ale są to gracze niskiej klasy – miernoty nawet.
Ta słabość pokoleniowa żydów w Polsce jest wielką szansą dla Polaków, którzy choć skrajnie wyczerpani, to mogą jednak spróbować podjąć walkę o władzę!
Okazją do jakiegoś zaczynu organizacyjnego jest właśnie uzupełniające faza wyborów. Jest ona ważna z dwóch powodów:
- zmobilizowanie się mas polskich w pójściu do wyborów z głosowaniem na PiS, z równoczesnym rygorystycznym patrzeniem na ręce „komisjom”, będzie najlepszą formą praktycznego wykazania oszustwa w pierwszej fazie. Bo łatwo okaże się to, że faworyci pierwszej tury dostali znacznie mniej głosów niż poprzednio i będzie to ukazanie autentycznych głosów poparcia na kandydatów.
- okazji na zmobilizowanie mas polskich do utworzenia trwałych struktur organizacyjnych przy okazji organizacji wyborów uzupełniających. Struktury te powinny pozostać żywe po wyborach i dać zalążki nowych polskich katolickich ruchów politycznych. Polacy mają inteligencję emocjonalną i trud czy zagrożenie lub potrzeba walki uruchamiają w nich lwią naturę, a wtedy są śmiertelnie groźni dla każdego. Wybory są okazją do obudzenia się i działania!
Licząc zaś głosy nie należy zaś dawać posłuchu różnym oszustom, którzy proponują licznie na kalkulatorach, komputerach, czy wstukiwanie danych do sieci komputerowej PKW. Mało oświecona w komputerach ciotka na emeryturze dobrze wie to, że każda transakcja bez pokrycia w papierze jako pokwitowaniu jest łatwo wydana na pastwę manipulacji. Przezroczyste urny i kamery w lokalach wyborczych są bez sensu, o ile potem wrzucimy te dane do komputera, który będzie miał różne trojany i podobne operatory, które będą dopasowywać ilości głosów do z góry zaplanowanego rezultatu. Trzeba pamiętać słowa Stalina:
„ to nieważne, kto jak głosuje, ale jest ważne to, kto głosy liczy”
Tu głosy są liczone przez spreparowane komputery i są one tanim substytutem aparatu władzy marszałka Stalina. Żaden komputer czy program sieciowy nie jest bezpieczny! I jeśli jakiś „specjalista” zapewnia tu o bezpieczeństwie, to jest on albo głupcem, albo oszustem. http://gazetawarszawska.com/scientia-et-arte/642-pkw-komputerom-nie-ufac
Gdyby komputery były bezpieczne jako dokumentacja, to nie byłaby możliwa gigantyczna kradzież naszych pieniędzy przez banki. Banki kradną ludziom miliardy dolarów dziennie i nikt nie jest w stanie się przed tym obronić. Gdyby nie było „przelewów komputerowych”, ale jedynie banknotowe, to nigdy ani Cypr, ani Grecja nie popadłyby w takie zadłużenie, które jest zadłużeniem spreparowanym przez komputery, a nie faktycznym. Kiedy Obama przekazał amerykańskim bankom 600 miliardów dolarów ratunkowych przed bankructwem, to już w miesiąc po przelewie nie mógł sprawdzić tego, jak te gigantyczne środki zostały spożytkowane. Banki, które otrzymały te pieniądze odpowiedziały Obamie, że nie mają pojęcia co do tego, co stało się z tymi dolarami. Przypuszczalnie gigantyczne zadłużenie Polski jest możliwe głównie w oparciu o transakcje komputerów, bo wożenie banknotów ciężarówkami wymaga klasycznego dokumentowania przelewów i wtedy kraść trudno. (pomijając to, że naprawdę może być fikcyjne, tzn. żadne pieniądze nie przepłynęły przez gospodarkę, ale taki „quasi-dług” pozostał!)
W czasach „Solidarności” głosowaliśmy ręcznie, liczyliśmy logicznie i strukturalnie w głowach, i spisywaliśmy papierowe protokoły, błędów nie było i praca szła błyskawicznie. Wszystko było „na wierzchu”, ale i pod kluczem. Aby nas oszukać, zarządy przedsiębiorstw proponowały pomoc w liczeniach głosów i jeżeli jakaś organizacja związkowa taką pomoc przyjęła, to zawsze źle się to skończyło.
Głosy należy liczyć ręcznie, spisywać ręcznie, tworzyć strukturalne protokoły łatwe do ponownej kontroli. Aby jednak wykorzystać nowe środki do komunikacji czy podwójnej kontroli, należy utworzyć logiczny system stron internetowych, które natychmiast będą publikować wyniki. Każda komisja powinna mieć swoją własną stronę internetową, daje to prosty dostęp do wyników i ich kontrolę. Zwykli licealiści mogą napisać program, który będzie automatycznie liczył tak opublikowane głosy, sumował je na okręgi, partie czy osoby oraz rysował wykresy.
Tu jest okazja do jakiegoś skromnego choćby, ale jednak porachowania się z tymi oszustami. Teraz już jest niemal oczywiste, że wszystkie wybory w Polsce po 1989 roku były oszukane. Tu i teraz – w 2014 r. - nie było pod ręką kolejnego Leppera, którego można by powiesić i tak zwolniony elektorat zmanipulować na korzystny dla siebie wynik wyborów. Tu źle poszło, to rzuca się w oczy, w tych wyborach PiS dostał prawdopodobnie 40-50 % głosów, co zszokowało oszustów, którzy mieli przygotowany plan i symulator komputerowy, ale na inne marginesy oszustwa. To zapewne z tego powodu trzeba było wszystko przerwać i obwiniać jakąś drobną firmę komputerową o niedociągnięcia. Zdecydowano, że tak wielką ilość głosów, która padła na PiS, trzeba rozpisać na głosy nieważne, a resztę oddać na PSL, które jest partią miernot, a więc jest nieszkodliwą politycznie, a która i tak stanowi konieczne uzupełnienie koalicyjne dla PO.
Samo głosowanie i dokładne wyliczenie głosów obecnie ma charakter również przyszłościowy, bo utrudni oszustwa w przyszłych wyborach, o ile przed tym nie nastąpi załamanie państwa lub powołanie jego nowych struktur, np. unii polsko-izraelsko-ukraińskiej, na co się zanosi.
Polacy mają inteligencje emocjonalną, a wbrew temu, co się im mówi, są narodem o wybitnych zdolnościach organizacyjno-socjalnych. Trudno znaleźć takich drugich, którzy potrafią pracować tak wydajnie, zgodnie i innowacyjnie, jak zespół Polaków. Stan chaosu zauważalny u Polaków nie tylko po upadku „Solidarności”, ale w okresie przed i po powstaniowym, był prostą funkcją złamania homogeniczności nas jako narodu Lechitów i pogwałcenia jego Ethosu. W nasz krwioobieg został wpuszczony dziegć żydowski, który przez wieki zatruwania nas i zniewalania przystąpił do ostatniego etapu wyniszczenia nas, a co widać w tych wyborach. Obecność żydów w naszym życiu bardzo negatywnie wpływa na wspomnianą emocjonalność, która jest ważnym czynnikiem budowy wspólnego polskiego dobra.
Jak mamy budować wspólnotę narodową, kiedy w Polsce wszytko jest żydowskie, z żydowskim natręctwem, nieukaranymi ludobójcami żydowskimi, bezczelnością, brakiem kultury i nieodpowiedzialnością za wspólne dobro, z narzucaniem Polakom żydowskiej ohydy, z wstrętną estetyką muzyczną, potworą ekspresją w malarstwie i rzeźbie, gdzie piękne kiedyś interiory kościołów katolickich zostały zastąpione przez przerażająca ornamentykę żydopiekła. Nawet krzyż na karatece pogotowia zastąpiono gwiazdą dawidową. Przy pozdrowieniach zaniechano Laudetur Iesus Christus (+) poprzez „szczęść boże”, gdzie 50 lat po Soborze jest już pewne, że nie chodzi tu o Boga - Trójcę Przenajświętszą, ale o Yaweha – pustynnego demona.
Żaden bełkot przygłupów i prześmiewców wmawiający nam „żydów i cyklistów” nie może nas zbić z tropu! Sytuacja Polaków jako narodu jest katastrofalna i to głównie z powodu obecności żydów w naszym bycie. Żydzi są szkodliwi nie tylko nam, bo wszędzie tam, gdzie się pojawią, upadają całe narody. Kanibalistyczny gwałt na Rosji, zniszczenie Polski, upadek Zachodu i USA to skutki ich wpływów. Nawet w samymi Izraelu następuje podział na żydów i Izraelczyków, i tam też żydzi są postrzegani jako zagrożenie.
My mamy ich dosyć i to w najwyższym stopniu, i ani nie możemy na nich głosować, ani wspólnie liczyć głosów. Trzeba to pamiętać.
Ktoś ma wątpliwości co do tego, kto stoi za oszustwami PKW? Niech rzuci zatem okiem na wystrój graficzny PKW - cała ornamentyka Komisji jest judaistyczna, jest to żydowski podpis. I nie bądźmy antysemitami - uwierzmy i Komisji, i żydom, podpisy żydowskie składane licznymi motywami gwiazd dawidowych na planszach PKW oraz figury rodem z „Umarłej Klasy” Kantora dają nam rękojmię do:
….. to żydzi, żydzi w PKW, żydzi fałszerze wyborów.
In Christo
Krzysztof Cierpisz
25.XI.2014
PS
(+)
Laudetur Iesus Christus
Laudetur Iesus Christus
lub Laudetur Jesus Christus (z łaciny: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus) – tradycyjne powitanie rzymskokatolickie, używane przez członków tej wspólnoty religijnej, popularne także w Polsce[1].
Odpowiedzią na powitanie jest na ogół:
In saecula saeculorum. Amen.
(„Na wieki wieków. Amen.“) lub „Nunc et in aeternum! Amen" („Tteraz i zawsze! Amen“)[1].
+++
submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2018.08.03 15:29 Gazetawarszawska Biedni Polacy patrzą na getto

Biedni Polacy patrzą na getto
ADMINISTRATOR JUDAISM & ISLAM 06 FEBRUARY 2018 HITS: 631 EMPTY
Prof. Jan Błoński
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/historia-2/298-biedni-polacy-patrza-na-getto
„Tygodnik Powszechny” nr 2/1987 Czesław Miłosz wypowiedział kilkakrotnie osobliwe słowa o obowiązku oczyszczenia, który ciąży na polskiej poezji. Oczyszczenia rodzinnej ziemi, która jest – przytaczam – “obciążona, skrwawiona, zbezczeszczona”. Obciążać może tylko krew cudza. Krew własna, krew ofiary podsyca wspomnienie, budzi żal, litość, szacunek. Domaga się pamięci, modlitwy, sprawiedliwości. Pozwala także na przebaczenie, chociaż przebaczenie to nie przychodzi łatwo. Inaczej już z krwią cudzą, ale przelaną w sprawiedliwej walce.
Mamy prawo do obrony koniecznej, ale to prawo już jest ustępstwem, Chrystus kazał Piotrowi schować miecz… Zapewne więc każda przelana krew domaga się refleksji i pokuty, nie można jednak powiedzieć, aby każda obciążała, bezcześciła ziemię.
Miłosz nie myśli ani o krwi rodzimej, ani o krwi najezdników. Jasne, że myśli o krwi żydowskiej, o ludobójstwie, którego naród polski nie jest winien, ale które dokonało się na naszej ziemi i tę ziemię jakoś na wiek wieków naznaczyło. Poezja, literatura – albo ogólniej, pamięć, zbiorowa świadomość – nie może o tym krwawym i ohydnym znaku zapomnieć. Nie może zachować się tak, jakby go nie było… Słychać jednak czasem głosy (zwłaszcza młode), których ten znak nie porusza. Odrzucamy przecie – powiadają – zasadę odpowiedzialności zbiorowej… Jeśli tak, nie musimy wracać do spraw zapadłych nieodwracalnie w przeszłość.
Dość będzie, jeśli zbrodnię potępimy in toto, jak potępiamy wszelką krzywdę, wszelką nikczemność. Odpowiem tak: kraj ojczysty nie jest hotelem, w którym dość sprzątnąć brudy po przypadkowych gościach. Zbudowany jest przede wszystkim z pamięci, inaczej mówiąc, jesteśmy sobą tylko dzięki pamięci o przeszłości. Tą przeszłością nie możemy dowolnie rozporządzać, chociaż – jako jednostki – nie jesteśmy za tę przeszłość bezpośrednio odpowiedzialni. Musimy nosić ją w sobie, chociaż bywa to przykre czy bolesne. I winniśmy dążyć do tego, aby ją oczyścić.
Ale jak? Oczyścić pole Kaina to – najpierw – pamiętać o Ablu. Ów Abel nie był sam, mieszkał w naszym domu (na naszej ziemi), a więc we wspólnym domu na wspólnej ziemi. Krew została na ścianach, wsiąkła w ziemię czy chcemy, czy nie. Wsiąkła w naszą pamięć; w nas samych. Więc nas samych musimy oczyścić, czyli zobaczyć siebie w prawdzie. Bez tego dom, ziemia, my sami pozostaniemy zbrukani. Taki jest sens słów poety, jeżeli je dobrze rozumiem. Tak w każdym razie widzi on swój obowiązek, wzywając niejako nas wszystkich, abyśmy także swego obowiązku dopełnili.
https://preview.redd.it/8b28cl4grvd11.jpg?width=450&format=pjpg&auto=webp&s=6b04172444bb046786d217c57f2c32352d83d87f
Jak to jest trudne, dowodzi znany bardzo wiersz Miłosza, Campo di Fiori. Opowiada o karuzeli, którą – chciał traf, ale jaki to znaczący, osobliwy traf – zmontowano w Warszawie, na placu Krasińskich, tuz przed wybuchem powstania w getcie. Gdy zaczęły się walki, karuzelowy interes nie przestał funkcjonować, gromadził dalej dzieci, młodzież, gapiów.
Czasem wiatr z domów płonących Przynosił czarne latawce, Łapali płatki w powietrzu Jadący na karuzeli. Rozwiewał suknie dziewczynom Ten wiatr od domów płonących, Śmiały się tłumy wesołe W czas pięknej warszawskiej niedzieli.
Miłosz porównuje “wesołe tłumy” z rzymskimi przekupniami, którzy – w chwilę po spaleniu Giordana Bruna – powrócili do swoich zajęć, ciesząc się “różowymi owocami morza”, “koszami oliwek i cytryn”. I kończy refleksją o “samotności ginących”, której sprzeciwia się “słowo poety”. Tylko tak może ono – zdaje się mówić – “ocalić” to, co można jeszcze ocalić, ocalając zaś, oczyszcza naszą pamięć buntem przeciwko mijaniu i “zapomnieniu”, co rośnie “Nim jeszcze płomień przygasnął”. Wspomnienie i westchnienie nie uwalnia jednak od obrazu stosu na targu czy karuzeli na grobie. Dowodem dalsze dzieje wiersza, który był często tłumaczony i przytaczany. Rozumiano go nieraz jako oskarżenie. Przełożony na przykład na hebrajski, zdać się może dowodem na wrogą obojętność wobec zagłady getta… Po latach Miłosz zastanawia się, “czy rzeczywiście taka była wtedy ulica warszawska. I była, i nie była. Była, bo w okolicach getta kręciły się karuzele i nie była, bo w innych momentach, w innych okolicach Warszawa była inna, więc nie chodzi o jakieś oskarżanie”. Wiersz – powiada – jest “publicystyczny”, czyli nadto jednoznaczny, za łatwo pozwala wyciągać wnioski. Coś upraszcza, upraszczając zaś, uspokaja…
Gorzej: poeta odkrywa, że napisał wiersz “bardzo niemoralny”. Dlaczego? Bo –cytuję – “pisany o umieraniu z pozycji obserwatora”. I rzeczywiście: tak jest ten wiersz napisany, że ten, który mówi – czyli poeta – wychodzi obronną ręką. Jedni umierają, drudzy się bawią, on zaś “wznieca bunt” swoim słowem i odchodzi, zadowolony, że piękny wiersz napisał… Czuje więc po latach, że się za łatwo wykręcił. W zestawieniu z “horrorem”, jak mówi, pisanie okazuje się “niemoralne”: Campo di Fiori nie zdołało pokonać “konfliktu życia ze sztuką”. Miłosz dodaje więc na usprawiedliwienie, że wiersz powstał “jako zwyczajny odruch ludzki wiosną 1943 roku” i oczywiście, zgodzimy się chętnie, że był to piękny, szlachetny odruch. W tę okropną Wielkanoc uratował on – jak ktoś ładnie napisał – “honor ludzkiej poezji”. Ale razem z poetą czujemy, że ostatnie słowo nie zostało powiedziane. Może te poetyckie udręki pomogą nam zrozumieć, dlaczego nie możemy sobie poradzić z rozważeniem całej żydowsko-polskiej przeszłości. Porzucę więc teraz literaturę i odwołam się do osobistego doświadczenia.
A właściwie nie całkiem osobistego, bo każdy chyba, kto był za granicą, powiedzmy, na zachodzie Europy, usłyszał pytanie, czy Polacy są antysemitami? Albo wyraźniej: dlaczego Polacy są antysemitami? Ja sam słyszałem to pytanie tyle razy, i tyle razy wdawałem się w wyjaśnienia, że mógłbym chyba ze dwadzieścia takich rozmów schematycznie streścić. Czy Polacy są antysemitami? – Dlaczego pan tak stawia pytanie? Bywają Polacy antysemici, bywają filosemici, bywają tacy, których to nic nie obchodzi, i takich właśnie jest coraz więcej. – Oczywiście, są rozmaici Polacy, ale ja pytam o większość społeczeństwa. Polacy zawsze uchodzili za antysemitów, nie może to być przypadek? – Jak to zawsze? Przecież wtedy, kiedy Anglia, Francja, Hiszpania wygnały Żydów, właśnie w Polsce znaleźli schronienie! – Zapewne, ale to było dawno, w średniowieczu, wtedy Żydami pogardzano wszędzie, ale od połowy osiemnastego wieku, w nowożytnej Europie, zawsze były z polską nietolerancją kłopoty – Ale przecie od końca osiemnastego wieku żadnej Polski nie było! – Było jednak polskie społeczeństwo, w którym Żydzi nie mogli sobie znaleźć miejsca, dlaczego? – Byliśmy w niewoli, musieliśmy myśleć przede wszystkim o sobie – Właśnie. Dlaczego nie myśleliście o sobie razem z Żydami? – Za wielu ich było. Nie mieliśmy szkół, sądów, urzędów. Żydzi nie mówili nawet po polsku. Woleli uczyć się niemieckiego, rosyjskiego… Ale światli ludzie namawiali do asymilacji, starali się zbliżyć Żydów do Polaków! – Czemu nie odwrotnie? Czy Żydzi nie mogli zostać Żydami? Urządzaliście pogromy, nie wiadomo dlaczego? – pierwsze pogromy miały miejsce na Ukrainie, sprowokowała je carska policja…
I dalej: – Kiedy odzyskaliście niepodległość, los Żydów wcale się nie polepszył. Przeciwnie, antysemityzm stawał się coraz jadowitszy… – W dwadzieścia lat nie można przerobić społeczeństwa, a poza tym, czy w całej Europie nie było podobnie? Po pierwszej wojnie przyjęliśmy wielu Żydów z Rosji, po 1934 roku – z Niemiec… – Może to i prawda, ale traktowaliście Żydów jako obywateli drugiej kategorii. A w czasie wojny uchroniliście bardzo niewielu – Jest w Izraelu miejsce pamięci ludzi, którzy ratowali Żydów, trzydzieści procent nazwisk to Polacy. – Ale procent ocalonych Żydów był w Polsce niski, najniższy w Europie w stosunku do całej ludności kraju – W 1942 roku, w Warszawie, na ośmiu Polaków było w mieście czterech Żydów. Jak ośmiu może ukryć czterech? – Właśnie Polacy rozpoznawali Żydów i wydawali ich Niemcom. Albo policji, która przecież była polska… – W każdym społeczeństwie jest kilka procent ludzi bez sumienia. Pan nie ma pojęcia, czym była okupacja niemiecka w Polsce. Za ukrywanie jednego Żyda rozstrzeliwano całe rodziny, z dziećmi włącznie. – Owszem, tak było, ale za konspirację także strasznie karano, a wszyscy podobno konspirowali. Żydzie nie chcieli pozostać w Polsce… – Trudno im było żyć wśród wspomnień. –
Trudno im było żyć wśród Polaków, którzy nie chcieli im zwracać sklepów, mieszkań, grozili, zabijali, nie słyszał pan o pogromach, w Krakowie, w Kielcach? – Pogrom w Kielcach był prowokacją polityczną – No to co? Prowokacja, jeśli była, to znalazła posłuch. Dziesięć tysięcy prowokatorów? – Żydzi ginęli nieraz nie za to, że byli Żydami, ale za to, że byli komunistami. – A w 1968 roku, czy dlatego opuszczali Polskę, że byli komunistami? I tak do końca czy też raczej, bez końca. Dyskusje historyków wyglądają bardzo podobnie. Powracają – dokładniej udokumentowane – te same opinie i zdarzenia, które starałem się zebrać w mojej (na wpół) wyimaginowanej rozmowie. Istnieje o tych sprawach ogromna literatura, pamiętnikarska i historyczna, o której mamy w Polsce bardzo blade pojęcie… Tymczasem powinniśmy ją znać, choćby dlatego, że mówi także o nas. Jest w niej znaczny rozrzut stanowisk i wniosków. Trafiają się książki, których autorzy nie kryją, że powoduje nami nienawiść. Lekceważyć ich nie wolno. Zrodziły się przecież z osobistych przeżyć, których autentyczności nie sposób podawać w wątpliwość. A poza tym – czy w naszym piśmiennictwie nie roi się od wypowiedzi, pełnych obłąkanej wręcz nienawiści do Żydów? Jest także sporo książek ostrożnych i – o ile możliwe – obiektywnych. Przypominają one starannie mentalne i materialne uwarunkowania polsko-żydowskiego współżycia. Uwzględniają niewyobrażalne dziś niemal natężenie okupacyjnego terroru, który spowodował moralne zdziczenie społeczności – nie tylko polskiej… Przyjmują milcząco we wnioskach, że do nieszczęść środkowej Europy nie można przykładać miar, powiedzmy, angielskich. Gdy wali się niebo, nawet kopniak może być dowodem litości i współczucia…
Prawda pozostaje jednak i trudna do ustalenia, i trudna do przyjęcia. Przysłuchiwałem się przed dwoma laty dyskusji zagranicznych i polskich specjalistów i muszę powiedzieć, że było to bardzo ciężkie przeżycie. Dla nas i także, jak sądzę, dla Żydów. Do uzgodnienia stanowisk było oczywiście daleko. Ale też nie jest ono celem takich konferencji. Myślałem ciągle o tym, co nie zostało tam powiedziane i co właściwie sprawia, że dyskusje – przyjacielskie na ogół – łączyły się dla wszystkich z przykrością i cierpieniem. Potem doszedłem do wniosku, że było to właśnie poczucie skażenia, zbrukania, zbezczeszczenia, o jakim mówił Miłosz. Dlatego pozwolę sobie jeszcze raz wrócić do poety. W 1943 roku Miłosz napisał inny jeszcze wiersz o zburzeniu getta. Jest on mniej jednoznaczny, może nawet trudny do zrozumienia?
Zaczyna się od obrazu niszczenia: Rozpoczyna się rozdzieranie, deptanie jedwabiu, Rozpoczyna się tłuczenie szkła Drzewa, miedzi, niklu, srebra, pian Gipsowych, blach, strun, trąbek, liści, kul, kryształów – aż: Wali się w ogniu dach, ściana i żar ogarnia fundament. Jest już tylko piaszczysta, zdeptana, z jednym drzewem bez liści – Ziemia. Zburzone zostało miasto, została ziemia, pełna skorup i odpadków. Pełna także ciał ludzkich. I w tej ziemi czy raczej pod ziemią Powoli, drążąc tunel, posuwa się strażnik-kret Z małą czerwoną latarką przypiętą na czole. Dotyka ciał pogrzebanych, liczy, przedziera się dalej, Rozróżnia ludzki popiół po tęczującym oparze. Popiół każdego człowieka po innej barwie tęczy. Kim jest ten kret, trudno powiedzieć. Jest strażnikiem, może strażnikiem pogrzebanych?
Ma latarkę, a zatem widzi, widzi w każdym razie lepiej niż umarli. A wśród tych umarłych znajduje się jakby także sam poeta, czy też raczej ten, który wiersz wypowiada. I on tam leży, i boi się. Boi się kreta. Osobliwy, zdumiewający obraz. Boję się, tak się boję strażnika-kreta. Jego powieka obrzmiała jak u patriarchy, Który siadywał dużo w blasku świec, Czytając wielką księgę gatunku. A zatem ten kret ma rysy Żyda, ślęczącego nad Talmudem czy Biblią. Chyba Biblią, bo ona raczej zasługuje na nazwę “wielkiej księgi gatunku”, ludzkiego oczywiście. Cóż powiem mu ja, Żyd Nowego Testamentu, Czekający od dwu tysięcy lat na powrót Jezusa? Moje rozbite ciało wyda mnie jego spojrzeniu I policzy mnie między pomocników śmierci Nieobrzezanych.
Straszny to wiersz, bo pełen lęku. Ale są w nim jakby dwa strachy. Jeden, to strach przed śmiercią, dokładnie przed pogrzebaniem żywcem, co przecie zdarzyło się tylu ludziom, zasypanym w podziemiach, także w piwnicach getta. Ale w tym pierwszym strachu jest drugi strach, strach przed strażnikiem-kretem. Ten kret posuwa się pod ziemią, ale także jakby – poniżej naszej świadomości. To poczucie winy, do jakiej nie chcemy się przyznać. Pogrzebany pod ruinami między zwłokami Żydów, “nieobrzezany” boi się, że zostanie policzony przez morderców. Więc lęk przed potępieniem, lęk piekielny! Lęk nie-Żyda, który patrzy na walące się getto. Wyobraża sobie, że mógłby tu – przypadkiem – także zginąć, i wtedy w oczach kreta, co umie rozróżnić popioły, wyda się “pomocnikiem śmierci”. I rzeczywiście, wiersz nosi tytuł Biedny chrześcijanin patrzy na getto. A zatem jest w tym chrześcijaninie lęk przed losem, jaki spotkał Żydów, ale jest także – stłumiony, zaszyfrowany przez niego samego – lęk przed tym, że zostanie potępiony. Potępiony przez kogo? Przez ludzi? Nie, ludzi już nie ma.
To kret go potępia, a raczej może potępić, ten kret, który dobrze widzi i zna “księgę gatunku”. Własne moralne sumienie potępia (może potępić) biednego chrześcijanina. I on chciałby się przed tym kretem-sumieniem ukryć, bo nie wie, co mu powiedzieć. Miłosz, zapytany, co czy kogo ten kret oznacza, uchylił się od odpowiedzi. Odparł, że napisał wiersz spontanicznie, nie zaś “programowo”. Jeśli tak, tym lepiej, wiersz byłby bezpośrednim wyrazem grozy, która – jak to bywa we śnie i także w sztuce – wyłania z siebie obrazy. Unaocznia to, co nie w pełni zrozumiane, to co było, a może jeszcze jest, w ludziach, zapewne także w poecie, ale w niejasnym, zamazanym, przytłumionym kształcie. Wczytując się w taki wiersz, lepiej siebie rozumiemy, bo to, co niejasne, oglądamy jakby przed nami. Ja Biednego chrześcijanina trochę – jak każdy czytelnik – uzupełniłem, skomentowałem. Myślę jednak, że nie jestem bardzo daleko od odczuć poety.
Ale nie tylko poety. Wracam teraz do fikcyjnej rozmowy. Jest ona – trochę uproszczonym – streszczeniem dziesiątków sporów i polemik. Co w niej uderza? W odpowiedziach mego syntetycznego Polaka rozpoznać można ten właśnie lęk, który odzywa się w Biednym chrześcijaninie. Lęk, aby nie zostać policzonym między pomocników śmierci. Tak on okropny, że czynimy wszystko, aby go oddalić, aby nie dopuścić nawet do jego wyjawienia. Czytamy czy słuchamy rozważań o żydowsko-polskiej przeszłości i kiedy tylko dojdzie do nas zdarzenie, fakt, który nie najlepiej o nas świadczy, gorączkowo staramy się go pomniejszyć, wytłumaczyć, zbagatelizować. Nie jest nawet tak, abyśmy go chcieli ukryć czy zaprzeczyć, że miał miejsce. Czujemy przecież, że nie wszystko było w porządku. Jakże zresztą mogłoby być w porządku? Współżycie społeczności – jak współżycie jednostek – nigdy nie jest bez skazy. Cóż dopiero takie burzliwe, nieszczęśliwe współżycie. Nie umiemy jednak rozmawiać o nim spokojnie. Dlatego, że – świadomie czy nieświadomie – boimy się oskarżenia. Boimy się, że odezwie się strażnik-kret i powie, zajrzawszy w swoją księgę: ach, wyście także służyli śmierci? I wyście pomagali zabijać? Albo przynajmniej: patrzyliście spokojnie na żydowską śmierć?
Pomyślmy jednak uczciwie: takie pytanie musi paść. Musi je zadać każdy, kto rozmyśla nad polsko-żydowską przeszłością, niezależnie od odpowiedzi, jakiej udzieli. Ale my – świadomie czy nieświadomie – nie chcemy, aby to pytanie padło. Odsuwamy je od siebie jako niemożliwe, skandaliczne. Przecieśmy nie stanęli po stronie morderców. Przecież sami byliśmy następni w kolejce do pieca. Przecież – nie najlepiej, ale jednak – jakoś z tymi Żydami współżyliśmy, oni zaś także nie byli w naszych sporach bez winy. Więc stale musimy o tym wszystkim przypominać. Bo co o nas inni pomyślą? Jak my sami będziemy o sobie myśleć? Jakże to będzie z dobrym imieniem naszego kraju, naszego społeczeństwa?… Ta troska o “dobre imię” jest stale obecna w prywatnych – a bardziej jeszcze w publicznych – wypowiedziach. Inaczej mówiąc, rozważając przeszłość, chcemy z tych rozważań wyciągnąć moralny zysk. Nawet wtedy, kiedy potępiamy, chcemy sami stanąć ponad – czy poza – potępieniem. Chcemy znaleźć się absolutnie poza oskarżeniem, chcemy być zupełnie czyści. Chcemy być także – i tylko – ofiarami… Ta troska jest wszakże podszyta lękiem – jak w wierszu Miłosza – i ten lęk wypacza, zniekształca nasze myślenie o przeszłości. Co też od razu wyczuwają nasi rozmówcy… Nie chcemy mieć nic wspólnego z okropnością. Czujemy jednak, że kala nas ona jakoś, “bezcześci”. Dlatego wolimy o tym wszystkim nie mówić. Albo mówimy tylko po to, aby odeprzeć oskarżenie. Oskarżenie, które nieczęsto pada, ale wisi niejako w powietrzu.
Czy możemy się go wyzbyć? Czy możemy mu zapobiec? Ja myślę, że nie, bo ono jest – na dobrą sprawę – w nas samych. To my sami boimy się kreta, który drąży sumienia. I myślę także, ze go nie odpędzimy. A przynajmniej nie odpędzimy go, zapominając o przeszłości albo przyjmując wobec niej postawę obronną. Musimy całkiem szczerze, całkiem uczciwie stanąć wobec pytania o współodpowiedzialność. Nie ma co ukrywać: to jest jedno z najboleśniejszych pytań, przed którym możemy stanąć. Myślę jednak, że powinniśmy je koniecznie rozważyć. Przed tym pytaniem my – jako Polacy – nie stoimy sami. I to może nam pomóc. Nie dlatego, że raźniej bić się w piersi gromadnie. Że rozłożymy tak naszą winę, że się ta wina niejako pomniejszy… Raczej dlatego, że lepiej będziemy ją mogli zrozumieć. Zrozumieć zarówno naszą winę, jak to, dlaczego przed nią uciekamy. Czytaliśmy niedawno o wizycie, którą Ojciec Święty złożył w rzymskiej synagodze. Znamy też kościelne dokumenty, gdzie – już za czasów Jana XXIII – rozważono ponownie i miejmy nadzieję, ostatecznie stosunek chrześcijan do Żydów, albo raczej: chrześcijaństwa do judaizmu. W tym przemówieniu i w tych dokumentach od razu uderza jedno. Nie zajmują się one wyważaniem win ani roztrząsaniem przyczyn (społecznych, ekonomicznych, intelektualnych czy Bóg wie jakich), które sprawiły, że chrześcijanie patrzyli na Żydów jak na wrogów, szkodników czy natrętów. Jest natomiast jasno powiedziane: chrześcijanie (i Kościół) się mylili. Nie mieli prawa ani podstawy, aby uważać Żydów za naród “przeklęty”, za naród winien śmierci Chrystusa. Taki zatem naród, który “powinien” zostać odsunięty, odosobniony, wyłączony ze wspólnoty.
Jeśli się to jednak stało, to dlatego, że chrześcijanie byli za mało chrześcijanami… Nie mówi się zatem: myśmy “musieli” się bronić, myśmy “nie mogli” ratować czy traktować Żydów jak braci. Nie przypomina się nawet danych, które mogłyby stanowić okoliczność łagodzącą. A trochę takich danych jest. Przecież Żydów (jako monoteistów) nie lubiła już starożytność. W średniowieczu spoiwem Europy była jednolitość religijna… Kościół bywał też na ogół łagodniejszy niż świeccy panujący. Ale to wszystko nie zmienia istoty rzeczy. Musi więc zostać pominięte. Podkreśla się raczej, że kościelna praktyka podniecała niechęć do Żydów i utrzymywała ich w poniżeniu i izolacji… Słowem, współczesne dokumenty nie zmierzają do wybielenia przeszłości, nie targują się o okoliczności łagodzące. Mówią jasno o zaniedbaniu obowiązków braterstwa i miłosierdzia. Resztę pozostawiają historykom. W tym jest właśnie chrześcijańska wielkoduszność tych wypowiedzi.
Myślę, że w naszym stosunku do żydowsko-polskiej przeszłości winniśmy tę postawę naśladować. Przestać się bronić, usprawiedliwiać, targować. Podkreślać, czego nie mogliśmy zrobić, za okupacji czy dawniej. Zrzucać winę na uwarunkowanie polityczne, społeczne, ekonomiczne. Powiedzieć najpierw: tak, jesteśmy winni. Przyjęliśmy Żydów do naszego domu, ale kazaliśmy im mieszkać w piwnicy. Kiedy chcieli wejść na pokoje, obiecywaliśmy, że wpuścimy, jeśli przestaną być Żydami, jeśli się “ucywilizują”, jak mawiano w XIX wieku, nie tylko w Polsce, rzecz jasna. Tak myślały najświatlejsze umysły, Orzeszkowa, Prus… Znaleźli się wśród Żydów tacy, co gotowi byli tej rady posłuchać. Ale wtedy zaczęliśmy mówić o najeździe Żydów, o niebezpieczeństwie, które nam zagrozi, kiedy przenikną w polskie społeczeństwo! Zaczęliśmy – jak to expressis verbis napisał Dmowski – stawiać warunki: jak choćby ten, że tylko tych Żydów uznać można za Polaków, co będą współdziałać w graniczeniu żydowskich wpływów! Mówiąc zwyczajnie: tych, co zwrócą się przeciw bliskim, przeciw rodzicom! Wreszcie straciliśmy dom i w tym domu okupant zaczął Żydów zabijać.
Czyśmy im solidarnie pomogli? Ilu z nas uznało, że to nie ich rzecz! Byli też tacy (pomijam zaś zwykłych zbójów) co się po cichu cieszyli, że Hitler załatwił nam “problem” żydowski… Nie umieliśmy nawet powitać i uszanować niedobitków, cóż z tego, że rozgoryczonych, zbłąkanych, może i dokuczliwych. Słowem, miast się targować i usprawiedliwiać, winniśmy najpierw pomyśleć o sobie, o własnym grzechu czy słabości. Taki właśnie moralny przewrót jest w stosunku polsko-żydowskiej przeszłości konieczny. Tylko on może stopniowo oczyścić skażoną ziemię.
Co w słowach łatwe, w praktyce jednak trudne. Zmienić się musi bowiem społeczna świadomość problemu. Domagamy się nieraz od Żydów (albo od ich przyjaciół) ostrożnej, sprawiedliwej oceny wspólnych dziejów. Powinniśmy jednak najpierw wyznać naszą winę i prosić o przebaczenie. I w gruncie rzeczy oni tego tylko czekają – jeżeli czekają. Przypominam sobie wzruszające przemówienie. Mówca zaczął od stwierdzenia, że stosunek wielu Żydów do Polski przypomina zawiedzioną miłość. Mimo cierpień i trudności – ciągnął – społeczność żydowska była istotnie przywiązana do Polski. Znalazła tam bowiem dom i schronienie, możliwość “bycia u siebie”. Świadomie czy podświadomie oczekiwali, że jej los będzie się polepszać. Że zmniejszy się ciężar poniżenia, przyszłość stanie się jaśniejsza. Stało się inaczej. Nic się już – kończył – nie zmieni. Żydzi nie mają i nie mogą mieć żadnej w Polsce przyszłości. Powiedzcie więc tylko – wołał – że w tym co się stało nie było naszej winy. Niczego innego nie chcemy. Ale z takiego przyznania nie możemy zrezygnować.
Oznacza to – po polskiej stronie – przyjęcie winy. Ale tu zjawia się po raz ostatni strażnik-kret i pyta: pełnej winy? Czy także współwiny za ludobójstwo? Słyszę już wołania: jak to? Przecież myśmy, na Boga, nie brali w ludobójstwie udziału! Tak, to prawda, odpowiem. Nikt rozsądny nie może powiedzieć, że Polacy – jako naród – brali w ludobójstwie udział. Co prawda, odzywają się czasem takie głosy. I należy je spokojnie rozważyć, nie popadając w gniew – znak paniki. Uważam je wszakże – razem ze znaczną większością – za niesłuszne. Więc dlaczego mówić o ludobójstwie? O współwinie? Odpowiem tak: współudział i współwina to nie jest to samo. Można być współwinnym, nie biorąc udziału w zbrodni. Najpierw przez zaniechanie czy przeciwdziałanie niedostateczne. A kto może powiedzieć, że było ono w Polsce dostateczne? Właśnie dlatego, że dostateczne nie było, składamy hołd i otaczamy czcią tych wszystkich, którzy to heroiczne ryzyko podjęli… Chociaż dziwnie to zabrzmi, niewykluczone, że ta współwina przez zaniechanie jest mniej istotna dla naszego pytania. Gdybyśmy bowiem – w przeszłości – postępowali mądrzej, szlachetniej, bardziej po chrześcijańsku, ludobójstwo byłoby zapewne “mniej do pomyślenia”, byłoby prawdopodobnie utrudnione a już niewątpliwie spotkałoby się ze znaczniejszym oporem.
Inaczej mówiąc, nie zaraziłoby obojętnością i zdziczeniem społeczeństwa (społeczeństw), w przytomności których miało miejsce. Powstaje zaraz pytanie, czy można to powiedzieć nie tylko o Polakach, także Francuzach, Rosjanach, o całej Europie, o całym chrześcijaństwie? Owszem, zgoda. Ta współwina jest rzeczywiście wspólna. Ale nie sposób zaprzeczyć, że właśnie w Polsce było Żydów najwięcej (więcej niż dwie trzecie Żydów na świecie to Żydzi “polscy”, w tym znaczeniu, że ich przodkowie mieszkali na ziemiach przedrozbiorowej Rzeczypospolitej). Z konieczności myśmy więc mieli wobec nich najwięcej moralnych zobowiązań (czy były one na nasze siły, niech rozstrzyga Pan Bóg i rozważają historycy). Więc dla nas Żydzi byli najbardziej problemem, można nawet powiedzieć, wyzwaniem czy zadaniem, które postawił los… Aby na chwilę wrócić jeszcze do literatury: rozumiał to najlepiej nie kto inny jak Mickiewicz.
Myśl i marzenie największego z poetów były najbardziej dalekowzroczne. Inaczej nawet niż większość ludzi Żydom życzliwych, Mickiewicz uważał, że Izrael “brat starszy”, winien cieszyć się w Polsce tymi samymi przywilejami co wszyscy, zarazem jednak zachować prawo do swej odrębności religijnej i obyczajowej. Podobna była postawa Norwida, nie inaczej, o ile można wyrozumieć, myślał Słowacki… Przynajmniej więc najwięksi stali po stronie prawdy i sprawiedliwości. Marzenie Mickiewicza było w istocie prorocze: dostrzegł on jakby, że tylko taki społeczny wybór mógł uratować (przynajmniej częściowo) Żydów od zagłady, nas zaś od moralnego upadku… Byłby to wybór zaiste niezwykły, we właściwym znaczeniu słowa mesjański. Stało się jednak dokładnie inaczej, bo przecie przyznać trzeba, że właśnie w Polsce antysemityzm stał się – zwłaszcza w XX wieku – szczególnie dokuczliwy i jadowity…
Czy doprowadził do wzięcia udziału w ludobójstwie? Nie. Kiedy czyta się to, co o Żydach wypisywano przed wojną, kiedy się odkrywa, ile było w polskim społeczeństwie nienawiści – można się nieraz dziwić, że za słowami nie poszły czyny. Ale nie poszły (albo szły rzadko). Bóg tę rękę zatrzymał. Tak, Bóg, bo jeśli nie wzięliśmy udziału w tej zbrodni, to dlatego, że byliśmy jeszcze trochę chrześcijanami, że w ostatniej chwili pojęliśmy, jak szatańskie to było przedsięwzięcie… Ale od współwiny wcale nas to nie uwalnia. Skażenie, zbezczeszczenie polskiej ziemi miało miejsce i dalej ciąży na nas obowiązek oczyszczenia. Chociaż – na tym cmentarzu – sprowadza się już tylko do jednego: do obowiązku zobaczenia naszej przeszłości w prawdzie.
You are here: Home > Biedni Polacy patrzą na getto
By Adm on 18/05/2013 in Judaizm i islam
submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2018.07.11 15:21 Arald98 Pasta o Julce

PROLOG
lvl 9 Dawid idę sobie radośnie do podbazy to jeszcze ten czas, w którym lubi się chodzić do szkoły na początku lekcja Religii, potem przerwa - czas zabaw wszystko supi, gramy sobie w berka myślałem już, że to będzie taki piękny dzień gdy Golem przyszedł do szkoły... Golem był dwa lata starszy, i ciągle się nade mną znęcał nauczyciele nic mu nie robili, bo jego ojciec wpłacał im jakieś dotacje na kiju właśnie biegłem od ściany do ściany, aby uciec przed berkiem wtedy Golem znikąd podstawił mi nogę i przewróciłem się na twarz straciłem wtedy chyba trzy zęby mleczne przechodząc rzucił tylko ze śmiechem "Uważaj jak biegasz młody!" moje oczy zalały się łzami a koledzy zaczęli śmieszkować byleby przypodobać się Golemowi taka sytuacja nie miała miejsca po raz pierwszy zawsze, gdy chciałem być sam, uciekałem do szkolnej kotłowni mój tata - konserwator pracujący w szkole zawsze był zajęty i nie zauważał jak przemykam przez jego pokój żeby wejść do dziury znajdującej się za dużym bojlerem pomieszczenie, do którego prowadziła dziura (nazywane przeze mnie Smoczą Grotą) mogłoby pomieścić trzech dojrzałych mężczyzn jednak sama dziura, była nawet dla małego mnie dość ciasna jak zwykle wtuliłem się w kąt wyłożony miękką gąbką po chwili, po przeciwnej stronie Groty usłyszałem jakiś dźwięk na początku uznałem, że to tylko syczenie rury podłączonej do bojlera jednak gdy po chwili źródło dźwięku zaczęło świecić mi w oczy latarką okazało się, że jest to mała dziewczynka siedziała skulona w kącie i płakała, na mój widok odrobinę się przestraszyła jako mały gówniak jeszcze nie do końca wiedziałem jak into loszki więc zacząłem rozmowę najlepiej jak potrafiłem:
(D)awid - "Co robisz w mojej kryjówce? Idź stąd!" (J)ulka - "To wcale nie twoja kryjówka, jest tak samo moja, jak i twoja!" D - "Byłem tu pierwszy! Zaraz powiem mojemu tacie i cię stąd wygoni!" J - "To zróbmy tak - ty pozwolisz mi tutaj siedzieć, a ja pomogę ci rozprawić się z tym chłopakiem, który ci dokucza." J - "Przecież dlatego tu siedzisz i płaczesz, prawda?" D - "Wcale nie płaczę! Nie jestem frajerem! A skąd wiesz, że Golem mi dokucza?" J - "Golem?" - zaśmiała się pod nosem, jakby chciała sprawiać wrażenie, że ukrywa coś przede mną J - "Twój Golem to tak na prawdę całkiem pocieszny chłopak, każdy potwór ma w sobie trochę z owieczki" D - "Niech będzie! Mamy układ, nie wierze ze Golem się ode mnie odczepi przez jakąś babę!" J - "Podaj mi mały palec" - powiedziała wysuwając malutki palec prawej ręki, który zdawał się znikać w świetle latarki złapałem ją za palec używając mojego, tak właśnie miała się rozpocząć moja wieloletnia przygoda z Julką plan zgładzenia Golema stworzony przez Julkę był bardzo przebiegły na początek, miałem odciągnąć szkolną sekretarkę z sekretariatu przygotowałem czerwoną farbę i rozcieńczyłem wodą bez zbędnych ceregieli, gdy drzwi do sekretariatu się otworzyły wylałem na siebie zawartość przygotowanego pojemnika i zacząłem krzyczeć gdy ja trzepałem się na ziemi i zebrałem wokół siebie jakiś tuzin nauczycieli - Julka podeszła do komputera w sekretariacie i wydrukowała około trzydziestu zdjęć ojca Golema - pana Żarowicza oczywiście moi rodzice zostali wezwani do szkoły i miałem karę na wychodzenie z domu, ale jak niedługo później się przekonałem opłacało się gdy następnego dnia przyszedłem do szkoły na każdej ścianie było zawieszone zdjęcie ojca Golema z dorysowanym wąsem i napisem "ŻARÓWA PARÓWA" jak przystało na śmieszków w naszym wieku Golem gdy przyszedł do szkoły i zobaczył swojego starego na drzwiach ubikacji zaczął krzyczeć, że dowie się kto to zrobił i zabije afera na całą szkołę, specjalnie zwołali rodziców większości uczniów żeby znaleźć sprawcę ale to był dopiero początek poczekaliśmy aż wszystko się uspokoi w międzyczasie trochę lepiej poznałem Julkę
Dziewczyna jest rok młodsza ode mnie, ma krótkie blond włosy, które często wiąże w kitki. Jej tata importuje owoce i warzywa zza granicy i sprzedaje wielu firmom w Polsce. Jej mama jest malarką i aktorką teatralną. Lubi czytać książki i oglądać filmy oraz malować. Przez 8 lat przeprowadzała się kilka razy. W skrócie - życie zupełnie inne od mojego. Ja - syn szkolnego konserwatora i bezrobotnej chorej matki żyłem w zupełnie innym świecie.
kolejną fazą naszego planu, było dać znać Golemowi kto stąpa mu po piętach, jednocześnie będąc odpornym na kontrataki planem było wkręcić mu, że mamy zdjęcia jak pije piwo i wyślemy jego tacie wszyscy w szkole wiedzieli, że Golem rzeczywiście popija od czasu do czasu zobrazujcie to sobie - mały chłopaczek i drobna dziewczynka grożą dwa razy większemu chłopakowi prosto w twarz oczywiście - plan nie wypalił w głowie przewijały mi się wszystkie możliwe sytuacje, od spłukiwania w toalecie po łamanie kości starałem się jednak udawać pewnego siebie, byłem przekonany, że Julka wpadnie na jakiś pomysł jednak gdy się odwróciłem, zauważyłem ją schowaną za drzwiami łazienki i stałem tam, sam na sam, ja i mój odwieczny wróg Golem zaczął napierać na mnie chcąc mnie złapać całe życie przeleciało mi przed oczami, a nie było ono za długie próbując zablokować cios Golema, instynktownie podniosłem kolano do góry, utrzymując się na jednej nodze dzięki bogu zrobiłem to w odpowiednim momencie i w wyniku mojej paniki mój przeciwnik już leżał na ziemi oszołomiony ciosem z kolana w brodę wtedy wszyscy wokół zaczęli klaskać i śmiać się na widok płaczącego Golema ja jednak wcale nie byłem szczęśliwy, nie mogłem uwierzyć, że w momencie apogeum naszego starcia Julka zostawiła mnie samego po chwili zobaczyłem ją wybiegającą z toalety, z uśmiechem na twarzy odsłaniającym brakujące mleczne zęby podbiegła i wystawiła rękę jednoznacznie licząc na zwycięską "piątkę" D - "Dlaczego mnie tu zostawiłaś? Mogłem zginąć!" J - "Wcale nie! Wiedziałam, że ci się uda, musiałeś tylko uwierzyć w siebie" D - "Po prostu przyznaj, że się wystraszyłaś i uciekłaś... W końcu jesteś dziewczyną, nie wiem czego się spodziewałem" odszedłem pozostawiając Julkę z pobłażliwą miną, nie wydawała się ona smutna, wręcz przeciwnie, z jakiegoś powodu czuła radość i dumę następnego dnia Golem przeprosił mnie za wszystko co mi zrobił, wytłumaczył, że jego ojciec zajmuje się tylko i wyłącznie pracą, nie ma dla niego czasu i tylko na mnie odreagowywał od tego czasu zacząłem kumplować się z dwa lata starszym chłopakiem imieniem Grzesiek w końcu "każdy potwór ma w sobie trochę z owieczki" zobaczyłem się z Julką i spytałem, dlaczego ona płakała gdy spotkaliśmy się w Grocie odpowiedziała "Mój tata miał wypadek" nagle zbladła po chwili ciszy spytałem "Zostaniesz moją przyjaciółką?" uśmiechnęła się do mnie i pobiegła w stronę klasy
AKT I
lvl 14 przyjaźnię się od dłuższego czasu z Grześkiem właściwie to dzięki niemu stałem się dość popularny w szkole no i oczywiście jest jeszcze Julka jej ojciec zginął w tamtym wypadku zabrał ze sobą czteroosobową rodzinę z nadjeżdżającego zza zakrętu pojazdu od tamtego czasu bardzo się do siebie zbliżyliśmy, spędzaliśmy więcej czasu razem niż samotnie łączyło nas kilka zainteresowań - filmy, podobny rodzaj muzyki mimo wielu różnic, a może właśnie dzięki nim bardzo dobrze się dogadywaliśmy i zawsze mieliśmy jakiś temat do rozmowy w każdej szkole istnieje podział na kilka grup popularni, nerdy, metalowcy itp. itd. my tworzyliśmy swoją własną - we dwoje każdy ze szkoły nas znał, chociaż nic o nas właściwie nie wiedział nazywano nas pobłażliwie "Kochasiami" w pewien piątek wracałem do domu bardzo późno, pomagałem w organizacji dyskoteki szkolnej była zima, bardzo szybko się ściemniało szedłem właśnie aleją, która skraca moją drogę do domu o jakieś 300m rodzice zawsze zabraniali mi tędy chodzić nocą, nie ma tutaj żadnych reflektorów i często nocują tu bezdomni księżyc świecący między budynkami odbijał się w kałużach powstałych po niedawno wytopionym śniegu na budynku po lewej świeci lekką purpurą hotelowy neon pod skórzanymi butami słyszę powolny, harmonijny dźwięk pluskającej wody nagle staje się on dużo szybszy zdałem sobie sprawę, że ktoś za mną biegnie zacząłem biec przed siebie w strachu przed przestrogami rodziców w końcu skręciłem chowając się w wejściu do miejscowej rzeźni stałem odwrócony do ściany, licząc na szczęście cały się trzęsłem nagle poczułem delikatny dotyk na moich plecach oczywiście przestraszyłem się i krzyknąłem jako odpowiedź otrzymałem "Cicho bądź głuptasie!" wtedy zdałem sobie sprawę, że to Julka odwróciłem się do niej i już miałem coś powiedzieć, gdy zasłoniła mi usta delikatną drobną dłonią wyraźnie dając mi znak abym zachował ciszę za jej plecami zauważyłem dwa cienie szybko przemykające przez aleję staliśmy tak około dwóch minut, Julka cały czas trzymała rękę na moich ustach w końcu wyjrzała zza rogu i dała mi znak do wyjścia w drugiej ręce trzymała dużą butelkę szkockiej D - "To ty pijesz?" J - "Jasne, że nie!" - odpowiedziała z cichym śmiechem, jakby nadal bała się, że "cienie" wrócą D - "W takim razie skąd to masz?" J - "Ukradłam" - grymas na jej twarzy ukazywał samouwielbienie i dumę co bardzo mnie zdziwiło D - "Ukradłaś!? Że co?" J - "Nie panikuj, odniosę jutro obiecuję!" J - "Chodziło tylko o odrobinę adrenaliny, rozumiesz prawda?" - powiedziała sarkastycznie, jako że wiedziała, iż nigdy nie byłem ryzykantem J - "Masz zamiar tak tu stać? No chodź, pokażę ci coś!" pobiegłem żwawo za Julką, wyraźnie podekscytowany, zawsze uwielbiałem jej tajemniczość po 30. minutach już staliśmy pod budynkiem szkoły za dziurawą rynną leżała drewniana płyta, która po odsunięciu odsłaniała wybite okno dające dostęp do kotłowni szkolnej Julka odważnie wskoczyła do środka i wyciągnęła w moją stronę rękę z uśmiechem wskoczyłem za nią, po chwili już staliśmy przed "Smoczą Grotą" staliśmy tam dobre pięć minut, wtedy złapała mnie za rękę i przytuliła do ramienia miała na sobie kremowy sweter, czarną spódnicę do kolan i czarną czapkę założoną na uszy w taki sposób aby odsłonić jedynie jasną grzywkę lekko powiewającą przez ciepłe powietrze ze szkolnej wentylacji po chwili gwałtownie wzięła z biurka młotek i zaczęła powiększać wejście do Groty weszła do środka i pociągnęła mnie za rękę usiedliśmy oboje oparci o miękką wykładzinę Julka wyjęła z plecaka świecę i z pomocą zapałek rozpaliła ją rozświetlając małe pomieszczenie oparła głowę o delikatną ścianę, jej oddech uspokoił się, stał się ledwo słyszalny J - "Myślisz, że kiedy nas już tu nie będzie, to czy ktokolwiek będzie za nami tęsknił?" jej głos był spokojny i melodyjny, był cichy ale rozniósł się po kotłowni harmonijnym echem D - "Nie wiem i szczerze mówiąc to nie obchodzi mnie to" J - "Właściwie to mnie chyba też nie..." jej ciemnozielone oczy zaszkliły się, widać było w nich rozmyty blask świecy D - "Ale zawsze możemy liczyć na siebie, prawda?" momentalnie rozpromieniała a na jej twarzy pojawił się stłumiony uśmieszek, jakoby spodziewała się moich słów przez chwilę patrzyliśmy wspólnie w ogień świecy odwróciłem się próbując coś powiedzieć zobaczyłem leżącą spokojnie Julkę, jej oddech był rytmiczny i spokojny - spała przykryłem ją moim płaszczem i zabrałem butelkę whiskey wyszedłem z dziury i odniosłem butelkę do sklepu, przepraszając za to co zrobiłem na szczęście sprzedawca okazał się całkiem miłym facetem wróciłem do szkoły i położyłem się obok Julki po chwili zasypiając
AKT II
lvl 17 wyprowadziłem się do miasta, tak się złożyło, że razem z Julką nowe znajomości, pierwsze inby właśnie na jednej z nich poznałem Natalię wysoka, śliczna brunetka, marzenie każdego faceta w okolicy trochę zacząłem olewać Julkę, w moim domu ciągle przesiadywała pierwsza miłość Julka wydawała się uradowana, że miałem dziewczynę bardzo zmieniła się przez te kilka lat, stała się bardziej skryta i cicha nawet zaczęły się lubić - wspólnie malować paznokcie i inne takie babskie sprawy cieszyłem się, ale w głębi duszy miałem nadzieję na odrobinę zazdrości minęły trzy miesiące a Natalia zamieszkała z nami nasze mieszkanie było całkiem spore, tylko dwa pokoje ale z pokaźną powierzchnią w szkole szło mi świetnie i w dodatku w każdy weekend inby ze śliczną dziewczyną moją osiemnastkę spędziliśmy w trójkę w plenerze, nie chciałem robić z niej imprezy gdy Julka zasnęła przeżyłem swój pierwszy raz z Natalią mijały kolejne tygodnie od czasu do czasu wpadał do nas Grzesiek ale nie będę tracił czasu na opisywanie moich relacji z nim w każdym razie był to mój najlepszy kumpel pewnego razu poszedłem z Grześkiem i Natalią do klubu Julka musiała uczyć się do egzaminu i tak zawsze tylko stała przy barze i wychodziła bardzo szybko typowa imprezowa rutyna lufa, lufa, do łazienki na blanta, kolejna lufa minęło tak z 2 godziny na tańczeniu, ładnie się wkręciłem poznałem jednego Tomka, gadaliśmy sobie o filmach, wydawał się spoko mordeczką z oczu zniknęli mi Grzesiek i Natalia no to idę do łazienki ich poszukać, nawet w damskiej sprawdziłem - nic idę na parking zapalić fajkę no a z mojego samochodu słychać jęki otwieram drzwi a tam Grzesiek pier,doli moją dziewczynę oczywiście tłumaczenie, że to przez alkohol i zioło kazałem im obu spier,dalać do domu wróciłem wkur,wiony jak nigdy, zebrałem rzeczy Natalii i wyrzuciłem przed mieszkanie Julka nawet o nic nie pytała, wyraźnie wyczuła co się stało położyłem się do łóżka całą noc nie mogłem spać późną nocą do mojego pokoju przyszła Julka stanęła przed moim łóżkiem, w długiej koszulce sięgającej jej prawie do kolan z mokrymi, rozpuszczonymi włosami chwilę tak stała i patrzyła na mnie, chyba myśląc, że śpię jej sylwetka była idealnie widoczna w świetle księżyca przebijającym się przez firany po chwili cicho podeszła do łóżka i delikatnie wsunęła pod grubą, ciężką kołdrę przytulając do mojej piersi oczywiście pomyślałem, że to dość jednoznaczne ale nie myślałem o tym za dużo owej nocy po dużej ilości alkoholu obudziłem się wcześnie rano, obudził mnie dźwięk rozbijanej butelki piętro wyżej Julka wciąż spała a spod puchowej kołdry wystawał tylko jej mały nosek objąłem ją delikatnie przez te wszystkie intensywne dla mnie miesiące ona pilnie się uczyła, nigdy mi nie dorównując lecz będąc niewiele gorsza nigdy nie chodziła na imprezy, zawsze wolała ciszę i spokój od facetów również się odganiała jestem też przekonany, że nigdy się nawet nie całowała - mimo niewątpliwej urody może jest lesbijką? Nie - nie ukrywałaby tego przede mną Natalia miała dwóch facetów przede mną, nie była dziewicą gdy zaczęliśmy być razem poczułem się dość wyjątkowo myśląc, że nikt nie zbliżył się do Julki tak bardzo jak ja mimo, że jedynie się czasem przytulaliśmy, to jej ciało należało do mnie tak jak do nikogo innego nigdy wcześniej co ja w ogóle gadam? ona wcale nie jest w moim typie... to po prostu dobra koleżanka muszę jej powiedzieć, że nic z tego nie będzie wyskoczyłem z łóżka, ubrałem się i usiadłem na fotelu stojącym przed łóżkiem na którym wciąż spała Julka po jakiś dwudziestu minutach otworzyła oczy ziewając i przeciągając się niczym kot spojrzała na mnie ze słodkim uśmiechem czułem się okropnie będąc zobligowanym do powiedzenia jej co o nas myślę w końcu w ogóle do siebie nie pasowaliśmy! D - "Słuchaj, powiem prosto z mostu... My nie możemy być razem, ja nie myślę o tobie w ten sposób" na jej twarzy pojawił się grymas zdziwienia a jej oczy zalały się łzami D - "To nie chodzi o to, że czegoś ci brakuje, po prostu... nie pasujemy do siebie, wolę inny typ dziewczyny" mój głos stał się drżący, wręcz histeryczny nawet nic nie odpowiedziała, tylko wybiegła z płaczem ubrała się i wyszła
AKT III
Julka wróciła wtedy bardzo późnym wieczorem, śmierdziała alkoholem, była kompletnie pijana było to do niej bardzo niepodobne, wystraszyłem się położyła się na kanapie i zaczęła śmiać opowiedziała mi o poznanym chłopaku, dała mu swój numer i umówiła się za kilka dni chyba nigdy nie widziałem jej tak szczęśliwej wywołało to u mnie zakłopotanie, trochę mnie to dobiło ale w końcu czego się spodziewałem? Sam tego chciałem następnego wieczora poszedłem trochę odreagować na imprezę do pobliskiego klubu oddalonego zaledwie trzy przecznice od mojego mieszkania poznałem tam Weronikę, była bardzo ładna choć inteligencją nie grzeszyła, ale właściwie to tego było mi trzeba po kilku drinkach i gładkiej gadce była moja mi alkohol jakoś do głowy nie uderzył ale zabrałem ją do mieszkania kazałem jej być cicho, żeby nie obudzić Julki ale była tak pijana, że obijała się o wszystko na swojej drodze wreszcie doszliśmy do mojego łóżka, popchnęła mnie na nie i od razu przeszła do rzeczy jakoś nie sprawiało mi to takiej przyjemności jakiej się spodziewałem... nagle w całym mieszkaniu rozbłysło światło w progu drzwi stała Julka i patrzyła na nas przez chwilę zaczęła się wydzierać, że jest moją dziewczyną i kazała Weronice spier,dalać z naszego mieszkania gdy ta wybiegła z mieszkania całkiem naga Julka zaczęła się głośno śmiać mi wcale nie było do śmiechu D - "Wytłumaczysz mi co to było? Myślisz, że możesz odpie,rdalać takie rzeczy!?" J - "Och daj spokój, znajdziesz sobie kolejną idiotkę" D - "Ha! Ty jesteś po prostu zazdrosna bo wcale mi się nie podobasz a od tylu lat się o to starasz!" D - "Zrozum - MIĘDZY NAMI NIC NIE MA - NIC!" trochę mnie poniosło nie... bardzo mnie poniosło J - "Myślisz, że jesteś lepszy ode mnie? Ja miałam tyle facetów na twoje miejsce, że nawet sobie nie wyobrażasz ty imbecylu!" J - "Ja robiłam tak dużo dla ciebie! Myślisz, że ktokolwiek zna cię tak jak ja? Że ktokolwiek sprawi, że będziesz szczęśliwy tak jak ja bym to zrobiła?" D - "O mnie nie masz co się martwić, ja będę szczęśliwy mogę ci to nawet obiecać!" nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek w taki sposób wybuchła J - "Masz rację... To koniec, mi już też nie zależy, idę do Marcina on chociaż o mnie w ogóle dba" D - "Marcina? Doroszańskiego Marcina? hahaha nie mówisz serio prawda?" J - "O co ci tym razem chodzi, co?" D - "Przecież on jest dilerem, nie mów, że nie wiedziałaś" J - "Wiedziałam ale nie obchodzi mnie to, on jest czuły i zależy mu na mnie" D - "No dalej Julka, nie bądź głupia przecież jemu zależy tylko na tym żeby cię zaliczyć i dobrze o tym wiesz!" J - "I może tego chcę! Tylko ty możesz sobie pozwolić na coś takiego?" D - "Daj spokój... ty nie jesteś taka. Przepraszam okej? Nie chciałem cię zdenerwować... Usiądźmy i pogadajmy na spokojnie" J - "Dobre mi sobie!" wybiegła z mieszkania z hukiem, byłem strasznie wkur,wiony wyjąłem z lodówki butelkę tequilli i usiadłem przed telewizorem minęły jakieś dwie godziny, było późno, zacząłem się martwić z głowy nie mogłem wyrzucić obrazu jej kochającej się z tym prostakiem co ja odje,bałem!? przecież zawsze mi na niej zależało! Zawsze ją kocha... czy ja? tak tak! Zawsze ją kochałem! Kur,wa mać co ja zrobiłem! moje serce przepełniła zazdrość i strach mimo, że ledwo stałem na nogach to wsiadłem do samochodu zadzwoniłem do Grześka on gdy tylko odebrał zaczął mnie przepraszać i pytał co się stało ja tylko spytałem o adres Marcina i rozłączyłem się minęło może 10 minut i już stałem przed blokiem, w którym mieszka Marcin wszedłem na trzecie piętro i stanąłem przed mieszkaniem nr. 7 w powietrzu czuć było zapach marihuany i alkoholu wziąłem głęboki oddech i zapukałem energicznie do drzwi otworzył Marcin, jego oczy były całe czerwone, ewidentnie był cholernie naćpany za jego plecami zobaczyłem Julkę, w samej bieliźnie, z strzykawką na stole moje serce na chwilę kompletnie stanęło powodując przeszywający ból w piersi wbiegłem do środka, delikatnie złapałem za szyję Julki próbując wyczuć tętno było bardzo słabe, a może wcale nie jest tak źle? Może to tylko alkohol uderza mi do głowy? w każdym razie muszę jej pomóc! wyjąłem z kieszeni telefon drżącymi rękoma wystukałem 112 po słowach "Potrzebuję karetki na ulicę..." poczułem pistolet przy skroni i usłyszałem "odłóż ten telefon skurwielu" zrozumiałe - zaraz wpadłaby tu policja i Marcin poszedłby siedzieć odwróciłem się do niego twarzą, spojrzałem prosto w oczy z pogardą na jego twarzy zobaczyłem uśmiech, pogardliwy kur,wa uśmiech jakby ze mnie kpił złapałem za jego ręce i podniosłem w taki sposób, że pistolet był skierowany ku górze jednak Marcin, dobrze zbudowany był silniejszy ode mnie po chwili przepychanki słychać wystrzał oboje upadliśmy na ziemię nie poczułem żadnego bólu szybko zacząłem obmacywać każdą część swojego ciała w panice szukając dziury od kul Marcin robił to samo Ha! Nic mi nie jest! ale Marcin też jest cały gdzie jest kula? nie potrzebowałem długiego czasu na odpowiedź odwróciłem się i zobaczyłem kanapę powoli zalewającą się krwią a w brzuchu Julki dziurę od kuli to co wtedy poczułem nie może zostać opisane słowami uczucie utraty ukochanej osoby przez własną arogancję i głupotę szybko wziąłem ją na ręce i pobiegłem do samochodu moje oczy były ciągle pełne łez, jechałem jak szalony nie raz mijając czerwone światła wreszcie dojechałem cały brzuch Julki był we krwi a na fotelu powstała jaskrawa kałuża szybko wbiegłem do szpitala wołając histerycznie o pomoc po chwili widziałem jak wieźli Julkę na salę operacyjną
AKT IV
minęła godzina, lekarze skończyli operować pielęgniarka powiedziała mi, że Julka jest w stanie krytycznym i jutro dowiemy się czy będą potrzebne kolejne operacje spojrzałem na nią leżącą w łóżku szpitalnym była spokojna, spała dokładnie ją obejrzałem duże czoło, krótkie nogi, lekko wykrzywiony nosek wszystkie wady jakie wcześniej zauważałem przemieniły się w odchylenia od ideału, kosmetyczne błędy popełnione przy kreacji anioła położyłem się obok głaszcząc jej miodowe włosy dużo myślałem o tym co przeszliśmy razem, o tym, że nigdy nie byłem sam dzięki niej o tym, jak ją potraktowałem i gdzie nas to doprowadziło po kilku minutach obudziła się otwierając duże zmęczone, zielone oczka i patrząc na mnie zadziwiona D - "Cześć" zacząłem śmiać się przez łzy D - "Jak się czujesz?" J - "Bywało lepiej" J - "Przepraszam... To wszystko moja wina!" D - "Nie przepraszaj! To wcale nie twoja wina, tylko i wyłącznie moja i to ja bardzo przepraszam" D - "Kocham cię, mała, na prawdę. Nie wiem dlaczego nie mogłem się do tego przyznać" objęła mnie i pocałowała w policzek D - "Wszystko już będzie dobrze. Pamiętasz co planowaliśmy? Ty będziesz aktorką a..." J - "... a ty prezydentem, tak pamiętam. Zamieszkamy na wsi i będziemy produkować bimber a potem umrzemy w wieku 80 lat jako szczęśliwi staruszkowie" D - "Ale my byliśmy naiwni jak to wszystko wymyślaliśmy!" J - "Wcale nie! Jeszcze nam się uda zobaczysz!" D - "Nie o to chodzi! Dużo lepiej byłoby hodować zioło!" na twarzy Julki pojawił się szeroki uśmiech patrzyliśmy na siebie przez długi czas wtedy pierwszy raz ją pocałowałem przytuliła się do mnie mocno i zasnęła byłem tak szczęśliwy, że chciałem zacząć krzyczeć chyba przez dwadzieścia minut śmiałem się do samego siebie wtedy zasnąłem Julka zmarła tej nocy w wyniku obrażeń wewnętrznych gdy się obudziłem w jej drobnej, zimnej rączce znalazłem pogięte zdjęcie to było nasze pierwsze wspólne zdjęcie po zamieszkaniu razem na odwrocie napisała:
"Wiem, że będziesz teraz załamany ale nie ma o co się martwić wyjdź teraz ze szpitala, pójdź do sklepu, ukradnij najdroższą butelkę szkockiej jaką znajdziesz. Teraz przyjdź do szkoły, przytul się do miękkiej wykładziny i podaj mi mały palec. I bądź szczęśliwy - obiecałeś mi to! "
submitted by Arald98 to JBwA_SekcjaPast [link] [comments]


2018.05.23 22:06 jaqqu7 [Spoiler] Zbiorcze (krótkie) podsumowanie obejrzanych odcinków

Uff, jakimś cudem udało mi się nadrobić (prawie, bo zostało mi jeszcze Hoozuki oraz Golden Kamuy, czy LotGH) zaległości jakie mi wisiały od dobrych kilku tygodni. Co prawda musiałem zrezygnować z formuły podsumowań, żeby to osiągnąć, bo normalnie z tych 20+ minut robiła mi się godzina... no cóż... czasem po prostu nie potrafię pisać zwięźle i wchodzę w zbyt rozbudowane dygresje. Problem w tym, że odkąd zacząłem pracować, robienie ich tak jak podczas studiów i krótkiego okresu siedzenia na bezrobociu po ich skończeniu - nie ma mowy, aby dalej tak to ciągnąć. Trochę szkoda, ale życie. Natomiast nie odpuszczam robienia publicystyki, czy to tutaj, czy obecnie głównie na blogu szogu3... gdzieś z tyłu głowy siedzi mi też plan, żeby to jakoś rozwinąć dalej. Ale póki co szukam sposobu, aby znaleźć sposób na razie, by nie zjadło mnie to nazbyt finansowo.
 

MEGALOBOX

Matulu kochana, to anime jest czystym złotem i im dalej w las jest tylko lepiej. Szczególnie, gdy poznaliśmy nieco przeszłość Nanbu oraz jakie relacje go łączyły z następnym przeciwnikiem Joe. Naprawdę ręce składają się same do oklasków w jaki sposób pociągnęli temat PTSD i powrotu okaleczonych weteranów z wojny. Niedawno pisałem tekst o Violet Evergarden i musiałem do niego odświeżyć sobie pamięć o tych pięciu pierwszych odcinkach, które obejrzałem... i przedstawienie tego w MB porównując do biedy VE, to jak niebo a ziemia. Zresztą sama walka zyskała tylko na tym, że ten bokser miał głębszy związek z bohaterami, dodało mnóstwa wielowymiarowości walce oraz nadało jej bardziej osobistego charakteru. Do tego ta animacja w niej jest absolutnym majstersztykiem, dawno nie widziałem w żadnej serii, żeby każdy cios budził u mnie dreszcz ekscytacji. Nie wiem kto jest odpowiedzialny za choreografię i reżyserię pojedynków - wiem natomiast jedno, odwalił kawał fenomenalnej roboty. Ich ciężar, efekty, prędkość zadawania i lejący się pot wraz z juchą. Coś fantastycznego! A muzycznie... no muzycznie, trzeba powiedzieć, że soundtrack zdecydowanie najwyższa półka. Nie mogę się doczekać, aż będzie można go przesłuchać w całości. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, iż to jeden z najlepszych OST w tej dekadzie.
No i jeszcze ten cliffhanger w ostatnim odcinku. Wszyscy wiemy, że Joe ostatecznie trafi na MEGALONIĘ - jednak póki co sytuacja bohaterów jest dość mizerna.
 

Hisone to Masotan

Właściwie, to jak świetna jest ta seria mógłbym podsumować jednym obrazkiem. Szczególnie teraz, gdy główny motyw przewodni stał się jeszcze bardziej wyraźny wraz z pojawieniem się pozostałych Pań Pilotek, które wcześniej ukazane były tylko w openingu i endingu. Generalnie seria stała się opowieścią o fobiach społecznych, problemach z komunikacją między sobą a otoczeniem oraz kompleksach bohaterek. Z bardziej absurdalnej komedii, połączonej z elementami fantasy i w militarnym sosie, nawet bardziej weszliśmy w rejony SoL - szczególnie tego znanego np. z Kobayashi-san Chi no Maid Dragon (i to nie przez obecność smoków). Anime do napełniania serduszek ciepłym miodem. Chociaż gdzieś tam w tle jest jakaś rządowa tajemnica dotycząca smoków, a do tego zbliża się pewien rytuał, w którym każda z protagonistek ma odegrać rolę wraz ze swą bestią. Bardzo też podobał mi się motyw ze wspomnieniami z WW2.
 

Stein's;Gate 0

Wreszcie jestem na bieżąco z tą serią. Nie tak dawno oglądałem przecież oryginalne anime i bardzo przypadło mi ono do gustu, więc czekałem na ten sequel/spin-off. Ogólnie cały koncept, gdzie Okabe nie dał rady uratować zarówno Kurisu oraz Mayuri - oraz jak śmierć tej pierwszej się na nim odbiła po tych wszystkich liniach czasu jakie z nią przeżył, czy uczuciu narodzonym między obojgiem narodziło. Depresja, stany lękowe, napady paniki i porzucenie swojej fałszywej tożsamości szalonego naukowca - generalnie nie jest mu w życiu wesoło. Co prawda udało mu się uratować wszystkich pozostałych przyjaciół, ale ta jedna strata była zbyt bolesna, a próba ucieczki w zwykłe życie nijak nie zaleczyła ran, czy pozwoliła zapomnieć o sobie. Jeszcze bardziej odczuwalne jest to, gdy pojawia się opcja, gdzie może porozmawiać z AI opartym o wspomnieniach i charakterze Kurisu. Budzi w nim, odrzucane wspomnienia o uczuciach, ale z drugiej strony staje się formą terapii... przynajmniej do czasu. Na horyzoncie pojawia się nowa tajemnicza korporacja z nową grupą przeciwników czyhających na życie bohaterów. SERN nawet staje się tutaj w pewien pośredni sposób sojusznikiem w walce z tym zagrożeniem.
O ile sama fabuła jest świetna, to w innych aspektach jestem nieco rozczarowany. Po pierwsze mam wrażenie, że można by się obyć bez koleżanek Mayuri wprowadzonych tutaj - imho tylko zapychają ekran i powodują, że i tak balans postaci kobiecych do męskich jest jeszcze bardziej zachwiany. Jednym słowem robi się zbyt tłoczno od kobiet na ekranie, oryginalna seria potrafiła lepiej wyważyć elementy będące naleciałością z VN. Druga sprawa, to bardzo przeciętna oprawa wizualna: anime wygląda gorzej niż poprzednie i raczej plasuje się w okolicach maksymalnie nieco powyżej przeciętności. Kiepski framerate i problemy z anatomią postaci są strasznie rozpraszające.
 

Darling in the FranXX

Podsumowując: Kokoro chce penisa Mitsuru into jej wagina. I to mocno, bo marzy jej się gromadka dzieci. Nie podoba się to oczywiście Papie, któremu o problemach z Plantacją 13 informują Dziewiątki. Oprócz tego Hiro wyrosły niebieskie rogi, a Zero Two jest świetna jak zawsze. Ogólnie cały ten eksperyment Dr. FranXX z pozostawieniem ich na miesiąc odciętych od informacji z zewnątrz i sprawdzeniu jak relacje między bohaterami się rozwinął dał bardzo ciekawe efekty. Niektóre dość niespodziewane, bo okazuje się także, że ich opiekunka Nana również miała wyczyszczoną pamięć na temat swojej przeszłości i przeprowadzono na niej procedurę wymuszonego zagłuszenia emocji - jednak obserwowanie głównych bohaterów budzi u niej powoli te wspomnienia. W tle natomiast wchodzimy w ostateczną rozgrywkę między Papą i APE, a klaxiozaurami wraz z pojawieniem się ich "Księżniczki". Pytanie tylko, jaką rolę odegra ekipa z Plantacji 13 w całej ostatniej fazie konfliktu.
Nie wiem jak wam, ale wydaje mi się, że to nie cyber kaiju są prawdziwymi najeźdźcami, a właśnie Papiści.
submitted by jaqqu7 to anime_dyskusje [link] [comments]


2018.05.21 20:15 SoleWanderer BY CZŁOWIEK PRZEŻYŁ - Tygodnik Powszechny o Irenie Sendlerowej

https://www.tygodnikpowszechny.pl/by-czlowiek-przezyl-151422
Jeśli przypadki pomagania Żydom podczas niemieckiej okupacji zamieniamy w zjawisko masowe, a bohaterskie jednostki klonujemy, czyniąc z nich setki tysięcy, nie tylko fałszujemy rzeczywistość – sprzeniewierzamy się pamięci Sprawiedliwych.
To, co tu słyszę, nie bardzo »pasuje« do rzeczywistości tamtych czasów. Albowiem pewne jest, że w okupowanej Warszawie dużo łatwiej było znaleźć miejsce w salonie, gdzie by pod dywanem został ukryty duży czołg, niżby znalazło się miejsce dla jednego małego dziecka żydowskiego. Irena Sendlerowa
Podczas okupacji niemieckiej na ziemiach polskich trwał prawdziwy festiwal. Albo jeszcze lepiej: igrzyska. Oprócz skoków narciarskich i piłki nożnej, ulubioną dyscypliną Polaków stało się wówczas ratowanie Żydów. Sport ten uprawiali masowo, odnosząc gigantyczne sukcesy i to mimo niesprzyjających warunków atmosferycznych oraz kłopotów ze sprzętem.
Że tak się pisać nie godzi? Że nie można robić sobie żartów tam, gdzie chodziło o ludzkie życie – nie tylko o życie ocalałego, ale i ocalającego?
A czym, jeśli nie robieniem sobie żartów była wypowiedź premiera Mateusza Morawieckiego w sejmowym exposé o „setkach tysięcy Polaków, którzy ratowali Żydów w czasie drugiej Apokalipsy”? A czym, jeśli nie robieniem sobie żartów, była konferencja „Pamięć i Nadzieja”, zorganizowana we wzniesionym przez o. Tadeusza Rydzyka sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II, z udziałem ówczesnej pani premier i obecnego premiera, ministrów i marszałków, z listami od prezydenta i prezesa PiS, który zechciał przy okazji wspomnieć o kwestii „wieloletniego hołdowania przez polski establishment pedagogice wstydu i wynikającego z niej prowadzenia polityki – by tak rzec – antyhistorycznej”? Czym, jeśli nie żartem, było zdanie wygłoszone wówczas przez Beatę Szydło, że „Żydzi i Polacy wspólnie mieszkali w Polsce, budowali polskie państwo, współpracowali, byli sąsiadami – żyło się im dobrze; pewnie mieli swoje kłopoty, problemy – jak to zawsze”.
Naprawdę, mieli tylko „swoje kłopoty”?
Wybili, panie Ach tak, oczywiście, to nie żarty, tylko polityka. Powinniśmy się już przyzwyczaić, że w polityce rzadko chodzi o prawdę. Że pamięć o przeszłości bywa w niej użytecznym narzędziem. Że próba przedstawienia Polski jako kraju, który najbardziej ze wszystkich ucierpiał w czasie II wojny światowej, może być zwyczajnie opłacalna: w czasach, gdy Europa przygląda się z niepokojem próbom ograniczania niezależności naszego sądownictwa czy mediów, można wobec niej użyć moralnego szantażu w stylu Mrożkowej „Monizy Clavier” („A przecież chciałem tylko uprzytomnić im w sposób jasny i przystępny, niejako poglądowy, cierpienia mojego narodu – czytamy w opowiadaniu, wierzyć się nie chce, z 1967 r. – To, że najwidoczniej nie doceniali martyrologii, bardzo mnie rozgniewało”). Nie przypadkiem chyba tak często w ostatnich miesiącach politycy PiS szermują wypowiedziami o niemieckich zbrodniach na terenach Polski i podnoszą kwestie reparacji.
Na marginesie można by zauważyć, że Jarosław Kaczyński i jego podwładni nie są bynajmniej pionierami w kwestii upominania się o domniemane krzywdy na polu stosunków polsko-żydowskich. O „żydowskiej niewdzięczności i polskim miłosierdziu”, by użyć frazy Michała Głowińskiego, mówiono wiele w Marcu ’68. Już w inaugurującym kampanię antysemicką przemówieniu z czerwca 1967 r. Gomułka przypominał, że wśród Żydów „uratowali się tylko ci, których Polacy z narażeniem własnego życia przechowywali”. W przedstawianie „prawdziwej historii naszych heroicznych zmagań” włączał się ­ZBOWiD i stojący na jego czele Mieczysław Moczar. Chętnie wydawany w ­PRL-u Władysław Smólski we wstępie do opublikowanej w 1981 r. książki „Za to groziła śmierć” pisał, że liczba miliona ratujących „nie będzie przesadna”. Można by właściwie odetchnąć z ulgą, że premier Morawiecki nie próbował go przebić.
Można by, gdyby nie fakt, że cudowne rozmnażanie Polaków ratujących Żydów w czasie II wojny światowej oznacza obrazę pamięci ludzi naprawdę bohaterskich i słusznie nazywanych Sprawiedliwymi wśród Narodów Świata. Ludzi, których sprawiedliwość i bohaterstwo zrozumie się w pełni nie tylko powtarzając jak mantrę, że za to, czego się podjęli, groziła z rąk niemieckiego okupanta kara śmierci, ale także pokazując kontekst, w jakim przyszło im dokonywać wyboru.
Kontekst bierności, obojętności czy wręcz wrogości otoczenia. Strachu nie tylko przed karą ze strony okupanta, lecz także przed zdradą sąsiada.
Kłopotliwe ikony Jednym z licznych paradoksów tej historii jest ten, że symbole polskiej szlachetności i pomocy dla Żydów kiepsko nadają się na PiS-owskie sztandary.
Zostawmy już na boku Władysława Bartoszewskiego, którego zasługi, jako członka Żegoty i współautora pierwszej książki zbierającej świadectwa o Sprawiedliwych pt. „Ten jest z ojczyzny mojej…”, zostały dawno przesłonięte przez polityczne zaangażowania w ostatnim okresie życia. Nie mówiąc o jego pamiętnym zdaniu z wywiadu dla „Die Welt”, że bardziej niż Niemca w czasie wojny obawiał się polskiego sąsiada, jeśli ten zauważył więcej niż zwykle kupionego chleba.
Czytaj także: Jacek Leociak o "naszych sprawiedliwych": Historia Zagłady to nie czytanka
Nie kto inny, jak Jan Karski – legendarny kurier AK niosący światu wieści o dokonującej się na ziemiach polskich Zagładzie – pisał w raportach z okupowanego kraju, że (cytuję wersję nieocenzurowaną): „»Rozwiązanie kwestii żydowskiej przez Niemców« – muszę to stwierdzić z całym poczuciem odpowiedzialności za to, co mówię – jest poważnym i dosyć niebezpiecznym narzędziem w rękach Niemców do »moralnego pacyfikowania« szerokich warstw społeczeństwa polskiego”, oraz że ta kwestia jest czymś w rodzaju „wąskiej kładki, na której przecież spotykają się z g o d n i e Niemcy i duża część polskiego społeczeństwa”. Albo że stosunek Polaków do Żydów jest „przeważnie bezwzględny, często bezlitosny. Korzystają w dużej części z uprawnień, jakie nowa sytuacja im daje. Wykorzystują wielokroć te uprawnienia – często nadużywają je nawet. Zbliża ich to w pewnym stopniu do Niemców”.
Także Irena Sendlerowa, bohaterka wydanej w 2017 r. biografii Anny Bikont, na ikonę dzisiejszej polityki historycznej nadaje się tak sobie. Przedwojenna, można by powiedzieć, feministka, pracując w poradni prawnej Sekcji Pomocy Matce i Dziecku przy Obywatelskim Komitecie Pomocy Bezrobotnym pomagała – także w kwestiach związanych z edukacją seksualną i zabezpieczenia przed kolejną ciążą – matkom nieślubnych dzieci i prostytutkom. Opinią „komunistki-filosemitki” cieszyła się już na studiach, a odwiedzając próbujące do końca żyć godnie getto, uczestniczyła w zorganizowanych tam konspiracyjnie, w prywatnym mieszkaniu, obchodach rocznicy rewolucji październikowej, gdzie recytowało się Broniewskiego i wykonywało „Etiudę rewolucyjną” Chopina. Po wojnie przez kilka dekad należała do PZPR, pracowała nawet w Wydziale Socjalno-Zawodowym Komitetu Centralnego tej partii; można by zapytać, czy nie podlega aby ustawie dekomunizacyjnej?
Sendlerowa, z Kościołem bynajmniej niezwiązana, dwukrotnie zamężna – w przypadku drugiego małżeństwa, w czasach PRL ukrywała fakt, że jej mąż i ojciec jej dzieci był Żydem, a jedno z nich poczęło się przed rozwodem z pierwszym małżonkiem, który wojnę spędził w oflagu. I nie było to jedyne przemilczenie, nieścisłość czy koloryzowanie opowieści o własnym życiu przez kierowniczkę referatu dziecięcego podziemnej Rady Pomocy Żydom – Anna Bikont tyleż starannie, co z niezwykłą empatią rekonstruuje biografię swojej bohaterki, podważając np. wiarygodność jej przepięknego skądinąd opisu Korczaka prowadzącego dzieci na Umschlagplatz, albo wielokrotnie powtarzaną historię, że po Marcu ’68 córka i syn Sendlerowej nie dostali się na studia ze względu na jej okupacyjne zaangażowanie w pomoc Żydom.
W ukryciu Co w tym ważniejsze (i co nie umniejsza odkryć biograficznych Anny Bikont) – książka o Irenie Sendlerowej, tym polskim symbolu Sprawiedliwych, symbolu pomocy Polskiego Państwa Podziemnego dla ofiar Zagłady, jest w gruncie rzeczy opowieścią o straszliwej samotności. Samotności zarówno samej Sendlerowej, jak grupy dzielnych kobiet i mężczyzn, z którymi ratowała żydowskie dzieci.
Czytaj także: Michał Okoński o "naszej winie, naszej wielkości", 30 lat po publikacji przez "TP" "Biednych Polaków patrzących na getto" Jana Błońskiego
„Muszę stwierdzić, że uzyskiwaliśmy pomoc jedynie pod pretekstem akcji patriotyczno-polskiej – wspominała bohaterka książki Bikont. – Nauczeni doświadczeniem, nie ujawnialiśmy, że dzieci są żydowskie, podawaliśmy jedynie, że są to dzieci polskie po działaczach niepodległościowych”. Przytaczała też słowa jednego ze spotykanych podczas okupacji znajomych: „Sendlerowa, takich jak wy to po wojnie my będziemy wieszać na latarni pod Ratuszem”. Albo otrzymywane już po 1945 r. anonimy, np.: „Ty Żydówico, wynoś się jak najprędzej do Palestyny, bo jak nie wyjedziesz, to ci zabijemy twoje ukochane dzieci”.
„Sendlerowa nie jest symbolem bohaterstwa narodu polskiego, [ona] była w swoim bohaterstwie przeciwko swemu narodowi” – podsumowuje lapidarnie Bikont. Dużo mocniej wyrażają to jej ocalałe rozmówczynie.
„Sendlerowa ratowała mnie z rąk ­innych Polaków. Ona sama była przerażona Polakami” – to słowa Renaty Skotnickiej-Zajdman, skądinąd po wojnie zaangażowanej w dialog polsko-żydowski w Kanadzie. W jej świadectwie o życiu w kryjówce nie zabraknie opowieści na temat gwałtów, których dopuszczali się przychodzący do wsi, jak mówiła, „partyzanci” („Ten mój był kuzynem gospodarzy i zachodził do nich często. Jak pierwszy raz poszedł za mną do stodoły, chciałam krzyczeć, a on: »Cicho siedź, Rebeka«”). Albo o dialogu z pociągu, toczonym bez skrępowania obecnością współpasażerów: „Kupiłam Żyda, a ten skurwysyn nie miał nawet złotego zęba”. „Następnym razem weź Żydowicę młodą, one w piździe mają złoto”.
Pytanie, jakie Skotnicka-Zajdman zadaje Annie Bikont, brzmi: co by było, gdyby zgłosiły się do niej dzieci gwałciciela, że chcą dla ojca medal Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. „Uratował mi życie. Powiedz, co ty myślisz? Że mam mu być wdzięczna?”.
Awers i rewers To jeden z kontekstów toruńskiej konferencji o. Rydzyka i exposé premiera Morawieckiego. Jeden, bo w niemalowanej historii polskiego pomagania jest ich dużo więcej. Choćby ukrywanie Żydów za ­pieniądze: czy ów dość szeroko ­rozpowszechniony „przemysł pomocy”, jak określił go historyk Holokaustu Jan Grabowski, powinien podpadać pod kategorię „ratowania”? Jakiekolwiek byłyby motywy człowieka decydującego się dać ściganym schronienie, rzeczywiście ryzykował on własnym życiem – i jeśli wywiązał się z umowy, ich życie ratował. Zresztą: kogo było stać na karmienie ludzi miesiącami na własny koszt, bez kartek, gdy żywność trzeba było kupować na czarnym rynku?
Inny kontekst: skomplikowanie psychologicznej relacji między ratującym i ratowanym. W roczniku „Zagłada Żydów” z 2008 r. Barbara Engelking opisywała jej powikłanie na przykładzie prowadzonego w ukryciu dziennika Feli Fischbein, ukrywanej przez Katarzynę Dunajewską we wsi Wola Komborska: wielomiesięczne uzależnienie od osoby udzielającej pomocy doprowadziło tam do powstania straszliwego resentymentu. „Zupełnie zdani jesteśmy na nich, tylko co oni zechcą, to z nami zrobią. A boimy się ich, naprawdę mówiąc” – pisała Fischbein. I podsumowała: „Gospodarz chce duszę, gospodyni chce dom nasz, córka starsza nie miesza się, nie chce nas, nie chce naszych pieniędzy, młodsza chce rękawiczki (za to gotowa nas wydać), a syn szalenie lubi nasze pieniądze, a nas nienawidzi serdecznie”.
Oczywiście – zwraca uwagę kilka stron dalej tego samego numeru „Zagłady Żydów” Joanna Tokarska-Bakir i jest to kolejny kontekst opowieści o ratowaniu – „żydowska niewdzięczność” nie jest do końca zmyśleniem. Stanowi raczej rewers polskiej opowieści, przedstawiającej wyłącznie rycerskich i szlachetnych supermenów. „Żydzi, których pamięć wypełniona jest bólem po Zagładzie, w odruchu krzywdy zdają się w ogóle zaprzeczać istnieniu Sprawiedliwych” – zauważa Tokarska-Bakir, ale jej tekst pełen jest również relacji o strachu tych, którzy decydowali się na ukrywanie Żydów; strachu, że dowiedzą się o tym sąsiedzi. Strachu trwającym jeszcze przez lata powojenne.
Powiedzmy i to: nawet rodzina Ulmów z Markowej, której w ostatnich latach nasze państwo – jakże słusznie – oddaje honory, zginęła na skutek donosu polskiego policjanta. Przypomnijmy też, że Irena Sendlerowa była w czasie okupacji aresztowana na podstawie donosu sąsiadki (trzymana na Pawiaku, została w końcu wypuszczona podczas drogi na rozstrzelanie, dzięki łapówce zapłaconej przez podziemie). I że kilka miesięcy później znalazła się na liście proskrypcyjnej sporządzonej przez Referat Żydowsko-Komunistyczny Centrali Służby Wywiadowczej Narodowych Sił Zbrojnych. Pod koniec lat 50. rozważała nawet emigrację do Izraela, prosząc jedną z uratowanych przez siebie osób o sprawdzenie, czy mogłaby się tam urządzić, „ponieważ jej dzieci są Żydami, a ona ma kłopoty od sąsiadów”.
Na szali Ilu było ratujących? Z pewnością nie setki tysięcy – jeśli już, to bardziej na miejscu byłaby fraza „dziesiątki tysięcy”.
Są tacy, którzy próbują to policzyć. Są tacy, którzy zwracają uwagę na fałszywość założenia, że w ratowanie jednej osoby musiało być zaangażowanych kilkanaście osób (bywało odwrotnie – kilkanaście osób ratowało się dzięki jednej; na prowincji – jak szacowała niegdyś Zuzanna Schnepf-Kołacz, współautorka książki „Zarys krajobrazu”, wydanej przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów – na dziesięciu Sprawiedliwych przypadało dwunastu ocalałych). W sumie na terenach polskich Zagładę przeżyło kilkadziesiąt tysięcy Żydów; wielu zginęło mimo udzielanej im pomocy. Czy kilkadziesiąt tysięcy to dużo? Mało? Czy w ogóle godzi się zadawać takie pytania, zwłaszcza w kontekście liczby tych, którzy nie przeżyli?
Czytaj także: Michał Okoński o "pomocnikach śmierci" - Polakach polujących na Żydów w czasie II wojny światowej
Mieszkam od niedawna w Niepołomicach. Na tutejszym cmentarzu żydowskim znajduję tabliczkę: „Kochani rodacy, tu spoczywa pierwszy rabin w Niepołomicach, ok. 58 lat, ś.p. Josef Tetelbaum. B. proszę szanować ten grób – wdzięczny Eliasz Richter, Jesodot, Jisrael, jedyny z rodziny pozostały z Zagłady Hitlera”. Zdanie „b. proszę szanować ten grób” czytam też jako apel o powściągliwość w strzelaniu do siebie statystykami.
Pytania bez odpowiedzi Lepiej opowiadać pojedyncze, ludzkie historie – zwłaszcza tak, jak robi to Anna Bikont. Nie pomijając kwestii najtrudniejszych. „Dlaczego nie kochali mnie tak, żeby chcieć ze mną umrzeć?” – pyta autorkę „My z Jedwabnego” Margarita Turkow o swoich rodziców, którzy w trakcie likwidacji warszawskiego getta zdołali odesłać ją na aryjską stronę właśnie dzięki pomocy Ireny Sendlerowej. Ukrywana przez polską i chrześcijańską rodzinę dziewczynka była bita, poniżana i molestowana. Czy w świecie operującym pojęciami „pedagogika wstydu” i „polityka – by tak rzec – anty­historyczna” można znaleźć odpowiedź na jej pytanie?
Jasne: była wojna. Życie ludzkie staniało. Demoralizacja była gigantyczna. Walka o przetrwanie miała wymiar dosłowny, także materialny. Trzeba też pamiętać, że antysemityzm był w ostatnich latach II Rzeczypospolitej ideologią niemal państwową, antyjudaizm zaś – kościelną. Nas, dziś żyjących, nie sprawdzono. Nie wiemy, jak byśmy się w podobnych okolicznościach zachowali. Marek Edelman zauważał, że aby przetrwać, Żyd musiał mieć pieniądze, „dobry” wygląd i znajomych po aryjskiej stronie. Samo słowo „pomaganie” również brzmi sucho – nie oddaje istoty rzeczy. Szaleńczej odwagi. Uczciwości. Miłości bliźniego. Altruizmu. Poświęcenia.
„Jaka siła sprawiła, że chociaż w tej samej wsi spłonęło gospodarstwo razem ze znalezionymi tam Żydami i ukrywającą ich rodziną chłopską, Pagosowie zdecydowali się dalej przechowywać braci Weitów? – zastanawia się Jacek Leociak w książce „Pomaganie”, opisując historię ze wsi Gruszów pod Dąbrową Tarnowską. – Abram po latach relacjonował: »Stanisław się wtedy załamał, ale nie powiedział, żebyśmy poszli. ‘Moje życie jest związane z waszym życiem’ – rzekł i nic więcej«”.
W płomieniu Tym bardziej trzeba mówić i pisać ostrożnie. Tym bardziej trzeba oddawać sprawiedliwość takim ludziom jak niepiśmienna Marianna Barańska ze wsi Sabinów. „Podczas okupacji przechowywałam u siebie Żyda Łaska Oszera prawie trzy lata – relacjonowała po wojnie. – Przed tym go nie znałam. Zrobiłam to dlatego, by człowiek przeżył. Prócz tego przebywał u mnie Majerholc rok czasu. Pieniędzy u nich nie brałam. Chciałam ludzi ratować, życie jest drogie”.
Innymi słowy: heroizm nie jest normą społeczną i nie wyznacza powszechnie obowiązujących standardów zachowania. Jest, jak przypomina Leociak, „odstępstwem od normy” i przeciwstawieniem się instynktowi samozachowawczemu w imię wartości wyższych niż zachowanie własnego życia. Jeśli zamienimy opowieść o pomaganiu w zjawisko masowe, a bohaterskie jednostki sklonujemy, nie tylko zafałszujemy rzeczywistość: pogrążymy Sprawiedliwych w odmętach banału. „Naturalnym odruchem każdego z nas jest cofnięcie ręki, kiedy znajdzie się w pobliżu płomienia – pisze autor „Pomagania”. – Ci, którzy odważyli się pomagać Żydom, narażając życie swoje i bliskich, potrafili trzymać rękę w płomieniu i nie cofać jej”.
To perspektywa moralisty. Może ją, niestety, uzupełnić obserwacja historyka.
Kiedy w 1942 r. w Delegaturze Rządu na Kraj trwały rozmowy o stworzeniu organizacji pomocy Żydom, reprezentanci Stronnictwa Narodowego byli przeciwni i sprawa się przeciągała. Decyzja o uruchomieniu – niewystarczających, rzecz jasna – pieniędzy (5 proc. całego budżetu opieki społecznej Państwa Podziemnego) i utworzeniu Komitetu Pomocy Społecznej dla Ludności Żydowskiej zapadła dopiero 27 września 1942 r., trzy lata po wybuchu wojny i kilka dni po zakończeniu „Grossaktion Warschau”. „Większość polskich Żydów już wtedy nie żyła – pisze Anna Bikont. – Zginęli rozstrzelani w czasie likwidacji gett albo zagazowani w obozach śmierci”.
Prawdziwy pomnik Tak, Irena Sendlerowa jest bohaterką. Jedną z największych, jakie Polska wydała w XX wieku. Ze wszystkim, co o niej wiemy.
Ze społecznikowsko-lewicowym zaangażowaniem, demonstrowanym przecież nie tylko w czasie niemieckiej okupacji, ale także przed i po wojnie. Z bezgraniczną odwagą i fantastycznym zorganizowaniem zarazem – bo przecież trzeba dodać, że większość uratowanych dzięki niej żydowskich dzieci nie widziała jej na oczy, a ona sama zajmowała się głównie logistyką operacji wyprowadzania ich z getta i organizowania bezpiecznych kryjówek. Z bezlitośnie trzeźwą obserwacją, że swoją popularność w ostatniej dekadzie życia (zmarła w 2008 r., damą Orderu Orła Białego została 5 lat wcześniej) zawdzięczała temu, że „po Jedwabnem potrzebny był bohater” („Jestem narodowym alibi” – pisała w jednym z listów). Ze wspomnianymi już zmyśleniami i koloryzowaniem okupacyjnych historii (z pełnym przekonaniem powtarzała np., że uratowała 2,5 tys. dzieci – Bikont udowadnia, że ta liczba też jest potężnie zawyżona). W końcu: z ceną, jaką zapłaciła w swoim życiu osobistym.
„Irena mówiła, że się rozwodzą, potem się schodzą, potem znów rozwodzą, i tak to trwało” – powie jedna z jej przyjaciółek Annie Bikont. W końcu mąż, ten drugi, wyprowadzi się, a ona wróci do pierwszego, z którym po latach kolejny raz się rozwiedzie (jego syna zaś odda w międzyczasie do domu dziecka). Własne dzieci matki w zasadzie nie widywały. „Swoje uczucia, swój czas oddawała innym, a ze mną i z bratem uprawiała pedagogikę telefoniczną: kontrola zjedzonego posiłku, odrobionych lekcji. Kiedy szłam do pierwszej klasy, ani mama, ani ojciec nie mieli dla mnie czasu, odprowadziła mnie przyjaciółka mamy” – opowiada córka Ireny Sendlerowej autorce jej biografii. Puentując jeszcze mocniej: „Niezwyczajność mojej mamy polega na tym, że wszystkie dzieci miały mamę, a ja mamy nie miałam”. Sama napisze zresztą o tym, robiąc pod koniec życia rachunek sumienia: „Oni nigdy mnie np. dziś nie pocałują, bo mówią: »Teraz chcesz nas całować – a gdzie byłaś?? jak myśmy byli mali i czekaliśmy na Twe pocałunki??«”.
Na okładce książki Anny Bikont, ze zrobionego w 1943 r. zdjęcia Irena Sendlerowa spogląda jednym okiem – drugie jest poza kadrem. Jakby chciała powiedzieć, że patrzymy na historię w sposób ograniczony. Że, choć trzeba próbować, nigdy nie da się jej w pełni zobaczyć, zrozumieć i opowiedzieć.
Naprawdę, lepiej nie zamieniać jej w polityczny oręż.©℗
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2018.04.27 18:41 jaqqu7 [Spoiler] Darling in the FranXX odcinek 15 - podsumowanie

Ech, nawet nie spodziewałem się jaką burzę w fandomie może wywołać odcinek czternasty. Początkowo spodziewałem się jednak wysypu memów, ewentualnie kilku bardziej rozemocjonowanych dyskusji. Tymczasem okazało się, że byliśmy świadkami jednej z większych gównoburz jakie nas ostatnio nawiedziły. Prawdziwy meltdown społeczności. Wszystko byłoby jeszcze do przełknięcia, gdyby nie to, iż mentalne spierdolenie niektórych zaczęła się wylewać poza kłótniami w zamkniętym gronie, np. na Reddicie, czy czanach. Tymczasem ofiarami naprawdę niewybrednych komentarzy, a wręcz życzeń śmierci stali się sami autorzy Darling in the FranXX, a nawet aktorka głosowa wcielająca się w rolę Ichigo. Ok, fajnie, że DitFXX to naprawdę kawał dobrej animacji, a dyskusję wokół niego są żywe i emocjonalne. Jednak gdy w grę wchodzą już pogróżki oraz osobiste wycieczki w stronę ekipy kreatywnej... no coś tutaj jest zdecydowanie nie tak ze społecznością. Kompletne oderwanie od rzeczywistości weebusów zachodnich, czy twardordzeniowych otaku z Kraju Kwitnącej Wiśni, to nowotwór toczący ten kawałek popkultury od dawna, a globalne medium internetu niestety powoduje, że mogą być tylko coraz bardziej głośni w swoich urojeniach. Smutno mi z tego powodu.
 
Depresyjny ton tego wstępu, jak i kondycja fandomu - jest doskonałym odbiciem tego co ostatnio działo się na ekranie. Tam również doszło do wielu emocjonalnych oraz rozdrapywania starych ran, jak i mnóstwa nowych. Ostatnie rewelacje na temat przeszłości Zero Two, czy tego jaką rolę w niej odegrał nasz męski protagonista, doprowadziły do tego, że ich para się rozpadła. Brak samokontroli ze strony różowowłosej był tutaj głównym katalizatorem, a całości zniszczeń jeszcze dopełniła, podsycana zazdrością i obawami, niemal obsesyjna paranoja Ichigo na punkcie zapewnienia Hiro bezpieczeństwa. Ten trójkąt miłosny nie mógł sobie znaleźć gorszego momentu na dramę, gdy przed naszą ekipą z Plantacji 13 oraz kilku innych, wspieranych dodatkowo przez Dziewiątki - stoi spore wyzwanie: przebić się przez hordy kajiu i zabezpieczyć okoliczny teren w celach znanych tylko Cyber Papieżom. Sytuacji nie ułatwia fakt, iż Strelizia bez Hiro traci tak z 23% swojej jakości, bo zastępczy piloci podsunięci Zero Two nie będą w stanie wydobyć nawet ułamka potencjału jaki się w tym robocie kryje. Tak samo - utrata możliwości pilotowania odbija się na stanie mentalnym MC-kuna, który znów popada w marazm i depresję, w jakich tkwił na początku serii. Jest może nawet i gorzej, bo już zasmakował glorii zwycięstwa i bycia integralną częścią zespołu, a tutaj nagle wszystko mu to się nagle wymknęło z rąk. Widać to już zresztą w scenie otwierającej, gdzie siedzi totalnie zobojętniały na odprawie. Całą sytuację podkreśla dodatkowo burza piaskowa szalejąca na zewnątrz - ta nadaje okolicy dość mrocznego i niepokojącego klimatu. I o ile dobrze patrzę na ekranie widać aż sześć Plantacji (poza 13) zgromadzonych wokół czegoś, co nazwane jest Gran Crevasse, co w wolnym tłumaczeniu można by nazwać Wielką Szczeliną. Po tym pokazują nam i bohaterom ją w pełnej krasie - i przypomina olbrzymią, ale zdewastowaną Plantację, która zalana jest przez klaxiozaury. Coś mi podpowiada, że za tym stoją sami Cyber Papieże i rozciągający się przed nami widok hord potworów to skutek ich działań, a teraz starają się powtórzyć coś co próbowali przed laty i liczą na bardziej korzystny obrót spraw.
 
Sam plac boju jest przez nich natomiast bacznie śledzony z ich fortecy. A na nim widać Zero Two pilotującą Strelizię w formię berserka, gdzie prowadzi tuż za sobą (prawdopodobnie) Dziewiątki, a następnie resztę zmechanizowanej armii. Dodatkowo dowiadujemy się, że nie tylko zdobycie GC jest dla nich priorytetem, ale także konstruują coś, co jest nieodzowne do spełniania ich wszystkich planów. Nie dowiadujemy się wciąż jednak - czym one dokładnie są, bo od razu przeskakujemy w sam środek akcji, gdzie Zero Two nie traci czasu na zaawansowane taktyki i współpracę, rzucając się samotnie do boju. Znamienne jest tutaj też to, że nie ma w tym fragmencie żadnej muzyki - tylko dźwięk szczękającego metalu i rwanej blachy oraz zwierzęce odgłosy wydawane przez mecha. Sama sytuacja "przeciętnych" pilotów w standardowych FranXX'ach jest dość marna i nie radzą sobie oni z przeważającym liczebnie wrogiem. Tylko Strelizia oraz Dziewiątki zdają się nie mieć aż takich problemów i wrzynają się w szeregi przeciwnika jak w rozgrzany nóż w masło. Ogólnie roboty, które są pilotowane przez Nines przypominają maszynę Zero Two, ale jednocześnie całkowicie pozbawioną twarzy, poza drobnymi otworami w miejscu, gdzie powinny być oczy. Do włączenia się w wir walki przygotowują się także nasi dzielni bohaterowie z Plantacji 13 - oczywiście oprócz Hiro, który tak jak na początku anime, jest pozostawiony sam w tyle za całą resztą. Jak zbędny odpad.
 
Kiedy nie ma w odcinku openingu, ale gdy zaczyna się akcja w tle zaczyna przygrywać agresywny rock - i już wiesz, że szykuje się gruba akcja. Also - u Dziewiątek role są odwrócone i to kobieca część pilotuje, a męska stanowi połączenie między mechem, a sterowaniem. Sama walka robi wrażenie rozmachem - wygenerowano tutaj na jej potrzeby całe setki kaiju. Tak więc roboty mają jak się wykazać, manewrując między tą wielką masą cybernetycznego życia. W większej skali jednak - mamy mały impas, bo o ile ekipy z poszczególnych Plantacji radzą sobie w utrzymaniu pozycji, to nie mogą się przebić bliżej celu. Bardzo dobrze wypadło to, iż każdy ma się okazję wykazać i ma swój mały badass moment. O tym, że pod względem animacji wszystko tutaj jest zapięte na ostatni guzik i jest jeden wielki sakugafest chyba nawet nie muszę wspominać. Po chwili jednak Goro - jak zwykle uważny, dostrzega coś, czego inni w wirze walki nie zauważyli - otwory, z których wylewają się kaiju wyglądają jakby były zrobione ludzką ręką i mam wrażenie, że nie jest to żadna losowa uwaga bez pokrycia. Nie mamy jednak czasu aby się nad tym póki co pochylić, bo cyber potwory wyciągają na powierzchnię ciężkie działa. Jedna z Plantacji zostaje dosłownie zmieciona, gdy pojawia się coś przypominającego olbrzymi pancernik - z tym, że nie pływający po wodach, ale sunący na gąsienicach po suchym lądzie. Skala destrukcji jest całkiem widowiskowa. Stawka dodatkowo jest podbijana przez to, że ta cyber góra kieruje się w stronę Plantacji 13. Czy mi się wydaje, czy ekipa ze zniszczonego miasta właśnie dostała rozkaz akcji samobójczej w celu zatrzymania potwora z poświęceniem własnego życia? Dokładnie tak: Protokół Allahu Akbar.
 
Natomiast tylko połowicznie udało się powstrzymać konstrukcję - okazuje się bowiem, że oprócz taranowania, w środku była zgromadzona mała armia mniejszych kaiju, które aktualnie wlewają się do serca miasta. Do wnętrza rusza z odsieczą nie tylko Ichigo oraz jej podwładni, ale również Zero Two. Ta już prawie całkiem zatraciła człowieczeństwo, a rogi wypełniły niemal cały kokpit i bardziej przypominają gęste gałęzie drzewa. Nawet Ichigo widząc w ją w tym stanie chyba czuje nieco współczucia. Nie mówiąc już o Hiro, który wygląda jakby całe życie z niego uszło. Zbiera się jednak w sobie na to, aby zacząć od początku jeszcze raz i spróbować naprawić to, co ostatnio się tak bardzo spieprzyło. Najmocniej go do tego motywuje wygląd pokoju Zero Two i znalezione tam popękane lusterko, które nosi znamię bardzo niewprawnych napraw jakie na nim próbowała dokonać właścicielka. Rychło w czas, bo na ulicach sytuacja staje się coraz cięższa, bo kończą się zapasy energii i amunicji przeznaczone na bitwę. Tak też w jednostce testowej wkracza do akcji Hiro - ryzykując praktycznie swoim życiem, byleby tylko nie stracić Zero Two i całej reszty istotnych dla niego osób. Ichigo początkowo jest faktem jego pojawienia się poirytowana, ale Goro the Best of the Best Bro od razu rozumie co ten czuje i wyciąga do niego rękę. Ichigo łączy się więc z Hiro w jej mechu, aby go doprowadzić do Zero Two - i podczas tego zjednoczenia ich umysłów dostrzega, że nie ma z naszą potworzycą najmniejszych szans, bo jest na samym dnie friendzone.
 
Tak też atakuje Strelizię aby znaleźć sposób do tego, by wsadzić do jej wnętrza Hiro - jednocześnie dając upust nagromadzonym wewnątrz niej emocjom. Bitchslap jednego mecha na drugim mechu, lol. Sama scena oczywiście jest niezwykle również efektowna przy okazji. Poza tym dostajemy kolejny mały tease na temat następnego aktu w historii, który nastąpi po obecnych wydarzeniach - wydaje się bowiem, że rdzeniem klaxiozaurów są ludzie, a właściwie "byli", bo obecnie tylko przypominają ich z ogólnego kształtu sylwetki, a ciało jest pokryte jakąś twardą substancją. Zresztą nie tylko to, bo w międzyczasie Cyber Papieże poświęcają całe Plantacje do zrobienia wyłomu w Gran Crevasse, każąc im napierać na cel i wysadzając gdy tylko do niego się zbliżą.
 
Hiro w końcu także dociera do Zero Two i z całych sił chce się przełamać przez jej mentalne bariery i stan szału bojowego. Tam widzimy jej zmagania o to, aby nie zapomnieć o jedynej ludzkiej duszy, która traktowała ją z ciepłem - nawet pomimo starań Dr. FranXX i jego przydupasów, nie udało im się całkowicie wymazać jej wspomnień o Hiro, nawet jeżeli to tylko kilka bardzo chaotycznych fragmentów, trzymała się ich z uporem. Potwierdził się także fakt, że przez spróbowanie krwi chibi-oni bohater nie był w stanie nawiązać stabilnego połączenia z innymi pilotami. Nawet się tutaj troszkę wzruszyłem, gdy w końcu udaje mu się do niej dotrzeć i ta odzyskuje świadomość, konfrontując się ze wszystkim co do tej pory zrobiła nie tak wobec Hiro, a ten jej mówi, że nie ma takiej sytuacji, z której nie dali by rady wyjść jeżeli będą razem. Po czym wchodzi motyw przewodni z openingu i transformacja Strelizi w nową formę, ta nabiera karmazynowej barwy i już wspólnie nasza para rusza aby pozbyć się "małego" problemu, który dewastuje Plantację.
 
No i w ten sposób następuje moment kulminacyjny, gdzie Hiro, Zero Two i podążające za nimi Dziewiątki w końcu przebijają się do kopuły. W ferworze wybuchów, rozbłysków i sakugi zabezpieczają cel - kończąc jednocześnie trwającą cały odcinek batalię. Na koniec jeszcze małe trzęsienie ziemi w postaci wielkiej łapy, która nagle wyłania się z odkrytej po zniszczeniu kopuły bezdennej przepaści.
submitted by jaqqu7 to anime_dyskusje [link] [comments]


2018.03.21 10:27 ben13022 "Panie Mikołaju, obaj wiemy, że ja jestem Polakiem, a pan nie". Mikołaj Grynberg o życiu w dwóch światach: polskim i żydowskim

*Mikołaj Grynberg – ur. w 1966 r., fotograf, pisarz, reporter, z wykształcenia psycholog. Wydał m.in. albumy „Dużo kobiet”, „Auschwitz – co ja tu robię?”, książki eseistyczne „Ocaleni z XX wieku” i „Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne”, zbiór opowiadań „Rejwach” oraz ostatnio „Księgę wyjścia” .
Michał Nogaś: Marzec 1968 roku. Miałeś dwa lata. Niczego nie pamiętasz.
Mikołaj Grynberg: Bez szans. Mam w głowie tylko poszatkowane opowieści o tym, co było później. Pojechaliśmy z rodzicami na wakacje w góry i tam oni – oraz ich przyjaciele – widząc samoloty Układu Warszawskiego lecące do Czechosłowacji, już całkowicie się zapadli. O Marcu dowiadywałem się przez odwrotność.
Co to znaczy?
– Słyszałem: „Nie ma Stefana. Stefan był cudowny. Kiedyś pojechaliśmy na narty i na parkingu w jednym z samochodów siedziało zamknięte dziecko. Czekało na rodziców i płakało. Stefan nie poszedł z nami na narty, został z tym dzieckiem”... Był przyjacielem rodziców, mężem jednej z bohaterek mojej nowej książki. Poznałem w dzieciństwie całą listę ludzi, których zabrakło. Ale to była lista zupełnie inna od tej holocaustowej, przy wymienianiu której mój dziadek miał łzy w oczach: Róża, Józio... Nad tą marcową listą nie wisiała śmierć, to był spis rozstań. Z przyjaciółmi, z ukochanymi. I nagle, gdy zacząłem jeździć po świecie, okazało się, że nie są to jedynie jakieś legendy. Ci ludzie istnieją, miejsca, o których słyszałem, istnieją. Te przedziwne adresy w książce telefonicznej są prawdziwe. Petah Tikwa – wiesz, jak to brzmi dla dziesięciolatka? Jak jakieś śmieszne nazwisko. Aż w końcu pojechałem i oni tam byli. Przekroczyłem drzwi, a oni od pierwszej chwili okazali mi miłość.
Bo jesteś synem przyjaciół.
– Tak. I po pięciu minutach czułem się u nich najbezpieczniej na świecie. Nie szczypali za policzki, stali się bezwarunkowymi przyjaciółmi. Tyle lat na nas czekali... Odkryłem to później, że dzięki nim mój – nie tylko mój zresztą – świat się rozszerzył. Jechałem do Ameryki, a tam byli przyjaciele rodziców. Leciało się taki kawał po to, by tam też być w domu.Udało ci się ustalić, przez odwrotność, ile cioć i wujków straciłeś 50 lat temu?
– U nas w domu nie mówiło się o ciociach i wujkach. Byliśmy z nimi wszystkimi po imieniu. Moi rodzice stracili w Marcu kilkanaście najbliższych, najbardziej istotnych dla nich osób.
To w zasadzie jak zniknięcie świata, który się zna i który daje poczucie bezpieczeństwa...
– Rodzice żyli w dwóch światach: polskim i żydowskim. W Marcu stracili ten żydowski. To nie było pokolenie żydowskie, nie byli wierzący, nie przestrzegali tradycji, żadnych świąt. Nie mieli o tym zbyt dużego pojęcia. Do czerwca 1967 roku, gdy wybuchła wojna sześciodniowa, w ogóle w tym świecie nie istniał temat żydowski, nie rozmawiali o tym. Przyjaźnili się, kochali, pili alkohol, jeździli na wakacje, pracowali. Nie opowiadali o tym, kto i w jaki sposób przeżył wojnę. Zaczynali być dorośli, pojawiały się dzieci. Żyli jak reszta. I nagle to wszystko wróciło.
Kiedy po raz pierwszy zapytałeś rodziców, czym był marzec 1968 roku?
– Nigdy nie zapytałem, czym był. Raczej próbowałem zrozumieć, dlaczego zostaliśmy. I żeby było jasne – ja zawsze byłem zadowolony z decyzji, którą rodzice podjęli. Tym bardziej że mieli plany wyjazdu i długo zastanawiali się dokąd – do Australii czy do Kanady? Wszystko wskazywało na to, że wyemigrujemy do Kanady. Może bym dzisiaj był hokeistą. Te rozmowy z rodzicami były... Wiesz, to jak z dobrym wywiadem musisz zadać otwarte pytanie. Ja wtedy tego nie wiedziałem i gdy pytałem: „Dlaczego nie wyjechaliśmy?”, dowiadywałem się o całym Marcu i o wojnie: „Nie wyjechaliśmy, ponieważ nasi rodzice nie chcieli wyjechać”. A mój ojciec spędził z nimi wojnę, przeszli przez getto, piwnice po aryjskiej stronie Warszawy. Tata zdał sobie sprawę, że nie może ich zostawić. Oni nigdy by go nie zostawili, więc nie było mowy, by się rozstali. Dopiero dzisiaj, gdy dotykają mnie rzeczy rozgrywające się obecnie w Polsce, rozumiem, jakim wysiłkiem musiało być dla nich życie w Polsce po 1968 roku. Jeśli masz za sobą takie doświadczenie, już nigdy nie możesz się czuć bezpiecznie. Już można o tobie mówić złe rzeczy, można podważać twoją historię, historię twoich rodziców. Wszystko się wali, zapada. I skąd brać siłę, by pewnie stać na nogach i się na nich opierać? I jeszcze się czasami w życiu uśmiechnąć? Wtedy, w Marcu, rodzice byli po studiach, tata miał już doktorat. Nigdy o tym nie mówił, ale był bardzo zdolnym fizykiem. Był na dobrym wydziale, otaczali go przyzwoici ludzie. Profesura stanęła za studentami i młodymi pracownikami naukowymi. Gdy trwała nagonka, ojciec siedział w instytucie i prowadził badania. Nigdy nie był wielkim działaczem społecznym, nauka była całym jego życiem. Ale naturalnie widział, co się działo wokół, i przez cały ten czas rozważał, czy wyjechać. Wiedział, że decydując się na pozostanie w Polsce, stawia mnie – bo wówczas brata nie było jeszcze na świecie – w trudnej sytuacji. Że będę narażony na coś, co w innych krajach się nie wydarza, ponieważ państwo dba, by takie rzeczy nie miały miejsca. Mama bardzo nie chciała wyjeżdżać z Polski. Jedynym kierunkiem, który w ogóle mogła brać pod uwagę, była Francja, w której się urodziła. Mówiła po francusku, miała tam wielu znajomych, głównie przedwojennych przyjaciół jej rodziców. Tata uważał, że może dopiero moje dzieci zostaną Francuzami, a my do końca życia będziemy tam emigrantami. W 1970 roku urodził się brat. Ludzie wciąż jeszcze wyjeżdżali, choć to była już gasnąca fala. Rodzice podjęli ostateczną decyzję – rodzina będzie żyła w Polsce.
I jesteś im za to wdzięczny.
– Miałem szczęście urodzić się w Polsce w inteligenckiej rodzinie, chodzić do szkół ze wspaniałymi ludźmi. Do tego lutego myślałem, że miałem szczęście, że jest naprawdę dobrze.
Do lutego 2018 roku?
– Tak. I mówię to, choć przez ostatnie 50 lat miałem przecież dosyć regularne doświadczenia z polskim antysemityzmem. To było obecne, ale nie spędzało snu z powiek, nie nękało dzień w dzień. To był po prostu kawałek mojego życia. To jak z byciem chorym, przyzwyczajasz się do życia z bólem.
Uodporniłeś się? To chcesz powiedzieć?
– Na różnych etapach życia miałem różne strategie przetrwania. Gdy zostałem przeniesiony do innej szkoły, bo w poprzedniej mnie lali...
...z powodu pochodzenia?
– Nie, z powodu nieprzystąpienia do komunii świętej. Musieliśmy się przeprowadzić, więc i szkoła była nowa. Przyszedłem do niej w trzeciej klasie i w zasadzie od pierwszego dnia czekałem, kiedy to się znowu stanie. Od ósmego czy dziewiątego roku życia miałem w tyle głowy świadomość, że coś się może wydarzyć. Bo jestem tym innym. Żyłem, poznawałem nowych kolegów i koleżanki, ale cały czas coś w głowie mówiło mi: „Bądź czujny, uważaj, rozglądaj się”. Gdy ktoś w moim otoczeniu mówił o „żydkach”, odsuwałem się i szedłem w drugą stronę.
Wielu bohaterów „Księgi wyjścia” wspomina, że dla żydowskich dzieci droga do szkoły to zawsze były kamienie, którymi w nich rzucano...
– Później, już w liceum, w czasie stanu wojennego, miałem jeszcze jeden ciekawy epizod. Uczniowie walczyli wtedy o to, by w szkołach były krzyże. I ja walczyłem z nimi. Wracałem do domu, opowiadałem rodzicom, a oni pytali, czy ja aby nie zwariowałem. Przestrzegali, mówili, że nie wiem, co robię. A ja po prostu uważałem, że jeśli to jest dla moich kolegów ważne, to dlaczego mam ich nie wspierać w tej walce?
Oczekiwałeś zapewne wzajemności.
– Na zebraniu samorządu szkolnego powiedziałem, że jeśli dla kogoś ważny jest krzyż, to proszę – niech wisi krzyż. Jeśli dla innych ważny jest Che Guevara, to niech zawiśnie jego zdjęcie. A jeśli dla niektórych ważna jest gwiazda Dawida, to niech także i ona zawiśnie. Dlaczego nie? I na to jeden kolega odpowiedział: „No, z tą gwiazdą Dawida to bym jednak tak nie szarżował”. Wróciłem do domu, opowiedziałem o wszystkim rodzicom, a oni powiedzieli tylko: „O, to i tak gładko się o tym dowiedziałeś”. W żydowskiej Warszawie byłem wtedy pośmiewiskiem. Ludzie mówili: „A wiecie, że ten mały Grynberg walczy o krzyże?”.
A ty uważałeś, że warto...
– Uważałem, i do dziś tkwię w tym przekonaniu, że jeżeli wszyscy jesteśmy równi, nie zabieramy innym wolności, to dlaczego nie? Ale wszyscy musimy być otwarci na to, co odmienne.
Gdy już wiedziałeś, że nie zawsze można liczyć na zrozumienie, jaką przyjąłeś strategię? Na przykład gdy ktoś przy tobie pozwalał sobie na antysemickie wypowiedzi.
– Nie puszczałem mimo uszu, stawałem do walki. Na słowa. Nigdy nie dopuściłem się przemocy fizycznej, ale wiele razy czułem, że jestem bliski dania komuś w mordę. Że doszliśmy do granicy tego, jak bardzo można mnie poniżyć. Bo nie ma już argumentów, wszystkie padły wcześniej.
Czy mogę spytać, co jest tą granicą poniżenia?
– Odbieranie tożsamości. To, że ktoś decyduje za ciebie, kim jesteś i kim masz prawo się czuć. Często wybrzmiewa to w taki fałszywie przyjazny sposób. Na przykład słyszę: „Panie Mikołaju, no przecież obaj wiemy, że ja jestem Polakiem, a pan nie jest”. Odpowiadam wtedy: „Jestem Polakiem”. Na co słyszę: „Panie Mikołaju, ja pana proszę, mieszka pan tutaj, ale przecież obydwaj wiemy...”. To taki protekcjonalny, misiowaty ton, który powoduje, że przepalają mi się bezpieczniki. W sekundę i wszystkie naraz.
Twoi rodzice odprowadzali kogoś na Dworzec Gdański?
– No... wszystkich w zasadzie. Chodzili, płakali. Myślę, że najgorszy był dla nich powrót do domu. Pociąg odjeżdżał, ocierali łzy, kontakt się urywał. Wszyscy byli przekonani, że to na zawsze, że już nigdy się nie zobaczą. Ja za cholerę nie umiem sobie tej sytuacji wyobrazić, co się z nimi działo, jak musieli się czuć, gdy wracali do domu, gdy ich świata znów ubywało. Wiem, że mama płakała, a tata starał się wymyślać różne aktywności, by nie myśleć o tym cały czas. Jeździliśmy na wakacje, środek ciężkości przeniósł się na nowe środowiska, które poznawali i w których starali się odnaleźć. A przecież jeszcze na tych peronach Dworca Gdańskiego byli świadkami poniżania najbliższych przyjaciół. Jeszcze w ostatnich chwilach w Polsce publicznie ich upokarzano: „A nie, tego jednak nie możecie ze sobą zabrać”.
Grzebanie w walizkach na do widzenia.
– Złośliwe prowokacje, wyrzucanie z tych walizek cennych pamiątek, tłuczenie na dworcowym betonie. Wszystko po to, by się na nich rzucili, by ich jeszcze do więzienia przed emigracją wsadzić. Ale ci, którzy wyjeżdżali, wiedzieli, że muszą to znieść. Bo zostaliby z niczym, a nie mieli już ani mieszkań, ani pracy. Stali więc na tych peronach i dawali się poniżać po to, by już za chwilę nikt ich nie poniżał. Taka była ostatnia rata tej ceny.
Twoi rodzice mogli przypuszczać, że ich czekają całe lata poniżania.
– Tata podjął decyzję, że będzie się zajmował już tylko fizyką i rodziną. Niczym więcej. Dlatego gdy później na Uniwersytecie Warszawskim proponowano mu zostanie dyrektorem instytutu lub prorektorem, odmawiał. Ugiął się raz. W latach 80. rada wydziału fizyki chciała, by został dyrektorem. Wróciliśmy wtedy do Polski po rocznym pobycie we Francji. Mówił, że nie może, bo to się zapewne zemści na nim i na wydziale. Ale zgodził się, widział, jak bardzo kolegom zależy. Trzy miesiące po naszym powrocie wprowadzono stan wojenny. Tata nigdy nie chodził do telewizji, gdy go zapraszano. Po 1989 roku również, bo kiedyś mu powiedziano, że podpiszą go: „fizyk”, bez nazwiska. Bo im nie pasowało.
Czyli jednak, na chwilę, wyjechaliście.
– Tata pracował w paryskiej École Normale Supérieure, prowadził badania, później przez lata tam jeździł.
I nie myśleliście, żeby jednak zostać? Czasy były koszmarne.
– Odbyła się taka rozmowa. W sierpniu 1981 roku, gdy szykowaliśmy się do powrotu. Było nawet rodzinne głosowanie. Tata uważał, że powinniśmy zostać. Posadził nas we czwórkę przy stole, brat miał 10 lat, ja 15, rodzicie po 41, żyła jeszcze trójka dziadków. Zapytał: „Zostajemy czy wracamy? Co byście woleli?”. Zmroziło mnie, nie wyobrażałem sobie, że mam nagle zostać we Francji, do której jakoś się przystosowałem, ale nie była moim światem. Od przyjazdu odliczałem dni do powrotu do domu, do przyjaciół. Dostaliśmy chwilę, by to przemyśleć, porozmawiać. Mieliśmy wrócić do rozmowy następnego dnia. I ja w ciągu tej doby dosłownie sterroryzowałem młodszego brata, który był gotów zostać. Wiedziałem, że zanosi się na remis, mama – jak ja – chciała wracać. Ale oni? Remis byłby niedobry. No i wróciliśmy.
„Księga wyjścia” to zapis twoich rozmów z tymi, którzy wyjechali po Marcu. Do Skandynawii, Izraela, Stanów Zjednoczonych. Szukałeś ich wśród przyjaciół rodziców?
– Chciałem wyjść poza znajomą ścieżkę, by te rozmowy i spotkania także dla mnie były ciekawe. I by złapać szerszą perspektywę. Oczywiście, kilkoro bohaterów pochodzi z kręgu ich znajomych, ale zacząłem szukać dalej. Tych, którzy wyjechali z Dzierżoniowa, Legnicy, Wrocławia, Szczecina i Gdańska. Chciałem poznać historie, o których do wtedy nie miałem pojęcia.
O tym, jak po Marcu opustoszała żydowska Polska?
– I jak wyglądała przedtem. Bo niczego o niej nie wiedziałem. Moi rodzice również.
Znali tylko Warszawę.
– A tamte miejsca były kulturowo znacznie bardziej żydowskie.
Które z pytań było najtrudniejsze?
– Dla mnie czy dla nich?
Dla ciebie.
– Nie czułem, by były takie. Trudno to jest odmówić ciastek. Albo poprosić współmałżonka, żeby nie był obecny przy rozmowie. Ale z czasem zrozumiałem, że powinienem mieć listę pytań obowiązkowych, o której w ogóle nie myślałem, gdy wyruszałem w podróż. Nagle zrozumiałem, że ciekawi mnie, kim oni właściwie są. Są Polakami czy nie? Co myślą o sobie? Ciekawe jest dowiedzieć się, czy są Żydami. I czy są Żydami bardziej niż wtedy. Bo część z nich w ogóle tak o sobie przed Marcem nie myślała. To 1968 rok zrobił z nich Żydów. Bardzo mnie też interesowało, co im ’68 zabrał.
Często mówią, że Marzec odebrał im ich kraj.
– Mało tego, niektórzy mówią, że decyzję o kierunku emigracji podejmowali, myśląc o tym, by znaleźć taki kraj, w którym już nigdy nie będą w stanie poczuć się obywatelami. Bo nie daliby rady drugi raz znieść sytuacji, w której ktoś powie im, że nie są u siebie. Anna Frajlich-Zając mówi, że celowo pojechała do USA, a nie do Izraela, bo z Izraelem natychmiast by się związała emocjonalnie. Ale gdy pytam ją zaraz potem, kim dziś jest, odpowiada, że Amerykanką...
A nie Polką pochodzenia żydowskiego mieszkającą w Ameryce?
– Też, ale teraz Ameryka to jej dom. A od kiedy stał się tym domem? Od dnia, w którym poszła na pogrzeb i zobaczyła, że w grobie, do którego składano jej wuja, już ktoś był. Przecież większość z nich w Polsce nie miała rodzinnych grobów, a w – na przykład – amerykańskiej ziemi już leżeli ich przodkowie. Mój ojciec z dziadkiem w latach 70. postawili na cmentarzu żydowskim obelisk – znalazły się na nim wszystkie imiona i nazwiska tych, których stracili, a których udało im się przywołać. Ale tam w środku jest pustka. Jako dziecko chodziłem z nimi na ten cmentarz, to były najdziwniejsze niedziele w życiu. Staliśmy przed obeliskiem, dziadek milkł. Tata go wspierał, ja niczego jeszcze nie rozumiałem. Znowu ta Róża, znowu ten Józio... Patrząc na ich smutek, czekałem na moment, aż wreszcie stamtąd wyjdziemy. U twoich rozmówców uderzają wspomnienia zachowań ich polskich znajomych. Wielu dało się złamać, po „dydaktycznych” rozmowach koleżanki i koledzy żydowskiego pochodzenia nagle przestali dla nich istnieć. – To była główna przyczyna tej emigracji. Na własne oczy zobaczyli, że takie rzeczy są możliwe, że z bliskimi dotąd ludźmi mogło się stać coś takiego. Ktoś ich wezwał na rozmowę, pewnie coś powiedział, zagroził, musieli coś położyć na szali i... poszło. Prowadzili, zdawać by się mogło, normalne życie, studiowali, uczyli się, mieli lepszą lub gorszą pracę, lepszego lub gorszego partnera i nagle ktoś im wyciągnął dywan spod nóg. W sekundę. I gdyby się nawet zdecydowali chodzić na czworakach, to ten dywan i tak zniknie.
Marcin Wicha powiedział mi ostatnio w rozmowie w Radiu Książki, że naprawdę cieszy się z tego, iż jego rodzice nie dożyli.
– Słyszałem. Straszne zdanie. Ja bym wolał, żeby moi rodzice żyli, i myślę, że Wicha również by wolał. Ale go rozumiem. Nie chciałbym, żeby mama i tata zobaczyli, że to się znowu stało. Myślę, że dziś rodzice naprawdę by żałowali, że 50 lat temu jednak nie wyemigrowaliśmy. A żałowanie czegoś u schyłku życia, gdy ma się 70, 80 lat, to jak żywienie się trucizną przez ten czas, który ci jeszcze pozostał. Nie poruszam tego wątku w „Księdze wyjścia”, ale w tych rozmowach często powracał temat naiwności Żydów, którzy jeszcze mieszkają w Polsce. Słyszałem: „Daliście się Polakom nabrać. Oni to robią średnio co dziesięć lat. Zawsze to robili. Teraz przez dwadzieścia parę lat był spokój i straciliście czujność”. Prowadziłem takie rozmowy jesienią i zimą 2016 roku. Przez lata, jeżdżąc po świecie, wdawałem się w dyskusje o tym, że nie można mówić o Polsce jako o antysemickim kraju. Że są ludzie, którzy są antysemitami, ale Polska nie jest antysemickim krajem. Dzisiaj także nie uważam, że Polacy są antysemitami. Ale w dzisiejszej Polsce antysemici dostali głos.
Dlaczego tak się stało?
– Zawsze tak się dzieje, gdy w obozie rządzącym zaczynają się tarcia. Ktoś kładzie na stół „żydowską kartę” – ona prędzej czy później kogoś wysadzi z siodła. Poza tym rosną słupki w sondażach. A potem my wszyscy zbieramy się z tego przez lata.
Słupki się wahają.
– Może dlatego, że się próbują wycofać jakoś z tej ustawy o IPN-ie? Padają sprzeczne komunikaty. To chyba nie jest jakaś bardzo przemyślana strategia. Natomiast nikt mnie nie przekona, że wygłaszanie przez osoby piastujące najważniejsze urzędy tekstów antysemickich, za które zresztą nie ponoszą żadnych konsekwencji, jest zwykłym niedopatrzeniem. To są słowa wypowiadane z premedytacją. One mogą pójść do kolejnych mediów, w których powiedzą, dlaczego w innych mediach powiedziały to i to, a dalej to już samo się toczy.
Ale do czego polskim politykom w 2018 roku potrzebna jest „karta żydowska”?
– To, w skrócie, jak z różnicą między humanistą a behawiorystą. Behawiorysta, gdy chce osiągnąć jakiś efekt lub cel, wymyśla system kar i nagród. Obaj jako ojcowie wiemy, że z dzieckiem łatwiej się dogadać, mówiąc dobre rzeczy, a nie wymyślając kary. Tymczasem nasze państwo zachowuje się jak niedorozwinięty behawiorysta. Wymyśla kary na wszystko. I na zapas. Dlatego zapłacimy cenę za ten nieudany eksperyment. Już widać, co się stało z walką o to, by nie mówić o „polskich obozach”.
Internetowe statystyki pokazują skutek odległy od zamierzonego.
– Bo to tak działa. Jeśli komuś mówisz, że będziesz go karał za mówienie czegoś, to nie zadziała. Tu nie trzeba być wybitnym psychologiem, naprawdę.
Paweł Potoroczyn, były szef Instytutu Adama Mickiewicza, powiedział, że wystarczyło wykupić w „New Yorkerze” reklamę. Na jednej stronie – choć ta by nie wystarczyła, chyba że maczkiem – znalazłyby się wszystkie nazwiska Polaków – Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Na drugiej – cztery nazwiska Amerykanów. Tyle.
– A jeśli mówimy: „Ukarzemy was, jeśli jeszcze raz tak powiecie”, to po pierwsze, jest nieprawda to, bo nie ma mechanizmu, w myśl którego to mogłoby się odbyć. A po drugie, taki system zakazów działa nie tylko na dzieci. Gdy ktoś ci mówi, że będzie karał, zawsze znajdą się tacy, którzy podejmą wyzwanie.
A bohaterowie „Księgi wyjścia”? Co mówią?
– Bardzo wielu marcowych emigrantów, niekoniecznie tych z książki, zdecydowało się przyjechać na obchody. Myślę, że to, co się dzisiaj dzieje w Polsce, dla wielu z nich jest ostatecznym argumentem na to, że 50 lat temu podjęli właściwą decyzję. Są już emerytami, powoli podsumowują życie. Niektórzy z nich myśleli być może, że gdyby zostali, ich dzieciom byłoby łatwiej. A może trudniej? I proszę. Nie ma już o czym myśleć. Czytają polskie gazety, przecierają oczy. Część z nich pewnie zdecydowała się przyjechać, by zobaczyć to osobiście. I wyjechać. Jest w tym rodzaj jakiejś – używając znowu psychologicznego języka – perwersyjnej satysfakcji.
Ale pojawiają się i takie głosy: owszem, działania polskich polityków nie były najszczęśliwsze, ale mówienie o tym, że mamy nowy Marzec, to duża przesada.
– Ja także uważam, że to przesada. Bo to jest Luty. Który zresztą nie wiadomo kiedy się skończy. Ale mówiąc poważnie, jeśli ktoś nie protestuje przeciwko antysemityzmowi, który się wylewa, to znaczy, że albo jest mu to na rękę, albo jest idiotą. Tej drugiej możliwości nie biorę pod uwagę, bo mam nadzieję, że moim krajem nie rządzą ludzie, którzy są idiotami. Dlatego uważam, że to polityczna rozgrywka. I wiem, że to g... wrzucone w wiatrak ochlapie nas wszystkich. Nie tylko nas, Żydów. Nie tylko tych, którzy mówią te parszywe słowa. Wszystkich. Teraz znowu wyjadą ludzie...
Wyjadą?
– Już składają aplikacje. Jest ich zdecydowanie więcej niż przez cały ubiegły rok.
Chcą wyjechać, bo się boją?
– Bo nie chcą czekać na to, co będzie dalej. Bo młodzi, którzy mają dzieci, myślą, że jeśli możliwe jest mówienie takich słów, to możliwe są także inne rzeczy. Bardzo bym chciał, żeby ci młodzi nie podejmowali pochopnych decyzji. Bo jako ten starszy chciałbym móc im powiedzieć, że tu się daje żyć. Ale nie mogę im tego obiecać. Chciałbym, żeby to wszystko zahamowało. Wiele osób mówi, że musi się zdarzyć coś, żeby zatrzymać pewne procesy. Że niby im szybciej przyjdzie kryzys gospodarczy... A ja bym nie chciał żadnego kryzysu, nie chciałbym powrotu inflacji, żeby ludzi nie było stać na płacenie za mieszkania. Jestem pewny, że większość z nas tego nie chce. Funkcjonowania na kuli ziemskiej w jakimś nawiasie. Poza tym wiadomo, że im będzie gorzej, tym bardziej Żydzi będą dostawali po nosie. Wiesz, ostatnio spytałem żonę: „Jak myślisz, skąd bierze się to poczucie wyższości?”. Bardzo szybko odpowiedziała: „Poczucie wyższości zawsze się bierze z poczucia niższości”. Wcześniej wiele rzeczy mówiło się między sobą, po cichu i na marginesie. Dzisiaj można już powiedzieć wszystko wszędzie. I jeśli na tym ma polegać to słynne budowanie wspólnoty, która wstaje z kolan, to znaczy, że dla mnie naprawdę zaczyna brakować tu miejsca.
Ty też zastanawiasz się teraz nad wyjazdem?
– Nie wyjadę z wielu powodów. Po pierwsze, jestem za stary. Już nie zacznę mówić po duńsku albo po hebrajsku tak, bym mógł się porozumieć z kimkolwiek, tak jak teraz z tobą. Powiedziałem, że to po pierwsze, ale w zasadzie to dopiero któryś kolejny powód. Nie wyjadę przede wszystkim dlatego, że to jest mój kraj. Nie ma innego kraju, który jest bardziej mój. Lubię być turystą, ale w Polsce jest moje miejsce. Ono bywa dla mnie okrutne jak teraz, ale zdecydowałem się tak właśnie żyć. Nie mam innej ojczyzny.
źródło: http://wyborcza.pl/7,75517,23123108,slysze-czasem-panie-mikolaju-obaj-wiemy-ze-ja-jestem.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2017.07.07 10:38 ben13022 Wojciech Jagielski: Reporter stał się wrogiem

Zaskoczyły pana zamachy w Paryżu?
Wiemy już, że za zamachami stali muzułmanie z Europy, którzy wcześniej wyjeżdżali do Syrii walczyć po stronie Państwa Islamskiego. Zupełnie jak Szamil i Raszid, bohaterowie pana najnowszej książki "Wszystkie wojny Lary".
Tak robi Lara, która wyrusza do Syrii szukać synów. Pan nie chciał pojechać na tę wojnę?
To znaczy?
Kiedy nastąpiło to pęknięcie?
Pearl był amerykańskim dziennikarzem, który został uprowadzony w Pakistanie w 2002 roku. Kilka tygodni później Al-Kaida umieściła w internecie nagranie z jego ścięcia.
Losy Szamila i Raszida, braci, którzy zaciągnęli się na świętą wojnę, poznajemy przez opowieść ich matki Lary.
Jak pan ją poznał?
Lara mówi, że mieszkańcy doliny Pankisi nigdy nie byli specjalnie religijni. Skąd w takim razie tylu ochotników na wojnę w Syrii z tamtego regionu?
W miejsce człowieka radzieckiego pojawił się homo dżihadicus?
Ale synowie Lary nie radykalizują się na biednym Kaukazie, tylko w bezpiecznej i bogatej Europie. Podobnie zresztą jak sprawcy ostatnich zamachów w Paryżu.
Szamil prosi szefa o awans, a w odpowiedzi słyszy: "Jak jesteś niezadowolony, to wracaj tam, skąd jesteś".
Ale ojciec Szamila chce mu integrację w Europie ułatwić. Pracuje na trzy etaty, żeby synowie niczym nie różnili się od rówieśników.
To co jeszcze jest potrzebne?
Syn Lary odnajduje wspólnotę wśród imigrantów takich jak on. I mówi, że "dopiero odkąd zaczął chodzić do meczetu, wie, kim jest".
Nawet śmierć może być rozwiązaniem. Szamil mówi, że zazdrości tym, którzy giną w zamachach samobójczych.
Szamil też czuje się skrzywdzony; mówi, że Zachód nie lubi muzułmanów.
To psychologia. A polityka?
Szamil ma żal, że Zachód zostawił Syrię samą sobie. Powinniśmy byli zaangażować się w tę wojnę?
Ale to właśnie ta wojna wygnała z domów uchodźców, którzy cały czas napływają do Europy. Jesteśmy za to odpowiedzialni?
Jak walczyć z Państwem Islamskim? Po zamachach w Paryżu Francja zapowiada wzmożenie nalotów.
A uchodźcy? Obawiam się, że historia Raszida i Szamila dostarcza argumentów przeciwnikom ich przyjmowania. Przyjechali, przyjęliśmy ich i proszę - wyjechali walczyć po stronie PI.
To co powinniśmy zrobić?
źródło: http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127290,19319282,wojciech-jagielski-reporter-stal-sie-wrogiem.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2017.03.15 12:32 ben13022 Czy polski pisarz może podbić świat? Tylko jeśli jest bardzo dobry. Zwykła książkowa komercja nie ma szans.

Milena Rachid Chehab: Polska będzie gościem honorowym na Targach Książki w Londynie. Jaka jest ich rola?
Antonia Lloyd-Jones: To, obok frankfurckich, najważniejsza impreza dla branży. W przeciwieństwie do tych w Warszawie czy Krakowie, głównie dla czytelników, tu spotykają się wydawcy i agenci, którzy handlują prawami do książek i przekładów. Ale bilet może kupić każdy. Równolegle odbywa się London Book and Screen Week – a literatura kraju, który jest gościem honorowym, ma wtedy pierwszeństwo w spotkaniach autorskich w mieście, nie tylko w wielkiej hali Olympii.
Trzy dni trwają same targi, ale program gościa honorowego trwa rok – do listopada British Council wspólnie z Instytutem Polskim w Londynie oraz Instytutem Książki przygotowuje cały cykl wydarzeń.
Będą staże dla pisarzy z Polski, a w Polsce dla brytyjskich. W październiku na Festiwalu Conrada w Krakowie gościło sześć osób – wydawcy, księgarze i organizatorzy festiwali literackich z Wysp. Wspólnie z IK stworzyliśmy dla nich program wprowadzający we współczesną literaturę polską.
Wielu wydawców chce mieć w ciągu tego roku tłumaczenie polskiej książki – od razu zgłosiło się do mnie kilku.
Wydawanie książek to biznes, a nie działalność charytatywna, więc trzeba zrozumieć, jak to wszystko działa.
W Wielkiej Brytanii wydaje się sześć razy więcej książek niż w Polsce, w USA – 10 razy więcej. Ale z tego zaledwie 3-5 proc. to są tłumaczenia, głównie z francuskiego, niemieckiego, włoskiego i hiszpańskiego. Z byłych krajów zza żelaznej kurtyny (oprócz Rosji) Polska jest na pierwszym miejscu i zainteresowanie jej literaturą rośnie, ale to cały czas nie są duże liczby, w dobrym roku jakieś 10 pozycji. Sytuacja się polepsza, w dużej mierze dzięki pracy Instytutu Książki w ciągu ostatnich 15 lat.
Książka musi być atrakcyjna dla konkretnego wydawcy na tyle, by w nią zainwestować jeszcze przed jej przeczytaniem. Bo tłumaczenie kosztuje – stawka standardowa w Anglii to 90 funtów za tysiąc słów, w Stanach – gdzie też tłumaczę – jest podobnie.
Nie ma sensu przesyłać książki z dołączonym listem typu: „Całe życie na to czekaliście”. Bo zapewniam, że nie czekali.
Wydawca to człowiek, który na biurku ma takie stosy książek, że nawet gdyby miał trzy życia, nie starczyłoby mu czasu. Dlatego najlepiej przygotować odpowiednie dossier. Wybitny tłumacz z rosyjskiego Michael Glenny, który pomagał mi zainteresować wydawców pierwszą książką, którą tłumaczyłam, czyli „Weiserem Dawidkiem” Pawła Huelle, nauczył mnie, jak napisać raport wydawniczy: streszczenie, ocena, informacje o autorze i fragmenty przekładu. W przygotowaniu próbek tłumaczeń polskiej literatury pomaga skierowany do tłumaczy program Sample Translations, zainicjowany kilka lat temu przez IK – dofinansowuje on tłumaczenie do 20 stron.
W przypadku polskiej kluczowa. Zwykle zajmuje się tym agent, ale akurat w Polsce brakuje agencji literackich. Kilka wydawnictw (m.in. GW Foksal, Znak i Czarne – to ostatnie we współpracy z agencją Polish Rights) ma dział praw, w którym pracują specjaliści. To oni przedstawiają ofertę na targach, przygotowują katalogi dla obcych wydawców. IK również dwa razy do roku, z okazji targów frankfurckich oraz londyńskich, przygotowuje katalog „Nowe książki z Polski”. Prowadzi też kompetentną stronę internetową z recenzjami i fragmentami książek po angielsku.
Ale we własnym kraju tłumacz staje się ważnym orędownikiem książki u wydawców miejscowych.
Gdy znajdę książkę, w której się zakochuję, muszę mieć przekonanie, że ma ona potencjalny rynek. Trzeba badać, kto co wydaje, poznawać preferencje wydawców. Np. Jill Schoolman z Archipelago Books z Nowego Jorku, która wydaje wspaniałą literaturę współczesną z całego świata, a z polskiej m.in. Wiesława Myśliwskiego i Magdalenę Tulli, szczególną uwagę zwraca na poetyckość stylu. Zdaje się przy tym na gust tłumacza Billa Johnstona, bo wie, że znajdzie takie książki, które ją zachwycą.
Czasami dobijanie się do anglojęzycznego wydawcy trwa kilka lat, trzeba próbować po kilkanaście razy. Tak było z „Gottlandem” Mariusza Szczygła. Ta książka ukazała się w kilkunastu językach, ale z angielskim był problem. Wydawcy odpowiadali: dlaczego mamy czytać to, co Polak mówi o Czechach? Jeśli już głos kogoś z zewnątrz, dlaczego nie autora od nas? Dopiero dzięki staraniom Billa Martina, tłumacza, który wtedy pracował w Instytucie Kultury Polskiej w Nowym Jorku, książka trafiła w końcu na redaktorkę, która się na niej poznała. Gdy „Gottland” już wyszedł, miał entuzjastyczne recenzje, m.in. w „New York Timesie”, i został wybrany przez Juliana Barnesa jako jego książka roku w brytyjskim dzienniku „The Guardian”.
Czasem zgłaszają się do mnie polscy autorzy popularnych komercyjnych książek – trudno mi wytłumaczyć im, że nie mają szansy na brytyjskim rynku. A nie mają, bo wydawca od razu pyta, po co płacić za tłumaczenie, skoro u siebie ma w bród takich książek.
Dlaczego sama tak lubię czytać angielskie przekłady obcych autorów? Bo właściwie zawsze są bardzo wysokiej jakości – zdały bardzo trudny egzamin, o którym mówimy: ktoś je wybrał spośród tysięcy innych, ktoś – tłumacz, agent – w nią uwierzył na tyle, że zadał sobie trud promowania ich, a ktoś inny postanowił w nią zainwestować, zamówić przekład i wydać.
Brytyjczycy i Amerykanie, choć statystycznie najczęściej sięgają po literaturę łatwą, często jakoś związaną z tym, co widzieli w telewizji czy w kinie, czytają dużo naprawdę różnych rzeczy. Po obu stronach oceanu wciąż popularny jest Ryszard Kapuściński, dobrze się sprzedają książki Jacka Hugo-Badera, Wojciecha Jagielskiego, Anny Bikont, Magdaleny Tulli, Wiesława Myśliwskiego i Olgi Tokarczuk (w tym roku ukaże się przekład „Biegunów”).
Absolutnie najpopularniejsze teraz są „Mapy” Aleksandry i Daniela Mizielińskich, można tu je znaleźć w dziale dziecięcym w każdej księgarni, zaraz szykuje się nowe wydanie z dodatkowymi mapami – to największy sukces Polski za granicą. Popularny jest Zygmunt Miłoszewski, który miał dobrą promocję – m.in. dzięki obecności Polski jako gościa honorowego w 2016 r. na Book Expo America. Miał świetne spotkanie w Chicago, wraz z trzema pisarkami amerykańskimi. Ale zaczęło się od wydawnictwa brytyjskiego, które publikuje tylko kryminały zagranicznych autorów i miało pomysł, żeby czytelnik, który na lotnisku kupuje przewodnik po kraju, do którego jedzie, miał też do rozważenia kryminał, który się tam rozgrywa – tak, by mógł podróżować po mieście śladami miejsc z książki.
Dali mi stos zgromadzonych podczas targów książek, z których według mnie „Uwikłanie” było sto razy lepsze niż reszta. Ale wszystko trwało dość długo, bo wydawca czekał na przekład niemiecki, chciał przeczytać to w całości. A wtedy już chcieli od razu drugą część przygód Szackiego. Po premierze filmu „Ziarno prawdy” Miłoszewski szybko znalazł agenta w Stanach, a ten sprzedał „Gniew”.
„Pan Tadeusz” w tłumaczeniu Billa Johnstona, „Miedzianka. Historia znikania” Filipa Springera i „Farby wodne” Lidii Ostałowskiej, obie w tłumaczeniu Seana Bye, „Guguły” Wioletty Grzegorzewskiej (u nas znanej jako Wioletta Greg) w tłumaczeniu Elizy Marciniak, „Tańczące niedźwiedzie” Witolda Szabłowskiego, „Dom z witrażem” Żanny Słoniowskiej oraz zbiór wierszy Tadeusza Dąbrowskiego w moim przekładzie, „Niedokończone życie Phoebe Hicks” Agnieszki Taborskiej w tłumaczeniu Ursuly Phillips, „Klementyna lubi kolor czerwony” Katarzyny Boglar w tłumaczeniu Zosi Krasodomskiej-Jones. Wiem, że jest tego więcej, ale nie znam dat premier.
Ja pracuję nad tłumaczeniem „Lali” Jacka Dehnela. Poleciła mi ją Beata Stasińska, wtedy szefowa W.A.B. W ramach Sample Translations IK dofinansował przekład fragmentu w 2007 r., w międzyczasie znalazłam wydawcę dla „Saturna”, ale „Lala” dalej była bezdomna. Dopiero na targach londyńskich przed rokiem, ze względu na status Polski jako gościa honorowego w 2017 r., wydawnictwo Oneworld Publications szukało dobrej polskiej książki. Ewa Wojciechowska z IK poleciła „Lalę”, a ja to poparłam. Przeczytali książkę w tłumaczeniu niemieckim Renate Schmidgall. A w czerwcu szefowa wydawnictwa została zaproszona do Polski na seminarium dla wydawców i IK. Poznała Dehnela osobiście, polubili się. Wydawcy lubią, gdy pisarz mówi po angielsku, łatwiej wtedy zorganizować promocję.
To o tyle duży sukces, że książki z Oneworld Publications ostatnio dwa razy z rzędu wygrały Man Booker Prize, najbardziej prestiżową w świecie anglojęzycznym.
Najpierw ktoś musi dowieść, że te książki mają potencjalnych czytelników i że jest na nie rynek. Jeśli ktoś w nie wierzy, powinien przetłumaczyć po kilkadziesiąt stron i zacząć pukać do drzwi kolejnych wydawców. Drogi na skróty tu nie ma.
Siła programu Copyright Poland, który od lat prowadzi IK, i który dofinansowuje tłumaczenia na języki obce, polega na tym, że o wsparcie aplikują tu sami zagraniczni wydawcy, którzy już kupili prawa do polskiej książki. Nikt nie mówił im, czym mają się zainteresować.
Moim zdaniem nowa reguła, wedle której w tym programie mogą brać udział polscy wydawcy, jest błędem, skoro nie znają specyfiki obcej dystrybucji czy promocji. Polski podatnik może na tym stracić.
Brytyjczycy lubią biografie, ale ludzi, których znają.
Czy Polacy rzuciliby się na biografie o naszych bohaterach albo politykach, takich jak Robert Falcon Scott, marszałek Montgomery czy Roy Jenkins? Myślę, że miałaby szansę tu zaistnieć, powiedzmy, gen. Augusta „Nila” Fieldorfa, może Ryszarda Kuklińskiego albo Jerzego Popiełuszki, bo ich historie są nie tylko ciekawe, ale naprawdę sensacyjne. Ale Brytyjczycy chyba i tak woleliby je poznać w kinie.
Z drugiej strony jest już przełożone np. „Tajne państwo” Jana Karskiego, sama przetłumaczyłam „Kapuściński non-fiction” Artura Domosławskiego, przy czym autor na tyle miał świadomość zagranicznego rynku, że na potrzeby tłumaczeń okroił książkę o jedną piątą, wyrzucając z niej wątki ciekawe tylko dla polskiego czytelnika. Przełożyłam też „W ogrodzie pamięci” Joanny Olczak-Ronikier. To ważna i świetnie napisana książka, która dobrze wyjaśnia stosunki między inteligencją polską i żydowską od czasów przed pierwszą wojną światową do końca drugiej. Ostatnio wydawnictwo New York Review Books wydało na nowo „Pamiętnik z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego w tłumaczeniu Madeline Levine, ja w tej samej serii przełożyłam dla nich „Na nieludzkiej ziemi” Józefa Czapskiego.
Ale choć pewien sukces odniosła książka Witolda Szabłowskiego o Turcji, to myślę, że będzie mi trudno przekonać anglojęzycznych wydawców do jego „Sprawiedliwych zdrajców”. Poza Polską mało kto słyszał cokolwiek o Wołyniu.
W ogóle trudniej jest sprzedawać książki o tragediach. Często widzę ten mechanizm: ludzie czytają rzecz np. o Zagładzie, przyznają, że robi na nich wrażenie, ale przy następnej mówią: „Już znam ten problem, nie chcę już o tym czytać”. To prawda, że dieta czytelnicza musi być urozmaicona.
Zgadzam się. Ale to jest ten przypadek, gdy słyszę: „Mamy już coś na ten temat”. Akurat podobną książkę napisała Szwedka Elisabeth Åsbrink („1947: When Now Begins”) i już ktoś to kupił...
W USA wyszła książka Wojciecha Jagielskiego o Ugandzie „Nocni wędrowcy”. Zaproponowałam ją angielskiemu redaktorowi, o którym wiem, że lubi takie literackie reportaże, ale odparł, że właśnie rok temu wydali książkę o Ugandzie. Jej autor, Matthew Green, zresztą napisał recenzję z Jagielskiego. „To jest najlepsza książka o Ugandzie” – przyznał, choć mówił o konkurencji.
Instytut Książki powinien działać tak jak do tej pory. Dobrze byłoby bardziej inwestować w utalentowanych tłumaczy. Trzeba ich sobie wychować – i to nie tylko dobrych warsztatowo, ale też rozumiejących praktyczną stronę tego biznesu.
Nigdy nie będzie wielu tłumaczy literatury pięknej z polskiego, bo to zajęcie tylko dla urodzonych lingwistów, więc nie ma sensu stawiać na masowość, np. przez naukę polskiego w szkołach brytyjskich. Za to na uniwersytetach – tak, na tym poziomie warto inwestować.
Takich ludzi jak Stanley Bill, który w Cambridge właśnie rozkręca studia polskie, a przy okazji tłumaczy jeszcze Jacka Dukaja i w ogóle jest wielkim orędownikiem Polski, warto wspierać. Bo on nie tylko uczy studentów polskiego. Co roku organizuje dla nich konkurs tłumaczeniowy – należę do jury i jestem pod wrażeniem. Jeśli polskim władzom zależy na przyszłości waszej literatury za granicą, powinny inwestować w szkolenie studentów tam i na innych uniwersytetach zajmujących się studiami polskimi.
Świetne wyniki ma też program dla tłumaczy organizowany przez Writers’ Centre Norwich. W jego ramach IP w Londynie corocznie dofinansowuje opiekę merytoryczną dla zdolnego tłumacza. Młodych tłumaczy wspierałam od lat, ale dzięki takiemu oficjalnemu programowi mam możliwość robienia tego bardziej systemowo: sugeruję, jak wybrnąć z kłopotów translatorskich i mocno im pomagam w sprawach praktycznych: dzielę się kontaktami, uczę przygotować atrakcyjne materiały dla wydawców itd.
Podobny program dla tłumaczy z polskiego istnieje w Stanach, prowadzi go American Literary Translators Association, a dofinansowuje Instytut Kultury Polskiej w Nowym Jorku. Już zaczęła się druga edycja, mentorem tego programu jest Bill Johnston.
Jestem prawie totalnym samoukiem, czasem żartuję, że wpadłam do stawu, a jak mnie wyłowili, ni stąd, ni zowąd mówiłam w tym dziwnym języku.
Na początku lat 80. studiowałam rusycystykę w Oksfordzie, nie było tam osobnego kierunku polonistycznego. Jako studentka pod koniec stanu wojennego przyjechałam także do Polski. Odwiedzałam wtedy we Wrocławiu znajomych, których dwa lata wcześniej poznałam w Berlinie, gdzie pojechali pracować. Ich ojciec pochodził z Kresów, w czasie wojny działał w AK i oni dużo tłumaczyli mi, co się właśnie dzieje w Polsce, co to wszystko znaczy, dlaczego sami trafili na krótko do więzienia za to, że walczyli z milicjantami na ulicy. Ja wtedy nie umiałam po polsku ani słowa, w Polsce było ponuro, ale czułam się szczęściarą, bo właśnie mnie olśniło, że to jest to, czego szukam. Chwilę wcześniej skończyłam studia i wtedy poczułam, że choć oni wszyscy z tej Polski najchętniej by się wynieśli, ja mam tu jakąś misję, że brak wolności słowa jest czymś tak strasznym, że ja też powinnam się jakoś włączyć do walki z komuną, tym bardziej, że mieszkając na Zachodzie, byłam jakoś tam uprzywilejowana.
Po powrocie do Anglii próbowałam zostać na uniwersytecie, żeby zająć się polskim i mnie przyjęto, ale nie dostałam stypendium, więc musiałam znaleźć pracę. Wzięłam kilka lekcji polskiego, ale dalej uczyłam się już sama. Kupiłam wszystkie książki przetłumaczone z polskiego na angielski, jakie tylko mogłam znaleźć i porównywałam z polskim tekstem. Pierwszą książką, jaką przeczytałam po polsku, był „Popiół i diament” Andrzejewskiego. Oczywiście niezbyt dużo rozumiałam z tej swoistej powojennej wojny domowej i tego, kim naprawdę byli komuniści. A po wszystkim nie byłam pewna, czy w Polsce można mówić do kogoś per „wy”, więc podczas następnego pobytu w Polsce mówiłam trochę dziwacznie i, jak się okazało, niepoprawnie politycznie.
W latach 80. dostałam w Londynie pracę u Leopolda Łabędzia, polskiego politologa, który w czasie wojny walczył w armii Andersa, a po wojnie angażował się we wspieranie pisarzy zza żelaznej kurtyny. Był też redaktorem politologicznego pisma „Survey” poświęconego krajom komunistycznym. Pracowałam tam jako asystentka, ale potem dostałam do przetłumaczenia kilka tekstów. Tam poznałam też Jana Chodakowskiego, który w wydawnictwie Puls wydawał polskie książki przemycane z Warszawy. Z nim pojechałam w 1988 r. na festiwal kultury polskiej w Glasgow. Pracowałam już wtedy jako redaktor pisma „Brytania” wydawanego przez rząd, by popularyzować kulturę brytyjską w Polsce. Donald Pirie z uniwersytetu w Glasgow zaprosił wtedy kilku Polaków, m.in. Antoniego Liberę, Bronisława Maja i Pawła Huelle. Z Chodakowskim mieliśmy wtedy pomysł, by wydawać wartościową literaturę z Europy Wschodniej, chcieliśmy zacząć od „Weisera Dawidka”.
Michael Glenny, słynny tłumacz literatury rosyjskiej, pomógł mi przygotować tłumaczenia fragmentów. Bloomsbury Publishing, dziś znane przede wszystkim z odkrycia J.K. Rowling, zaproponowało mi wtedy przetłumaczenie całości, ale się bałam. „Spróbuj, cholera, zacznij być bardziej pewna siebie” – zachęcali koledzy. No i w końcu to zrobiłam.
W przeciwieństwie do większości tłumaczy, którzy zwykle mają etaty na uczelniach, ja jestem wolnym strzelcem. Ponieważ w latach 90. pracowałam w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju, udało mi się kupić mieszkanie i dziś mogę spokojnie pracować jako tłumaczka, zarabiając ćwierć tego, co wtedy. I od prawie 16 lat mogę folgować swojej fascynacji polską literaturą.
źródło: http://wyborcza.pl/7,75517,21476812,czy-polski-pisarz-moze-podbic-swiat-tylko-jesli-jest-bardzo.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2017.01.08 18:44 SoleWanderer Wyborcza.pl - Wywiad ze Stefanem Niesiołowskim

Pani chce, żebym powiedział coś dobrego o Kaczyńskim, a ja chcę zapomnieć, że go znałem - Stefan Niesiołowski mówi w rozmowie z Donatą Subbotko. Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów cyfrowej Wyborczej DONATA SUBBOTKO: Pan profesor poluje? STEFAN NIESIOŁOWSKI: W życiu muchy nie zabiłem.
Na ścianie wisi pana zdjęcie z jakimś trofeum. – Z kaczką. Pozowane, aluzja do Kaczyńskiego. Ale że muchy nie zabiłem, to nieprawda. Zabiłem do badań naukowych.
A prezes powiedział kiedyś, że ma pan świetny życiorys. – Chyba dawno temu?
Potem mówił, że pan się stoczył. – Stacza to się pijak albo przestępca. Dla Kaczyńskiego każdy, kto go nie popiera, jest głupi albo podły.
Niesamowite wystąpienie Stefana Niesiołowskiego [WIDEO]
Może i pan powie o nim coś dobrego? – Nie chcę mówić o nim nic dobrego. Dlaczego?
Przyjaźniliście się. – Jakie to ma znaczenie? On się zmienił. Szkodzi Polsce. Nie powiem, że się stoczył. Po prostu wprowadza w Polsce dyktaturę. Jak Erdogan w Turcji, Łukaszenka na Białorusi, Putin w Rosji.
Moglibyśmy zadać kłam opinii, że pan zieje nienawiścią. – A co mnie obchodzą takie opinie? Pani czytała, co o mnie piszą, jak pokazują? W kaszkiecie NKWD. Albo między Berią, Stalinem, Hitlerem i Tuskiem. Niesiołowski oszalał! Do psychiatryka go! Wampir, morderca, czekista! Zbieram sobie co lepsze wycinki. Całe pudełko mam.
Musi być ogromne. – I oni mają prawo mówić, że zieję nienawiścią? Pani się na to łapie?
Pytam. – Ale tak pani mówi, jakby cień racji w tym był. Proszę przynieść „Gazetę Polską” i porozmawiamy. Pani chce, żebym powiedział coś dobrego o Kaczyńskim, a ja chcę zapomnieć, że go znałem.
Wszyscy, wrogowie Kaczyńskiego
(TELEFON)
– Co? Nie, no, walka jest o Polskę, o wszystko. To rak. Rak, który ma kolejne przerzuty. Co? Nie, nie można się załamywać. Polska przeszła zabory, okupację... Nie przesadzaj, przez jednego kurdupla nie przeżyjemy? No, jest to nieprzyjemne, też się czuję upokorzony... Tę wolność straciliśmy tak łatwo... No trudno, walka trwa, przyjacielu. Musimy iść do parku, poczekamy na wiosnę... Tak, tym razem w gumofilcach.)
To pan profesor jeszcze zbiera owady? – Niedawno motyle hodowałem, dla wnuczki. Zosia ma sześć lat. Kiedy się wykluły, mówi: „Było jajko, gąsienica, z gąsienicy poczwarka, a z poczwarki motyl – i to jest, dziadku, rozwój”.
Bierze pani np. gąsienicę rusałki z liści pokrzywy, trzyma ją w słoiku, po dwóch tygodniach powstaje z tego poczwarka, która pewnego ranka pęka. Najpierw widać czułki, głowę i następuje ten piękny moment, kiedy z poczwarki wychodzi motyl. Siada zmęczony, ze zwiniętymi skrzydłami. Po pół godzinie zaczyna je pompować. Wykonuje rytmiczne ruchy odwłokiem, skrzydła sztywnieją i po dwóch, trzech godzinach motyl jest gotowy do lotu.
Stefan Niesiołowski: Ten świat należy bardziej do owadów, niż do nas
Muchówki poszły w odstawkę? – Nie. Ciągle bardzo mi się podobają, chociaż dla ludzi są wstrętnymi robalami. Zajmowałem się wodnymi owadami. Prace magisterską i doktorską pisałem z meszek, habilitacyjną z muchówek Empididae (wujkowatych), które w Polsce były mało znane. Odkryłem około 20 gatunków, ale jak na grupę niezbadaną, to niedużo. Niektórym nadawałem nazwiska kolegów – w rewanżu. Mój kolega Andrzej Woźnica odkrył w muzeum pod Himalajami nowy gatunek muchówki z rodzaju Suillia , którą nazwał „niesiolowski”. Niemiecki badacz Rüdiger Wagner badał muchówki Psychodidae , po polsku ćmiankowate, i też zrobił mi niespodziankę, nazywając jedną Mormia niesiolowskii .
I jakie one są, te pana imienniczki? – Piękne.
Proszę sobie obejrzeć muchę pod mikroskopem stereoskopowym, powiększoną do wielkości filiżanki, kiedy widać strukturę muchy, pokrywającą ją chitynę, te czułki, włoski, żyłki. A gdy jedną z komórek powiększyć do wielkości tego pokoju, zobaczymy fabrykę, a w niej skomplikowane urządzenia. Tu coś przelatuje, tam się trzęsie, przędzie, nawija, kręci. Przy czym mucha ma takich komórek miliardy. Są tacy, którzy twierdzą, że biologia jest dowodem na to, że Pana Boga nie ma. Dla mnie – wręcz przeciwnie.
Mucha dowodem na istnienie Boga? – Życie w ogóle. Ta nieprawdopodobna komplikacja i celowość, przekazywanie genów. Teoria ewolucji to opisuje, ale nie daje odpowiedzi na pytanie, kto dał początek. Z tego względu trzeba szanować wszystko, co żyje. Nawet muchę.
A mucha ma duszę? – Nie. To znaczy: trudno powiedzieć. Dusza jest atrybutem, przynajmniej za taką uchodzi, boskiego dziedzictwa człowieka. Mucha nie ma boskiego dziedzictwa.
Skąd pan wie? – Nie wiem. Może stąd, że nie ma zachowań muchy, które dałyby się porównać do aktów wyższego rzędu. Chociaż w przyrodzie zdarzają się akty poświęcenia, np. instynktowne u ptaków. A słonie mają rytuał pogrzebowy podobny do naszego. Psy i koty też mają rodzaj więzi... No, ale duszą tego nazwać nie można. Bo co by się z tą duszą działo? Jaki w tym sens?
Musi być? – Wszystko chyba ma sens? Dusza zostaje po człowieku, a co niby te dusze po zwierzętach miałyby robić?
Inna sprawa, że mucha żyje na ziemi od milionów lat niezmieniona, są owady zatopione w bursztynie sprzed 40 mln lat, tymczasem Homo sapiens istnieje ledwie 150 tys. lat. Brytyjski geniusz Stephen Hawking wywróżył, że człowiek będzie żył jeszcze tylko tysiąc lat. A owady będą zawsze, chyba że meteoryt w nas uderzy.
Czyli jesteśmy tutaj gośćmi? Biblia mówi, że człowiek ma panować nad światem przyrody. – Gość też może panować, hitlerowcy przyszli do Polski i przez pięć lat panowali. W tym sensie panujemy, że żadne zwierzę nie jest w stanie nam zagrozić, chociaż jesteśmy bezradni wobec np. szczurów, karaluchów, kleszczy, pasożytów, tasiemców, glist, a także bakterii i wirusów. Są teorie, że na ziemi panują bakterie, ale przecież one nic nie tworzą. I jak wytłumaczyć fakt, że człowiek jako gatunek oddzielił się od pozostałych zwierząt i stworzył filozofię, kulturę, teologię, moralność? Choć pod względem fizycznym jesteśmy prawie nieodróżnialni, mamy 99 procent genów takich jak małpa, to jednak człowiek chodzi do zoo i patrzy na małpy, a nie odwrotnie.
To dowód na naszą przewagę? – Historia ludzkości to historia nie tylko przemocy, ale także pomocy i miłosierdzia. Świat to cudowna całość.
I jeden wielki łańcuch pokarmowy? – Duże fragmenty tego łańcucha nie są złe, miliony zwierząt jedzą rośliny. Nie oceniałbym tego w kategoriach dobra i zła.
Co, mieć do Pana Boga pretensje, że stworzył świat pełen agresji? No, to jest odwieczne pytanie, dlaczego – skoro Bóg jest dobry – jest tyle zła. Nie ma odpowiedzi.
Pytam, bo w polityce od lat pan się deklaruje jako katolik i obrońca wartości chrześcijańskich. – Proszę mnie nie łączyć z tym, co się dzisiaj dzieje z polskim Kościołem, który służy kłamstwu. Księża kłamią, o Smoleńsku na przykład. Udają, że nie dostrzegają ONR, nienawiści, a Duda jest dla nich zesłany przez Boga. Jeżeli kiedykolwiek mówiłem o Bogu, to na pewno nie o Bogu księdza Rydzyka i biskupa Depy.
Polski Kościół to Radio Maryja
No, ale był czas, że Kościół otwarty też panu średnio pasował, jako ten, który prowadzi do dechrystianizacji Polski. – Nie, to Kaczyński mówił kiedyś, że ZChN jest krokiem do dechrystianizacji Polski.
Pisał pan tak na początku lat 90. Różne rzeczy pan wtedy wygadywał. – Jakie? Wątpię, żebym coś kiedyś miał przeciwko Kościołowi otwartemu, to byłoby głupie. Niech pani poda jeszcze jakiś przykład.
Który? O lustracji, aborcji, Unii Demokratycznej, Adamie Michniku, Unii Europejskiej...? – Ja byłem przeciwny Unii Europejskiej? W życiu.
Mówił pan, że zagraża naszej tożsamości narodowej. – Nie było takiej wypowiedzi. Przeciwko Unii – nigdy.
I że katolicy będą prześladowani w Unii bardziej niż za komuny. – No, to może mówiłem, że trzeba uważać, ale nie żeby nie wstępować do Unii. Reprezentowałem w ZChN odłam liberalny. Macierewicz był ze mną w tym nurcie.
Aha. I nie chciał pan całkowitego zakazu aborcji? – Nigdy w życiu. Broniłem kompromisu aborcyjnego, byłem jednym z jego autorów. Jestem w polityce od 50 lat. Zasadnicza treść moich poglądów jest taka, jak była.
A poglądy na temat homoseksualistów – że to zboczeńcy? – Już bym tak nie powiedział, to obelżywe. Tak jak słowo „pederasta”, które w PRL normalnie funkcjonowało. Nawet u Fredry jest w znanym mi z więzienia wierszyku „Że nie udał się niewiastom,/ Dawał d... pederastom”.
Fakty są takie, że był pan narodowym radykałem, a... –...narodowym nie.
...a dzisiaj jest pan liberalnym demokratą, europejskim. – Tak, zawsze byłem.
Co to jest liberalizm w takim razie? – Byłem liberałem gospodarczym, natomiast w innych sprawach...
Tak, niektórzy z nas byli przeciwko Unii Europejskiej. Proszę mi nie przypisywać poglądów tej grupy, która ze mną w ZChN walczyła. Oni byli za całkowitym zakazem aborcji, Marek Jurek do dziś pozostał. Z trudem się mieściłem w tej formule, z trudem. Moje poglądy były i są konserwatywne obyczajowo, liberalne gospodarczo, prozachodnie.
Może mówi pan to, co prezentuje partia, do której pan należy? – Kłamstwo. Od lat prowadzę w Polsce wojnę o demokrację z przeróżnymi ludźmi – czy to KPN, czy to lewica. Konflikt kończę, gdy zagrożenie znika. Z Moczulskim mam świetne stosunki, na pogrzebie Oleksego byłem. PiS-owcy używają lustracji do walki politycznej, sięgają do rodzin, przodków. Obrzydliwe. Pytają, dlaczego nie walczę z komunizmem. Z kim walczyć? Mam nagrobek Oleksego zniszczyć? Dzisiaj lewica nie zagraża demokracji, w tym sensie lustracja jest zamknięta.
Józef Oleksy. Dobry komuch
A przed PiS-em ostrzegałem. Co o mnie mówiono? Że Niesiołowski za ostry. To teraz widzą, czy za ostry.
Że się zmieniam, to nie jest dla mnie zarzut. Mnie się kiedyś wydawało, że Kościół nie może szkodzić Polsce, teraz widzę, że szkodzi. Wydawało mi się, że kwestia demokracji jest rozstrzygnięta, a naród, który przeszedł komunizm, nie wróci do dyktatury – ale wrócił. I to jest dla mnie klęska – że nie potrafiłem obronić demokracji, że Polska stała się dyktaturą, a Kościół jest jej wspornikiem.
I nie jest pan już endekiem? – Nigdy tak o sobie nie mówiłem.
„Ja, stary endek”... – Żartowałem. Za starego się uważam, za endeka nie. Byłem wychowany w tradycji piłsudczykowskiej.
Myślałam, że w nacjonalistycznej. Pierwsze wspomnienie? – Na łące w Olechowie. Urodziłem się na wsi pod Łodzią, w Kałęczewie, w domu rodziny mojej mamy. Byłem tam tylko z rok i nic nie pamiętam. Mój brat Marek odzyskał ten dom i gdy chodzimy tam razem po ogrodzie, to czuję się tak dobrze jak nigdzie na świecie. Później przeprowadziliśmy się do Olechowa, dzisiaj to dzielnica Łodzi, bloki stoją, a ja pamiętam rzekę, łąkę, wiśnie. I krowę. Tata był inżynierem rolnikiem, pracował w Łodzi, ale mieliśmy trochę ziemi i rodzice kupili krowę, kury były.
A przedtem? – Mamy to ustalone do roku 1617, kiedy żył Franciszek Niesiołowski. Jesteśmy herbu Korzbok, trzy ryby. Chyba u Długosza rokowania z Krzyżakami w imieniu Jagiełly prowadził niejaki Piotr Korzbok. Wiadomo, że pochodzimy z Nowogródczyzny. Jest w „Panu Tadeuszu” o Józefie Niesiołowskim, wojewodzie nowogrodzkim: „Co by rzekł wojewoda Niesiołowski stary/ Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary,/ I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim,/ I ma sto wozów sieci w zamku Worończańskim,/ A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze,/ Nikt go na polowanie uprosić nie może”. Widzi pani, ja dokładnie cytuję.
Rodzina ze strony mamy przyszła z Niemiec. Dziadek mojego dziadka Bronka w XVIII w. przyjechał do Łęczycy, gdzie jest pochowany. Schwan się nazywał, łabędź, dlatego zmienił się na Łabędzki. Chyba tkaczem był. Czyli ja Niemiec trochę jestem.
Żeby było zabawniej, Łabędzcy to radykalni polscy nacjonaliści. – Tak. Brat mamy, mój ojciec chrzestny Tadeusz Łabędzki, czyli ten Schwan właściwie, był przed wojną przywódcą Młodzieży Wszechpolskiej. Wujek Tadek oddał życie za Polskę, zamęczony w UB na Koszykowej.
„Żołnierz wyklęty”? – Tak, ale nie lubię tej głupiej nazwy. Niezłomny, jeśli już. Bo kto go wyklął? Zapowietrzony był, trędowaty? Wyklęty to jak przeklęty. Walczył z komunizmem i został zamęczony w śledztwie. Niemiec z pochodzenia, który oddał życie za Polskę. Taka ironia.
Żołnierze wyklęci, żołnierze przeklęci. Czyim bohaterem jest Romuald Rajs "Bury"?
Zwłaszcza że w czasie wojny był przywódcą MW i naczelnym „Wszechpolaka”. – Cała rodzina mamy była endecka. Ale to nie byli tacy durnie jak dzisiejsze ONR.
Zapał do czyszczenia Polski z Żydów mieli chyba większy? – Ale gdy się czyta ich pisma, poziom intelektualny był wyższy, to była partia profesorów.
Czy to nie gorzej? – Nie można sprowadzać endecji do getta ławkowego, rozbijania żydowskich straganów itd. Rzeczywiście, był wśród nich antysemicki motłoch, ale obok była i elita endecka, profesorowie. Wujek Tadek nie był tak radykalny, Młodzież Wszechpolska to nie był ONR Falanga Piaseckiego, który zajmował się burdami i biciem Żydów.
Przeglądał pan przedwojennego „Wszechpolaka”? – Powojennego, walczyli z komunizmem. Przedwojenne numery też niektóre mam...
I co? – No, Jędrzej Giertych tam pisał, dziadek Romana...
Tak, antysemityzm też był. Nie jest to chwalebny rozdział, ale nie da się endecji do tego sprowadzić.
Pan profesor już się denerwuje? – Ale o co chodzi? Nacjonalizm jest wypaczeniem, jeśli wiąże się z pogardą dla innych narodów, a u nas niestety tak się kojarzy – z żulami używającymi hitlerowskich symboli, bijącymi cudzoziemca za to, że ma inną skórę. Nie można ich stawiać u boku wujka Tadka, którego zakatowało UB. Dzisiejsi narodowcy natychmiast by czmychnęli w takiej sytuacji. Oni to mogą sobie pobić jakiegoś Bogu ducha winnego Murzyna na ulicy czy Hindusa, który pizzę roznosi. „A na drzewach zamiast liści będą wisieć syjoniści!” – krzyczą. Nie ma w Polsce syjonistów, czyli Żydów będą wyszukiwać i wieszać, tak? Sam dostaję listy: „Ty żydowska świnio, Aaronie Nusselbaum...”. To hołota, natomiast tamci pięknie zdali lekcję z patriotyzmu.
Oczywiście, próbuję tylko zrozumieć, skąd u pana te skrajne poglądy narodowo-katolickie na początku lat 90., czy to przez ten kult wujka... – Nie było żadnego kultu. Mało się o wujku mówiło, bo mama zaczynała płakać. Do 1956 rodzina myślała, że jest może na Syberii, aż przyszło pismo, że zmarł w śledztwie w 1946. W wolnej Polsce ustaliłem, że zakatowali go Humer i Różański, do procesu Humera doprowadziłem. Ale kultu nie było. Tylko nad łóżkiem mamy wisiały dwa portrety – mojego taty i wujka Tadka.
Jeśli mówić, że mój dom był narodowo-katolicki, to mogę się na to zgodzić, ale nie miało to nic wspólnego z twierdzeniem, że trzeba mordować mniejszości czy narzucać komuś wiarę. Teraz powoli Polska przestaje być katolicka dzięki PiS-owi. W tym sensie można powiedzieć, że walcząc z PiS-em, walczę o katolicką Polskę, chociaż to nie jest główny motyw tej walki.
Pan by wolał, żeby była jednolicie katolicka? – Byłoby dobrze. Wychowałem się w takiej tradycji i byłoby mi przykro, gdybym doczekał Polski, w której kościoły będą pozamieniane na muzea. Ale myśmy się w domu zatrzymywali przed granicą, którą była krzywda drugiego człowieka i łamanie demokracji. A dzisiaj to jest istotą ruchów narodowych, więc one nie mają prawa się powoływać na Kościół, religia chrześcijańska to religia miłości.
Dziadek i wujek Łabędzcy walczyli o wolną Polskę. Tata też – w 1920 z bolszewikami pod Warszawą, a w II wojnie był dowódcą kampanii AK pod Łodzią, pseudonim „Kurzawa”. Po wojnie wzywany na UB, nie robił kariery, bieda w domu była.
Pamiętam opowieści dziadka Bronka o Syberii – o przyrodzie głównie, na politykę byłem za mały. Mówił, że jak wrony siadają na czubkach drzew, to idzie mróz. W 1905, kiedy był nauczycielem, wywieźli go na Syberię za wywołanie strajku szkolnego w Łęczycy. Lubił opowiadać o tej podróży. Tak się interesował światem, że chciał jechać jak najdalej i aż do Czelabińska zajechał. Stamtąd uciekł – z powrotem przez Rosję – do Niemiec i Ameryki, dokąd przyjechała w 1908 r. panna Stefania Jezierska, moja babcia. W styczniu 1919 wsiedli na okręt – babcia w zaawansowanej ciąży – i wrócili do Łęczycy, gdzie 21 stycznia urodziła się moja mama. Potem kupili majątek pod Łodzią w Mrodze. Kiedyś zaszedł do nich mieszkający w okolicy 37-letni pan Janusz Myszkiewicz-Niesiołowski i poznał 20-letnią pannę Halinkę. Pobrali się w 1940. Cztery lata później się urodziłem. Miałem starszą siostrę Ewę i mam młodszego brata Marka. Imię dostałem po bracie dziadka, Stefanie. Barwna postać – wojowniczy, zawadiaka, przebierał się w stroje szlacheckie, jeździł na koniu i się wygłupiał. Rodzice mówili na mnie Stefula.
Był pan pyskaty czy to z wiekiem przyszło? – Najbardziej z naszej trójki. W szkole też mnie wybierali, żebym przemawiał. Potrafiłem się odszczeknąć.
Kiedy zacząłem czytać, zafascynowała mnie książka „Z życia owadów” Jeana Henriego Fabre’a. Zacząłem chodzić do muzeum przyrodniczego, wzięli mnie jako chłopca do segregowania owadów. A w domu hodowałem płoszczyce, topielice, pływaki żółtobrzeżki, larwy ważek, z larw ważki, motyle...
Jakieś inne obowiązki? – Jak każde dziecko: okna umyć na święta, chleb kupić, kapustę. W sklepie ser był tylko biały i żółty, masło niebieskie i czerwone, chleb razowy i pytlowy, bułka z przedziałkiem i kajzerka. Wszystko było proste. Dzisiaj wchodzę do sklepu i jestem bezradny, dostaję szału. Chleb ze śliwką, ze słonecznikiem, z ziarnami, z żurawiną, z makiem, z dynią – po jaką cholerę? Pięćdziesiąt serów – który wybrać? Bym się może zastanowił, czy walczyć z komunizmem, gdybym wiedział, że to mnie doprowadzi do takich dramatów. Te gigantyczne sklepy! Chodzę po tych przestrzeniach i nie umiem niczego znaleźć. Zawsze kupuję źle – patrzę na innych i mam wrażenie, że kupili lepiej, ja nieudolnie, więc wyrzucam, co mam w koszyku, i wrzucam znowu, wzorując się na innych. Przede mną tymi kartami płacą, to się wszystko zacina. Boże, kto to wynalazł?
Pan nie płaci kartą? – Nigdy, nienawidzę tego. A te rachunki jakie są idiotyczne! Jakieś przelewy wymyślili. Gdy przychodził listonosz, źle było? Odliczał, naślinił, a gdy tak odliczał coraz wolniej i wolniej, ja w pewnym momencie mówiłem: „Już dziękuję”. On brał resztę, ściskał mi rękę i podawał ołówek kopiowy, żebym się podpisał. A teraz jakieś absurdalne konto. Komu to potrzebne? Komu tamto przeszkadzało? Że obalałem PRL, to oczywiście dobrze, ale niektóre skutki uboczne zwycięstwa boleśnie odczuwam.
Czyli coś pana łączy z dawnym kolegą Jarkiem. To może teraz jakieś wspomnienie? – Przyjaźniliśmy się, i to z dziesięć lat. Ale jakie to ma znaczenie? Nie warto nim się zajmować, z nim trzeba walczyć.
Myślałam, że jednak obalimy pana opinię pieniacza. – Jeśli ktoś ma o mnie taką opinię, to jego sprawa, ja się nie awanturuję.
Nigdy nie puszczają panu nerwy? – Nigdzie, nigdy. Nie przypominam sobie niczego, co by można nazwać pieniactwem. Ordynarnych słów też nie używam.
Czyli pan ma siebie za człowieka łagodnego? – Raczej tak, chociaż potrafię się zdenerwować i odpowiedzieć. To łagodność przeplatana ostrymi sformułowaniami. Że porównuję ludzi do zwierząt? O nas się mówi: „mordercy, komuniści i złodzieje”. Czym jest przy tym porównanie kogoś do nutrii albo piżmoszczura?
Człowiek ma wspólnych przodków z małpą, widać w nas zwierzęce cechy. W Sejmie też jeden mi przypomina bociana, drugi wieprza, inny jest niedźwiedziowaty, pewna posłanka ma rybią twarz, a taki dość znaczący poseł to szczurolis albo lisoszczur, trwają w tej sprawie spory.
A coś miłego? Tu możemy po nazwisku. – Coś z zaleszczotka świerzbowca ma poseł Tarczyński – ten, co powiedział do Wałęsy: „Zapraszam cię na solo, bydlaku”.
Gdy ktoś na takim poziomie się wymądrza, mówi o patriotyzmie, to uważam, że po to jestem, po to siedziałem w więzieniu, przeczytałem tyle książek, żeby replikować. Chyba więzienie dało mi odwagę, że nie boję się powiedzieć czegoś, co powoduje ryk i protesty ludzi, którzy nie zasługują na to, żeby ich protesty uwzględniać.
Jeszcze raz: coś miłego? – To niech będzie Gasiuk-Pihowicz – ma coś z sikorki.
Nie oddam sejmu bez walki. Rozmowa z Kamilą Gasiuk-Pihowicz
A pan z kogo coś ma? – Jako nietoperz byłem w tej szopce „Polskie zoo”, ale czy ja mam cechy nietoperza?
Może pan profesor spija krew po nocach? – Nawet kaszanki nie tykam. Mięso mi nie smakuje, wolę warzywa i owoce. Jeżyny, wiśnie czarne, zupy, lane kluski i kogiel-mogiel, taki jak mama robiła. Ale mam w swojej kolekcji – tej w pudełku – wycinek z gazety: na ulicy leży jakiś człowiek przejechany, a ja piję jego krew. To jest dopiero nienawiść. PiS używa najgorszych określeń: „gestapo, gorszy sort, zdrajcy”, a gdy ja porównałem Dudę do Maliniaka, rozpętało się piekło. Wielu dziennikarzy przyjmuje narrację PiS. Powiedziałem, że jeśli jeszcze raz porównają nas do komunistów, to będę ich porównywał do nazistów. Mówią, że trzecie pokolenie AK walczy z trzecim pokoleniem UB – czyli ja jestem trzecim pokoleniem UB?
To nie spotyka się z żadnym odzewem, jakby media do tego się przyzwyczaiły. PiS rządzi m.in. przez dziennikarzy. Znaczna część ludzi przyzwoitych okazała się bezradna wobec tej propagandy.
Andrzej Duda, człowiek z mgły
Albo wolą inny styl dyskusji. – I dlatego my możemy być targowica czy gestapo? Mam pretensję do dziennikarzy – o bezradność, płyciznę, brak diagnozy. Dlaczego nie opierają się bredniom o żołnierzach tzw. wyklętych? Dlaczego nie mówią, że Komorowski pierwszy przywrócił pamięć tych ludzi? Jak można przyjmować tezę, że to Lech Kaczyński przypomniał o powstaniu warszawskim? Sam obchodziłem rocznicę powstania w 89 roku, wszystkie kolejne rządy obchodziły. A 11 listopada świętowałem już w komunie. Napis: „Katyń” namalowałem na pomniku przyjaźni polsko-radzieckiej w 1964 czy 1965... A dla „wSieci” i „Gazety Polskiej” to ja jestem właściwie synonim komunizmu.
Kiedy prokurator Piotrowicz krzyczał: „Precz z komuną!”, to pewnie też do pana? – Gdy jeździłem pociągiem do Poronina, planując wysadzenie pomnika Lenina, to ani jego, ani nikogo z PiS nie było na peronie. Kaczyńskiego tam nie widziałem. Przepraszam, może w drugim wagonie jechał. Z Ziobrą, Sakiewiczem, Karnowskim i Gmyzem. Jak słyszę Ziemkiewicza, bohatera antykomunizmu, to mi się niedobrze robi. Gdzie był wtedy? Miał okazję zrobić coś w tamtych czasach, wykazać odwagę, każda tego typu akcja była szalenie niebezpieczna. Nie widziałem też Dudy. To nic, że oni byli za młodzi, ważne, że ich tam nie było. Pokazuję ten absurd. Jak malowałem na pomniku napis „Katyń”, nie było Terleckiego, który by powiedział: „Popilnuję, Kostuś, żeby cię nikt nie złapał, będę ci puszkę z farbą trzymał. A potem przyniosę rozpuszczalnik, bo żeś się ochlapał trochę”.
„Kostuś” mówią do pana tylko ci, którzy znali pana z podziemia. – Kuroń tak mówił, Geremek... Coraz mniej takich. Najbardziej lubię, jak słyszę od Michnika: „Dobrze im powiedziałeś, Ko-ko-kostku”. To mój pseudonim z Ruchu, Andrzej Czuma do dzisiaj tak mówi.
W Ruchu mieliście utopijny wówczas program pełnej niepodległości Polski i spektakularne akcje. Zrzucenie z Rysów tablicy ku czci Lenina to pana pomysł?
– Plany wysadzenia pomnika i podpalenia muzeum Lenina też były moje. Wolałem działać, niż mleć ozorem. Tablica to był łatwy cel. Chociaż teraz co chwila ktoś spada z Rysów. A ja wtedy szedłem w nocy, z latarką.
Dzień po wejściu wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji. – Musiałem tam wejść, kiedy nikogo nie było, czyli w deszczowy dzień. I późno, a schodzić w nocy, co jest niebezpieczne. Poszedłem z kolegą, tablica była wielkości drzwi, ciężka, odkuliśmy ją od góry, potem się huśtała, huśtała i spadła. Po dłuższej chwili rąbnęła o skały, pewnie do dziś gdzieś leży. Chcieliśmy niszczyć symbole, nie strzelać.
Ale były jakieś małe napady, kradzieże. Skąd ta brawura? – Nie wiem. Teraz bym chyba umarł na serce, gdybym miał iść podpalić muzeum albo kraść. Wtedy brałem od portiera klucz i wynosiłem maszynę do pisania. Myśmy nie używali słowa „kradzież”, tylko „ekspropriacje” – PPS i Piłsudski tak mówili o swoich napadach. Uważaliśmy, że mamy prawo zabierać mienie państwowe. Wydawaliśmy ulotki, pisma i rozwoziliśmy po kraju, chociaż społeczeństwo było raczej bierne, zastraszone, popierało komunistów. A jeśli nie popierało, to nie widziało szansy na zmianę sytuacji. Ja też nie, to wszystko było desperackie.
Rodzice jak reagowali? – Nic nie wiedzieli, tylko że w góry z bratem jeździmy. Dowiedzieli się dopiero, jak esbecy przyszli po nas do domu rano 20 czerwca 1970, czyli dzień przed akcją wysadzenia pomnika i podpalenia muzeum. Potem zobaczyłem rodziców po półtora roku, na procesie. A kiedy przyjeżdżali do Barczewa na widzenia, uspokajałem: wrócę do pracy, nie przejmujcie się. I wróciłem, głównie dzięki mojemu przyjacielowi, dzisiaj profesorowi, Krzysztofowi Jażdżewskiemu.
Kiedy rozmawiałem z ludźmi, którzy wiedzieli, że walczę z komunizmem, mówili: nigdy nie wygrasz, nic się nie da zrobić, Rosja ma armię... Gdy trafiłem do więzienia, uznałem, że mieli rację. Dopiero gdy wyszedłem jesienią 1974 i spotkałem Kuronia, Michnika, Lityńskiego, którzy się organizowali, pomyślałem sobie: Boże, ile byśmy dali, żeby znać takich ludzi, gdy byliśmy w Ruchu. Myśmy wyszli z więzienia do innej Polski. Kiedy nas zamykali, blisko nas nie było nikogo, kto by myślał o walce. To był rodzaj dziwactwa, jakby ktoś walczył z powszechnym ciążeniem. A tu nagle poznałem środowisko wprawdzie różniące się od nas, ale wolnościowe.
Chyba zbyt liberalni byli jak dla pana? – Był potem spór między nami – ROPCiO a KOR-em – o to, że oni nie stawiali na ostro postulatu niepodległości, tylko chcieli stopniowo walczyć o coraz więcej wolności i demokracji. Ale do Kuronia miałem sentyment, prawy człowiek, fascynujący intelektualnie. Miał rację, żeby nie palić komitetów, bo ja jednak chciałem, ale emocjonalny był może nawet bardziej ode mnie. Na moim ślubie był. Mam z tego film, ale nie mogę oglądać, za dużo na nim ludzi, którzy już nie żyją: mama, siostra, tata, rodzina żony, Jacek Kuroń, mecenas Szczuka, z połowa ludzi.
Przyjaciele z KOR-u. Dlaczego teraz się nie lubią? Rozmowa z Ludwiką i Henrykiem Wujcami
Kiedy poznałem Jacka i innych, poczułem, że warto było siedzieć. Zresztą tych młodszych to już widziałem na naszym procesie: Karpińskiego, Michnika...
O więzieniach mało mówię, ten rozdział zamknąłem. Skazali mnie na siedem lat, tak jak Andrzeja Czumę, wyszliśmy po czterech. Początkowo liczyłem się z tym, że może być i wyrok śmierci, takie były czasy. Pierwsze dni po aresztowaniu człowiek jest przestraszony, myśli w kategoriach samobójczych...
Myślałem: Boże kochany, zginę w tym więzieniu. Z wycieńczenia, chorób. Ale po kilku miesiącach już się uspokoiłem. Tylko co robić z czasem? Nad jeziorem kwiaty się zmieniają, w kwietniu drzewa w sadzie są białe, czerwiec to już przekwitają, w lipcu gorąco, jesień... A tu nic się nie zmienia, życia nie ma.
Ale muchy chyba były? – A co one mają robić w więzieniu? Były tylko pluskwy, wszy, karaluchy, a muchówki żadne nie przylatywały – do czego? Szczura pamiętam, jak się pluskał w kiblu, gdy mnie wsadzili do karnej celi dyscyplinarnej.
Z więzienia zostało mi wiele zabawnych opowieści. Pewien więzień twierdził, że był pod Grunwaldem. „A jak to było z tym wielkim mistrzem krzyżackim? – pytam. – Bo na obrazie Matejki to takie zagmatwane: Litwin zamachnął się toporem, Polak mieczem, Kozak dzidą, ale kto naprawdę zabił von Jungingena?”. A on tak się podniósł, spuścił nogę, bo na łóżku leżał, i mówi: „Kostuś, ja w taborach byłem”. Geniusz.
No to jeszcze. – Takie historie to do rana mogę... Prosili mnie, żeby im rysować drapieżne zwierzęta: skorpiona, lwa czy orła, tylko takie tatuowali. Rysowałem na kartce, brał to tzw. dziardziacha, przerysowywał na chusteczkę i przez chusteczkę nakłuwał skórę. Śmieszność polegała na tym, że miałem uznanie jako rozstrzygacz sporów intelektualnych: kiedy skończyła się pierwsza wojna, kiedy druga, a po co jest Jowisz, tego typu. Raz hanysowi ze Śląska tatuowali na łopatce smoka. Wszedł stary recydywista i mówi: „Hanys, nie takie są smoki”. Zrobiła się poruta. Bo co dalej, jak chłop ma już pół łopatki wytatuowane? „Kostuś, jak to jest ze smokami?”. I co im powiedzieć – że w ogóle smoków nie ma? Nie mogę. Co drugi więzień ma smoka, no to jak nie ma? W końcu mówię: „Dzisiaj takich nie ma, ale kiedyś były”. To ich uspokoiło.
Raz mnie posadzili z psychopatą. 25 lat za morderstwo miał. Palił w nocy słomę w sienniku i krzyczał: „Walcz, Zeusie!”. Mogliśmy spłonąć, zanimby przyszli strażnicy. Bałem się zasypiać. Wystawiłem na korytarz miski i rozpocząłem głodówkę. W końcu go zabrali.
Miał pan jakąś literaturę patriotyczną podnoszącą na duchu, coś tego typu? – Coś Wyspiańskiego miałem, Norwida – o tym, że „Jeśli mi Polska ma być anarchiczną,/ Lub socjalizmu rozwinąć pytanie,/ To już ja wolę tę panslawistyczną,/ Co pod Moskalem na wieki zostanie!”. I teksty piosenek, najbardziej Agnieszkę Osiecką lubiłem. Poznałem ją już po wyjściu – kiedy siedziałem, podpisała apel do władz w obronie Ruchu i pojechałem jej podziękować.
Pisała dokładnie tak, jakbyśmy bywali w tych samych miejscach. „Zielono od marzeń – my,/ na kładce i w barze – my./ Do pary, nie w parze,/ bezsenni żeglarze, na całych jeziorach – my”. Pamiętam te kładki, te bary, gdzie były trzy dania na krzyż, ale na Mazurach wszystko smakowało, gdy się miało 20 lat.
Albo piosenka o dziewczynie w niebieskim szaliku: „Lecz myślę czasami o tamtej dziewczynie,/ Jak piła gorące mleko./ I nieraz chciałbym aby tu była/ Może to miałoby sens./ Jak ona śmiesznie to mleko piła/ Gapiąc się na mnie spod rzęs...”. A zaczynało się: „Są małe stacje wielkich kolei,/ Nieznane jak obce imiona,/ Małe stacje wielkich kolei,/ Jakiś napis i lampa zielona”. Mnie to było bliskie, te małe stacje to mój świat, w podziemiu ciągle jeździłem z „Biuletynami”. Ile ja przesiadywałem na dworcach, pijąc cienką herbatę, bo nie miałem pieniędzy, żeby się najeść?
Pan to zna na pamięć? – Osiecką chyba całą. Ona opisała wszystkie moje emocje. Za pomocą paru zdań potrafiła też nakreślić całą Polskę Ludową.
Siedziałem trochę ze szpiegiem, Cichy się nazywał, i on mi tłumaczył zagraniczne piosenki, które puszczali nam przez tzw. betoniarę, głośnik. Podobał mi się zwłaszcza hit „Mamy Blue” po francusku, ale to nie to co Osiecka.
Można pomyśleć, że w tym Barczewie całkiem wesoło było, a to nieprawda. – Wzrok mi się tam pogorszył, dzięki czemu później swoją żonę okulistkę poznałem. Zębów trochę straciłem, ale całe życie chorowałem na zęby, w więzieniu to szczególnie gorzkie doświadczenie. Na samą myśl mam dreszcze. Dentysta to najpotężniejszy mój lęk. Kiedyś wystarczył jeden ruch dentysty, a już wiedziałem, co będzie robił. Dla mnie najcudowniejsze słowa na świecie to: „Matka Ojczyzna” i „fleczer, proszę”. Gdy dentysta prosił o fleczer, wiedziałem, że kończy. Chętnie dłużej porozmawiam o zębach, mam dużą wiedzę na ten temat.
Spotkał pan kiedyś tego, który was wydał? – Tak. Z dziesięć lat temu. Na jakimś spotkaniu w Gdańsku podszedł i się przedstawił.
Jak gdyby nigdy nic? – Nie wiedział, że ja wiem.
I co, rzucił się pan na niego? – Nieee, starszy ode mnie człowiek, normalnie rozmawiał. Dawał do zrozumienia, że niby razem żeśmy walczyli. Wszystkiego mogłem się spodziewać w życiu, ale nie tego, że ten człowiek do mnie podejdzie. A skoro podszedł, mógłby przeprosić. A on, że coś nas łączy, pan nie wie co. Wiedziałem. Poszedłem do organizatora z pytaniem, po co go ściągnął. Dyskretnie. Wyprosił go i więcej nigdy człowieka nie widziałem. Nazwiska nie wymieniam.
Wybaczył pan? – Tak, a co tam. Doniósł na całą naszą organizację, dobrowolnie, za pieniądze – i pojechał za to nad Morze Czarne. Ale nie potrafię długo chować złości. Nie prowadzę żadnych wściekłych wojen. Chrystus wybaczył łotrowi na krzyżu. Nieudolnie próbuję się na tym wzorować. Tak rozumiem chrześcijaństwo.
Polska jest wolna. Po co mam walczyć dzisiaj z komunistami, skoro przestali być groźni? Poza tym nie dlatego z nimi walczyłem, że byli komunistami, tylko dlatego, że szkodzili Polsce. Okrągły Stół to załatwił – oddali władzę pokojowo. Był czas po 1989, że znów z nimi wojowałem, dlatego że próbowali monopolizować władzę, ale i to się skończyło. Kiedy Kaczyński odejdzie lub przegra, też mogę z nim wymieniać poglądy. Natomiast dopóki niszczy Polskę, to jako polski patriota przeszkadzam niszczyć mój kraj.
Twierdzenie, że jestem pełen nienawiści, jest kłamstwem. Gdybym był chodzącą nienawiścią, ludzie by mnie nie wybierali.
Kiedy Kaczyński powiedział o pana postawie w śledztwie – że 13-letnie dziewczynki na gestapo wytrzymywały tortury i nie sypały, a pan tak – jak pan się czuł? – Kaczyński nie jest w stanie mnie dotknąć, bo ja naprawdę walczyłem, a on nie. Mówienie, że małe dziewczynki wytrzymywały tortury, a ja nie, jest w odniesieniu do mnie idiotyczne. Nie miałem żadnych tortur, nie musiałem niczego wytrzymywać.
Stan wojenny. Jak się żyło w internacie
Nie straszyli, nie szantażowali? – Straszyli wysokim wyrokiem i że nie wyjdę żywy z więzienia. Ale nikt mnie nie bił. Po prostu składałem zeznania, które wydawały mi się dobre w tej sytuacji. Generalnie mówiłem to, co oni już wiedzieli. Chcieli, żebym się przyznał do chęci obalenia ustroju i że Ruch był inspirowany z zewnątrz, przez akowców, przez Kościół – odmówiłem. Przyznałem się do chęci podpalenia muzeum w Poroninie i do tego, co wiedzieli. Teraz w ogóle odmówiłbym zeznań. Na to wtedy stać było m.in. Andrzeja Czumę i Joannę Szczęsną. Ale moje zeznania są przyzwoite, nie powiedziałem im nic nowego. Zresztą ja się z tego rozliczyłem. W 1989, w książce „Wysoki brzeg”.
Jednak wydawało się, że słowa Kaczyńskiego uderzyły w pana czułą strunę. – Eee, Macierewicz też niedawno mnie wyklął: „Wymazuję z pamięci nazwisko tego człowieka!”. Natychmiast przypomniałem sobie piosenkę Starszych Panów w wykonaniu Łazuki i Kraftówny „Przeklnę cię, jeżeli mnie porzucisz/ Przeklnę cię, gdy się do innej zwrócisz/ Przeklnę cię”. Podobne uczucia wywołał we mnie Kaczyński, który chciał ze mnie zrobić donosiciela, ale mu nie wyszło. Jego zarzut opierał się dodatkowo na błędzie, że byłem TW „Leopold”, podczas gdy chodziło o kogoś innego, nawet Gontarczyk o tym pisał.
Do prawicowej prasy to trafiło i zostało. – No to co ja poradzę? Kaczyński nie może mnie obrazić, bo jest tchórzem, który chowa się za innymi, nie ma odwagi politycznej. Egzamin z tej odwagi zdawało się w okresie komunizmu i on go zdał średnio, chociaż nie można powiedzieć, że nie zdał w ogóle, bo nie poszedł na współpracę. Dotknąć mnie mogą słowa ludzi, których cenię.
Gdy Geremek powiedział mi coś przykrego, to przeżywałem. Rok byłem z nim internowany. Ale po 1989 byłem z nim w politycznym konflikcie, który przenosił się na stosunki osobiste. Geremek reprezentował koncepcję, że Obywatelski Klub Parlamentarny ma być jednością, a ja chciałem już budować inną partię. Geremek – że to za wcześnie na podziały. Dlatego nie poparłem go na szefa OKP. Pamiętam, jak mi powiedział z żalem: „Kostusiu, strasznie się zmieniłeś”.
A pan co? – „Przepraszam, Bronek”. Burzyłem coś, co on tworzył, ale co moim zdaniem nie dało się utrzymać. W końcu on miał Unię Demokratyczną, a ja ZChN. Rozeszły się nasze drogi, a zeszła się moja droga z Kaczyńskim, w polityce tak jest.
Z wieloma współinternowanymi pan się wtedy rozszedł. – Geremek, Mazowiecki, Komorowski, Drawicz, Woroszylski, Amsterdamski... Większość nie żyje, a i tak są prześladowani, niszczeni. Najpierw byłem w pokoju z Julianem Kornhauserem, dzisiaj teściem Dudy. Wielka klasa połączona z delikatnością. Nigdy nikogo nie obraził, świetnie się z nim dyskutowało. W sumie żałowałem, że wychodził. A nas przewieźli z Jaworza do Darłówka, gdzie siedziałem m.in. z Januszem Szpotańskim. To była tzw. cela szyderców. Ośmieszaliśmy fanatyzm religijny i kolegów, którzy co chwila obchodzili jakieś rocznice.
Pan szydził z fanatyków religijnych? – Że noszą krzyże na piersiach z napisem: „internowany”, że patriotyczne napisy wieszają na oknach. Kpiłem, żeby powiesili je na parapetach, bo myszołów włochaty, który jest ich jedynym czytelnikiem, musi skręcać głowę.
Miałem swój wkład w tekst Szpotańskiego „Pan Karol i Kostuś” o mnie i Karolu Modzelewskim. Zaczyna się tak: „Pan Karol – polityk o sławie światowej/ mąż stanu, budziciel sumienia;/ a Kostuś – prowincjusz spod lachy grobowej,/ pokątny intrygant i pieniacz”.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2016.11.26 01:05 krzysztof_ziemniack Moje Wiadomości, odc. I

Witam,
Zacznijmy od najważniejszej informacji dnia.
PiS realizuje kolejną obietnicę wyborczą
Ustami (a docelowo także ustawami) najlepszego ekonomisty od czasów fenickiego wynalazcy pieniędzy, wicepremiera Mateusza Morawieckiego, rząd ogłosił realizację jeszcze jednej obietnicy wyborczej. Po trochę więcej niż roku suwerennych rządów, PiS zdecydował, że wszyscy Polacy powinni płacić mniej podatków, z wyjątkiem tych, którzy są bogatsi od innych. Na przekór tym, którzy mówili, że kwoty wolnej od podatku nie da się podnieść, rząd, wykazując się niezwykłą odwagą, planuje podnieść kwotę wolną od podatku docelowo do poziomu takiego jaki obecnie jest w Wielkiej Brytanii - 11 tysięcy. Premier Morawiecki zwrócił uwagę, że znaczenie dla budżetu będzie marginalne, rzędu jednego miliarda złotych. To tyle ile poprzedni rząd PO, pod przewodnictwem Donalda Tuska, wydał na budowę tzw. orlików. Jak ten program się sprawdził widać chociażby po ostatnim meczu Legii. Jak dowiedział się nasz reporter, zmiana wyliczania kwoty wolnej od podatku spowoduje znaczący rozwój gospodarki, w szczególności sektora usług. Posłuchajmy.
Student ekonomii, Paweł Kowalski: Jest to zdecydowanie najlepszy pomysł ekonomiczny. Dzięki niemu zmieni się zupełnie sposób wyliczania podatków, co jeszcze bardziej zniechęci ludzi do wypełniania PIT i sprawi, że będę mógł znaleźć zatrudnienie jako księgowy.
Sensacyjne odkrycie w sprawie katastrofy w Smoleńsku
Na mało znanej stronie internetowej o nazwie Reddit opublikowano sensacyjny materiał pokazujący, że zderzenie samolotu z drzewem nie powoduje jego zniszczenia. Co więcej, samolot jest w stanie wystartować pomimo przeszkód w postaci drzew. To wszystko dzięki wspaniałemu, oddającemu realizm latania symulatorowi lotów o nazwie "Battlefield". Materiał został zabezpieczony poprzez nagranie na kasetę wideo, która następnie zostanie odtworzona na specjalnie zwołanej konferencji prasowej. Podczas tej konferencji będzie również utworzony telemost, dzięki czemu porozmawiamy z twórcą wspomnianego symulatora lotów. Miejmy nadzieję, że tym razem ten telemost nie zostanie shackowany przez siły wrogie Polsce. Przejdźmy do wiadomości międzynarodowych.
Niemcy oskarżają Polskę o nepotyzm
Radio RMF FM, którego właścicielem jest niemiecka spółka Bauer Media Invest GmbH, próbowało dzisiaj oskarżyć wybitnego politologa i wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego o nepotyzm, a suwerenną partię o niegospodarność. Wywiad nawiązywał do finansowania partii przez nastolatków. Prowadzący wywiad, a właściwie przesłuchanie, którego nie powstydziłyby się władze poprzedniego ustroju, sugeruje, że nastolatkowie nie są w stanie posiadać żadnych oszczędności. Jeśli to by było prawdą, to skąd wzięliby pieniądze na kupowanie codziennie pigułki "dzień po", do której tak bardzo zachęca wydawane przez Bauer Media Bravo, czasopismo promujące rozwiązłe życie nastolatków. Jeśli zaś chodzi o nepotyzm, to spółka, będąca w rękach dynastii Bauer, śmie twierdzić, że w suwerennym rządzie stanowiska samorządowe są rozdzielane według klucza rodzinnego. Oczywiście jest to akcja zorganizowana przez nieprzyjazne Polsce środowiska, które nie chcą rozmawiać na temat nepotyzmu poprzedniego rządu.
bo czasem człowiek musi, inaczej się udusi ;)
submitted by krzysztof_ziemniack to Polska [link] [comments]


Tomasz Cegielski o lean Wojtek Sergiel - Trzeba Znaleźć Właściwy Czas Na Początek Jak znaleźć wodę na pustyni? AON 27: Szukanie i finansowanie okazyjnych nieruchomości Kamera IP Jak znaleźć adres #kamera #ip #monitoring # ... Jak znaleźć właściwego pracownika? Jak się poprawnie zmierzyć / How to measure for a bra Jak znaleźć steam WEB API KEY ! Poradnik - YouTube Jak znaleźć właściwy rozmiar? Odzież męska.

Wortal Publicznych Służb Zatrudnienia prowadzony przez ...

  1. Tomasz Cegielski o lean
  2. Wojtek Sergiel - Trzeba Znaleźć Właściwy Czas Na Początek
  3. Jak znaleźć wodę na pustyni?
  4. AON 27: Szukanie i finansowanie okazyjnych nieruchomości
  5. Kamera IP Jak znaleźć adres #kamera #ip #monitoring # ...
  6. Jak znaleźć właściwego pracownika?
  7. Jak się poprawnie zmierzyć / How to measure for a bra
  8. Jak znaleźć steam WEB API KEY ! Poradnik - YouTube
  9. Jak znaleźć właściwy rozmiar? Odzież męska.

Audycja odpowiada na pytania jak znaleźć lub stworzyć okazję inwestycyjną, jak zdobyć finansowanie na naszą nieruchomość oraz jak hurtowo zająć się inwestowaniem na większą skalę. Fragment debaty o marżach i o tym jak metodyka lean pomogła znaleźć właściwy sposób współpracy z klientami, taki w którym o oni są zadowoleni i dostawca również. Wypowiedż Tomasza ... https://steamcommunity.com/dev/apikey siema GRUPKA STEAM z codziennym giveawayem: https://steamcommunity.com/groups/Coinsacze tradelink: https://steamcommuni... Jaki są rozmiary odzieży męskiej? Jaki rozmiar dżinsów kupić? Zobaczcie film. Kanał stworzono dla wszystkich, którzy kochają życie, cenią główne wartości życia. A są to - miłość ... Dzięki za obejrzenie filmu. Zapraszam do mojej grupy FB : AUTOLAB https://www.facebook.com/groups/1977934212507015/ Zapraszam na mój kanał YT : Grzesiek AUTO... Ewa Michalak przestawia... jak poprawnie zmierzyć obwody w biuście i pod biustem, aby znaleźć swój właściwy rozmiar biustonosza. Wystąpili: Monika, 65DD www.ewa-michalak.pl. www.sergiel.pl. This video is unavailable. Watch Queue Queue Jak znaleźć wodę na pustyni? LifeStylePolska. Loading... Unsubscribe from LifeStylePolska? ... Jak ludzie żyli 2,5 miliona lat temu? - Duration: 2:52. LifeStylePolska 498,417 views. Jak rozmawiać z osobami, które mają wywyższające się ego - Duration: 5:37. ... Jak nim być lub jak go znaleźć? - Duration: 12:08. Marcin Osman 7,155 views. 12:08.